Przyszłość „czwartej władzy”

Przyszłość „czwartej władzy”

Monteskiusz uważał, że władze ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza po to powinny być rozdzielone, aby wzajemnie się kontrolowały. Dziennikarze chętnie nazywają się czwartą władzą, uważając, że z tego tytułu mają prawo kontrolować trzy pozostałe. Gdy te próbują nieśmiało przypomnieć, że i czwarta władza wzajemnie podlega kontroli, podnoszą krzyk, że tłumiona jest wolność słowa. Gdy swego czasu jakiś dziennikarz amator nie wykonał wyroku sądu i swych pomówień nie sprostował, pomówionego i zniesławionego przez siebie w jakiejś lokalnej gazetce nie przeprosił i w konsekwencji poszedł, niejako na własne życzenie, siedzieć, na znak protestu i solidarności z nim zamknęło się w klatce kilku poważnych (?) dziennikarzy!
Owszem, wolność słowa jest dla demokracji sprawą zupełnie podstawową, ale wolność słowa jak każda wolność podlegać musi ograniczeniom. Granicą wolności jednostki jest wolność innych jednostek. Wolność słowa nie jest przyzwoleniem na kłamstwo, obrażanie ludzi wyzwiskami czy insynuacje. Tych granic wolności słowa teoretycznie powinien pilnować sąd. Teoretycznie, bo sprawy o naruszenie dóbr osobistych wloką się miesiącami, a nieraz latami, co skutecznie zniechęca do ich wszczynania. Poza tym artykuł gazetowy żyje dzień, dwa. Za trzy dni mało kto już pamięta, co tam i o kim napisano. Proces o naruszenie dóbr osobistych skutecznie może taką pamięć odświeżać. Przez lata.
Kiedyś, przed I wojną światową, działacz ludowy ks. Stojałowski został spoliczkowany przez przeciwnika politycznego. Gdy go przekonywano, aby tego, który go znieważył, podał do sądu, ks. Stojałowski odpowiedział: „Po co? Żeby jeszcze w urzędowych papierach stało napisane, że dostałem po mordzie?”.
Ludzie często myślą podobnie jak ks. Stojałowski i do sądu nie chodzą. Tym sposobem władza sądownicza – trzecia, nie ma szans na kontrolowanie czwartej.
Tymczasem media coraz bardziej nie tyle informują o zdarzeniach, ile je kreują. Telewizja, najbardziej inwazyjne medium, stwarza fakty, dowolnie nadaje im znaczenie, kształtuje przekonania i poglądy ludzi. To od mediów zależy, jakie zdarzenia pokażą i jak je skomentują. Którego polityka pokażą, którego nie. Czyją wypowiedź nagłośnią, czyją pominą milczeniem. Czego nie było w telewizji, to nie istniało i nie istnieje. Idiota jest niewątpliwie bardziej medialny niż nudny intelektualista. Każda wyłapana głupia wypowiedź polityka będzie w telewizji powtarzana w każdym serwisie, a jej autor może być pewien, że na koniec dnia zostanie zaproszony do studia telewizyjnego.
Nawet najbardziej tendencyjni, dalecy od obiektywizmu dziennikarze są przekonani, że są rycerzami prawdy. Nie przestają nimi być, nawet gdy bredzą, kłamią czy insynuują. Najbardziej drastyczne brukowce (zwane eufemistycznie „tabloidami”), żywiące się plotką i insynuacją, każą się traktować jak świątynie prawdy i wolności. Wolności słowa przede wszystkim, oczywiście.
Nasze życie publiczne, język debaty publicznej schodzi na psy. Najbardziej biadają nad tym dziennikarze. Ale przecież uczestnikami tego życia i tej debaty są nie tylko politycy, ale także, co najmniej na równi z nimi, dziennikarze! Bez mediów najbardziej drapieżny polityk byłby niegroźny. Byłby niemy. Ktoś musi mu dać mikrofon, postawić przed kamerą, zaprosić do programu.
Naprawa polskiej polityki bez naprawy dziennikarstwa nie jest możliwa. Wiara, że środowisko dziennikarskie wyznaczy sobie wyższe standardy i będzie ich przestrzegać, jest nieco naiwna. Jeszcze żadne środowisko samo się nie odrodziło moralnie. Z zewnątrz zrobić się tego nie da bez ryzyka ograniczenia wolności słowa. Zresztą kto miałby to zrobić? Gdyby sądy polskie były sprawniejsze, sprawy o naruszenie dóbr osobistych toczyły się szybciej, trochę zapewne udałoby się ukrócić dotąd na ogół bezkarne pomawianie i zniesławianie ludzi w mediach. Może byłoby tego trochę mniej. Ale to tylko margines problemu. Jak wymusić na mediach rzetelność, obiektywizm, jak wyeliminować głupotę, brak kompetencji? Teoretycznie mogliby to zrobić czytelnicy, telewidzowie i radiosłuchacze. Mogliby nie kupować brukowców, nie słuchać tendencyjnego radia, nie oglądać telewizji z marnym programem zrobionym przez marnych dziennikarzy. Jeśli tego nie robią, to widać ten poziom dziennikarstwa im odpowiada. Dochodzimy do smutnej konstatacji, że taką mamy politykę i takie dziennikarstwo, jakie mamy społeczeństwo. Czy zatem jest jakieś wyjście? Pewnie jest, ale nie da się tego zrobić od razu. Wydaje się, że ważnym krokiem w tym kierunku jest stworzenie poważnych, profesjonalnych, obiektywnych mediów publicznych, dających wzór rzetelnego dziennikarstwa. Wyznaczających standard. Kształt mediów publicznych w dużej mierze zależeć będzie od kształtu i treści ustawy medialnej. Jednej z najważniejszych dla przyszłości naszej demokracji ustaw. Ustawa ta rodzi się w bólach. Od mądrości i odpowiedzialności pierwszej władzy, ustawodawczej, zależeć będzie w dużej mierze przyszłość władzy czwartej. Tymczasem główne siły polityczne wzajemnie oskarżają się o chęć zawładnięcia mediami publicznymi, wszystkie kombinują, jak zabezpieczyć w nich swoje partyjne interesy. Wszystko to powoduje, że powoli wszyscy zaczynają już wątpić, czy w Polsce publiczne i apolityczne media w ogóle są możliwe.
Na Platformie, która ma parlamentarną większość i swojego prezydenta, ciąży teraz szczególna odpowiedzialność. Ma szanse takie media zbudować. Czy będzie chciała i czy potrafi? Czy potrafi się oprzeć pokusie zawładnięcia mediami? Zobaczymy niebawem.

Wydanie: 31/2010

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy