Przyzwyczajenie do pozorów

Przyzwyczajenie do pozorów

Zdaniem Bronisława Geremka, uznanie w roku 1970 przez rząd Republiki Federalnej Niemiec granicy na Odrze i Nysie należy “lokować w świecie pozorów polityki”. Dlaczego układ, który był uwieńczeniem 25-letniej ewolucji politycznej Niemców, ich powolnego godzenia się z najważniejszym dla nich i dla nas wynikiem drugiej wojny światowej, należy “lokować w świecie pozorów”? “Gazeta Wyborcza” wraz z wypowiedzią Geremka przedstawia obecny pogląd Tadeusza Mazowieckiego i obszerną wypowiedź Jana Nowaka-Jeziorańskiego sprzed lat trzydziestu, obydwaj uznają ten układ za wydarzenie doniosłe, płodne w konsekwencje korzystne dla Polski. Był on czymś więcej niż zapowiedzią treści przyszłego układu, miał charakter definitywny. Ponowne uznanie polskiej granicy zachodniej w roku 1990 było już tylko formalnością wynikającą z prawnych konsekwencji zjednoczenia Niemiec. Ale nawet o tej formalności nie można by odpowiedzialnie orzec, że “lokuje się w świecie pozorów polityki”. W czasie pokoju bardzo trudno jest rozróżnić traktaty “pozorne” od “rzeczywistych” i wątpię, czy takie rozróżnianie ma sens. Użyteczne jest raczej zastanawianie się nad ich wykonalnością, dobrą wiarą i intencjami stron. Układ z 7 grudnia 1970 roku został zawarty przez obie strony w dobrej wierze, z dobrymi intencjami. Co w polityce jest pozorem, wychodzi na jaw podczas próby sił, a jeśli już wszelkie wątpliwości mają być rozstrzygnięte, potrzebna jest wojna. Nie było żadnej takiej próby i Geremek mówi o polityce pozorów nie na podstawie rozpoznania rzeczywistości, lecz wskutek tego, że sam w polityce bardzo gustuje w posługiwaniu się pozorami.
Mówi on dalej, że układ z 1970 r. “był wykorzystywany przez władze PRL jako element ich legitymizacji, choć tamtej ekipie nie pomógł”. Geremek powinien poświęcić trochę czasu na studia nad najnowszą historią Polski. Dowie się, że dla rządzących w roku 1970 problem “legitymizacji” sprowadzał się głównie do uznania granic zachodnich, jeśli zaś chodzi o legitymizację ustroju czy rządu, nie mieli żadnych wątpliwości, a gdyby je mieli, nie staraliby się o uprawomocnienie swojej władzy przez Niemcy Zachodnie. Geremek bezmyślnie stosuje do interpretacji ważnego faktu historycznego propagandowe pojęcie, za pomocą którego “Solidarność” zawstydzała rządy PZPR. Wyobrażać sobie, że Gomułka zawierał układ graniczny po to, aby pomóc sobie w utrzymaniu się przy władzy, to sprowadzać tego skądinąd kontrowersyjnego polityka do formatu karierowicza z jakiejś partii solidarnościowej.
“W tamtych czasach RFN wziął sobie za partnera Polskę, czyli kraj znajdujący się pod władzą mu narzuconą” – narzeka były i może przyszły minister spraw zagranicznych Polski. Utrzymywanie poprawnych, a w razie możliwości bliskich stosunków z krajami zależnymi od Związku Radzieckiego było przemyślaną i to dobrze przemyślaną strategią Zachodu, mającą na celu umacnianie tych krajów w ich narodowych tożsamościach i sprzyjanie procesowi uniezależniania się od ZSRR. Ta strategia okazała się skuteczna, ona, a nie Reaganowska retoryka przygotowała blok wschodni do dezintegracji. Takie wydarzenia jak upadek “imperium zła” nie następują w wyniku paru lat rządów mocnego w gębie prezydenta Ameryki. Ale Geremek nie przestaje głosić, że to “Solidarność” pod jego doradztwem obaliła narzuconą władzę i uczyniła wreszcie z Polski godnego partnera Niemiec. Dopiero wraz z rządami solidarnościowymi nastała legalna Polska, wszystko przedtem było nielegalne lub pozorne.
Geremek w swoim zaślepieniu twierdzi, że układ z grudnia 1970 r. “nie przygotował późniejszego układu polsko-niemieckiego”, Tadeusz Mazowiecki twierdzi jednak, że przygotował, a Jan Nowak-Jeziorański w roku 1970 trafnie przewidywał, że przygotuje. Jeżeli będziecie potrzebować nowego ministra spraw zagranicznych, to wybierzecie któregoś z tych dwóch, broń Boże Geremka, bo to nie dla niego zajęcie. Czy to, co on nazywa “dyplomacją pozorów”, wzmacniało “suwerenność polską”, czy nie wzmacniało, może być przedmiotem dyskusji (w której chętnie bym słyszał Henry’ego Kissingera, Helmutów Kohla i Schmidta, Giscarda d’Estaing i innych podobnego formatu). Założenie natomiast, jakie Geremek przyjmuje, że dyplomacja rzeczywista, nie pozorna, powinna “służyć budowaniu społeczeństwa obywatelskiego”, jest do przyjęcia u propagandysty, ale nie u ministra spraw zagranicznych. O “społeczeństwo obywatelskie” niech się troszczą, i troszczą się, organizacje pozarządowe. Do dyplomacji takie zadanie wprowadza element irracjonalizmu, to jest mylące głupstwo, inaczej mówiąc. Ocena wypadnie inaczej, jeśli przyjąć, że “budowanie społeczeństwa obywatelskiego”, jakieś “za naszą i waszą wolność”, oznacza robienie dywersji we wrogim państwie. To też jest potrzebne, ale nie dyplomacja ma się tym zajmować, lecz propaganda i służby specjalne. Podpowiedzcie mi, proszę, nazwisko jakiegoś wybitnego dyplomaty czy męża stanu, który troszczył się o społeczeństwo obywatelskie w obcym kraju. Owszem, czytałem, że Geremek jeździł raz do Chin z zamiarem zaczynania tam społeczeństwa obywatelskiego, ale Henry Kissinger, który jeździł tam wiele razy i z trochę lepszym paszportem, ani razu nie zatroszczył się o społeczeństwo obywatelskie w Chinach. Czy Churchill albo de Gaulle troszczyli się o społeczeństwo obywatelskie poza swoimi krajami? Woodrow Wilson, wielki idealista, chciał wyzwalać narody, ani mu w głowie było kreowanie gdzieś społeczeństw obywatelskich, przecież wiedział, że tego nie da się zrobić z daleka. Piłsudski zajął się wojskiem i sprawami zagranicznymi, i nawet w swoim kraju nie interesował się społeczeństwem obywatelskim. Dlaczego akurat Willy Brandt, zawierając w najlepszej wierze układ graniczny, miał się troszczyć o społeczeństwo obywatelskie w Polsce? Nie zachwycił się on później “Solidarnością”, to prawda, ponieważ bardziej mu ona przypominała jakąś szuanerię niż społeczeństwo obywatelskie.

Wydanie: 50/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy