Przygody z czasem

WIECZORY Z PATARAFKĄ

Zawsze zadziwiało i zresztą przerażało mnie zjawisko przyspieszania upływu czasu – im jesteśmy starsi, tym czas prędzej biegnie. W dzieciństwie dłuży się każdy dzień, wakacje trwają całą epokę, a już rok szkolny to prawdziwy bezmiar, który chyba nigdy się nie skończy. Co prawda muszę tu wyznać, że byłem fatalnym uczniem i nienawidziłem szkoły. Wróćmy jednak do czasu. Teraz wszystko pędzi, dzień jest za krótki, noc jest za krótka, tydzień to mgnienie, miesiące dosłownie przelatują, a lata zlewają się w jedno. Coraz szybciej i szybciej.
Próbowałem coś z tego zrozumieć, pisałem sporo na ten temat, miałem koncepcje takie i owakie, ale sam nie bardzo w nie wierzyłem. Z czegoś przecież to przyspieszenie musi wynikać. Jednak w grubych dziełach, które na ten temat przeczytałem, żadnej sensownej odpowiedzi nie znalazłem. Hawking w „Krótkiej historii czasu” wylicza czas pod względem termodynamicznym, psychologicznym i kosmologicznym, ale zajmuje się raczej pierwszym i ostatnim. Czyli wzrostem entropii. Ja próbowałem także czas psychologiczny związać z termodynamicznym. Posługiwałem się analogią do tego, co podobno ma się dziać w rakietach poruszających się z szybkością przyświetlną, a tam – znowu podobno – czas ogromnie zwalnia. Czyż każdy człowiek nie jest taką rakietą, w której czas biegnie inaczej i na swój własny sposób? Dlaczego w takim razie nie zwalnia, lecz przyspiesza? Nic mi z tego nie wyszło. Bo jednak ani wolniej, ani szybciej nie oddycham, nie czytam, nie pracuję. A nazbyt kiepski ze mnie matematyk, żeby próbować coś zrozumieć na tej drodze. W sławnym równaniu Einsteina, o którym zresztą napisano już całą bibliotekę jawnych głupot, i ja dostrzegłem jakąś szansę na własne majaczenie. Energia to przecież masa razy szybkość do kwadratu. Nie ma tu bezpośrednio mowy o czasie, ale przecież szybkość musi mieć z czasem coś wspólnego, nie może być pojęciem absolutnym. Szybkość to pierwiastek z energii podzielonej przez masę, czyż nie prawda? Z tego wynika, że rośnie albo maleje wraz ze zmianą stosunku energii i masy. Jak od tego przeskoczyć do pojęcia czasu? Nie wiem, ale o ile Einstein ma rację, musi to być jakoś możliwe. Bo że coś się naprawdę dzieje z czasem i szybkością jego mijania, wiemy z doświadczenia absolutnie wszystkich ludzi.
Stąd dziecko i starzec żyją w zupełnie innych rzeczywistościach, aż dziw, że mogą porozumieć się ze sobą. Chociaż i z tym porozumiem różnie bywa. Dzieci się nudzą (nie tylko podczas deszczu), a dorośli nierównie rzadziej. Wyobraźmy sobie teraz, że żyjemy znacznie dłużej, powiedzmy 500 czy 1000 lat. Czas nieustannie przyspiesza, choć nie wiem jak – pewnie u każdego inaczej. Bo niby dlaczego ma przestać? A dalej powiedzmy, że stajemy się nieśmiertelni – co się teraz dzieje? Ale to właśnie już opisano. I Swift, i Lem, i Lejahn. Czas po prostu staje w miejscu, znika. Podobnie jak w rakiecie, która osiągnęła szybkość światła, czy w obrębie czarnej dziury – chociaż teoretycy różnie o tym mówią. Dopuszczają mianowicie, że czas w tym wypadku może popłynąć w odwrotną stronę. Jednak po prawdzie nikt nic o tym nie wie i wiedzieć nie może. Ejże. Przecież tak twierdzą dosłownie wszyscy znawcy spraw pozagrobowych, od Mickiewicza poczynając.
Czas i przestrzeń na „tamtej stronie” mają zniknąć, być może, jeszcze nie na „poziomach” opisanych przez Monroego i Moena, lecz na jakichś wyższych. Zresztą i to trudno sobie wyobrazić, ale to jednak zupełnie inny temat, więc nie muszę. Być może, zniknie czas termodynamiczny i kosmologiczny, lecz psychologiczny jakoś tam przetrwa. Bo przecież czas psychologiczny zależy przede wszystkim od pamięci. Być może, znane nam wszystkim poczucie przyspieszenia biegu czasu wynika z tego, że mamy po prostu więcej do pamiętania i to mogłaby być ta masa ze wzoru Einsteina. Po przeniesieniu na drugą stronę równania „m” z mnożnika staje się dzielnikiem, ale właściwie i teraz szybkość raczej maleje, niż rośnie. Koniec z tymi igraszkami. Najpospolitsze wyjaśnienie jest takie, że noworodek pamięta jeden dzień życia, a dziecko roczne już 365 razy więcej, dziesięcioletnie dziecko już ponad trzy tysiące dni, a stulatek dziesiątki tysięcy. Albo, jeśli ma Alzheimera, zupełnie nic.
Ale ja niezupełnie w to wierzę.

 

Wydanie: 12/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy