Punkty za pochodzenie

W łódzkiej Szkole Podstawowej nr 30 wprowadzono segregację uczniów. Ci, których rodzice posiadają potwierdzone zatrudnienie, mają prawo do korzystania ze świetlicy szkolnej. Dzieci bezrobotnych już nie. Skąd ten pomysł? Z opatrznie rozumianego prawa i nędzy oświaty. W szkołach brakuje etatów dla nauczycieli opiekujących się dziećmi w świetlicach. W domach też się nie przelewa, toteż często świetlica, obok ulicy, jest jedynym miejscem, gdzie dzieci mogą się podziać. Świetlice są przepełnione, samorządy pieniędzy na dodatkowe etaty nie mają, a w ministerialnym rozporządzeniu napisano, że szkoły organizują zajęcia świetlicowe dla dzieci rodziców pracujących. Tylko że w dzisiejszych czasach wiele osób pracuje na czarno, dorywczo i też nie ma czasu zajmować się dziećmi. Świetlica stała się domem zastępczym, a stołówka dożywia. Znam nauczycielki, które dyskretnie opłacają swym uczniom obiady w szkole, bo inaczej dzieci podkradają kolegom drugie śniadania albo wyjadają im z talerzy. Ograniczenie świetlicy dla dzieci „pracujących” to chwilowa ulga dla szkół, lecz zamiatanie problemu pod dywan. Powinno to dostrzec Ministerstwo Edukacji i nieprzystające do rzeczywistości rozporządzenie zmienić.
Na Uniwersytecie Gdańskim na Wydział Prawa przyjmowano kandydatów, którzy podczas egzaminu wstępnego nie zdobyli połowy punktów potrzebnych do uzyskania indeksu. Ale w przeciwieństwie do dobrze zdających, lecz odrzuconych, mieli dobre pochodzenie. Sprawę odkryła „Gazeta Wyborcza”. Policzyła, że z 250 kandydatów przyjętych na Wydział Prawa pięćdziesiątka dostała się, bo pochodziła z rodzin prawniczych. Zdarzał się syn konsula honorowego Danii, który na minimum 54 punkty zebrał na egzaminie 24.
Teoretycznie wszystko odbyło się zgodnie z prawem, bo na Uniwersytecie Gdańskim nie ma przepisów szczegółowo regulujących zasady rekrutowania w trybie odwoławczym. Mówi się jednak że decydują „względy społeczne”. Zapewne te względy sprawiły, że nie dostali się kandydaci z rodzin ubogich, a przyjęto dzieci z palestry, prokuratury, z dobrego towarzystwa. Dodano im punkty za dobre pochodzenie. Ucząc już na wstępie, że prawo można naciągać jak gumę.
Za czasów PRL-u istniały „punkty za pochodzenie”. Otrzymywali je kandydaci z rodzin robotniczych, chłopskich, dzieci kombatantów. W tej ostatniej grupie mieściły się też dzieci aparatu władzy. Czasem te punkty decydowały o przyjęciu, chociaż na prestiżowych wydziałach dobrych uczelni decydował wynik egzaminu. Teraz też na takich decyduje wynik egzaminu. Ale aby go zdać, nie wystarcza dobra nauka, nawet w dobrym liceum. Trzeba dodatkowo brać korepetycje, chodzić na płatne kursy przygotowawcze organizowane przez uczelnie. Kursy dostępne są przede wszystkim dla młodzieży mieszkającej w ośrodkach akademickich albo zamożnej, której rodziców stać na opłacenie pobytu i kursów. W efekcie dzieci zamożne dostają się na studia niepłatne, biedne, gorzej zdające muszą się zadowolić studiami zaocznymi, wieczorowymi, czyli płatnymi. Ponieważ mało jest u nas stypendiów dla młodzieży biednej, zdolnej na dobrych, niepłatnych uczelniach, to studiują tam bogaci, a biedni muszą pracować, aby studiować na uczelniach gorszych.
W ten oto sposób utrwalają się przedziały społeczne. Od segregacji w świetlicach szkół podstawowych, w szkolnych stołówkach poprzez system rekrutacji na państwowe, niepłatne uczelnie aż po dyplomy. Bo łatwiej zdobyć pracę z dyplomem UW czy SGH niż wieczorowych studiów na jednej z prywatnych „Sorbon”. Potem ich dzieci, dzieci pracujących rodziców, nikt ze świetlicy nie wygoni.

Wydanie: 47/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy