Chłodne spojrzenie na Kijów

Chłodne spojrzenie na Kijów

W interesie Polski i Polaków wcale nie leży silna, europejska Ukraina

Patrioci zawsze mówią o umieraniu za kraj.
Nigdy o zabijaniu za kraj!
Bertrand Russell

Jakże mało w nadwiślańskich mediach takich stanowisk, jakie prezentuje w PRZEGLĄDZIE (nr 31/2014) prof. Jan Widacki („Wina Putina”). Wyważone i pragmatyczne. Bez zacietrzewienia i opętańczej rusofobii. Świat nie jest bowiem czarno-biały, a medialne prawdy absolutne prezentowane podczas niedawnych konfliktów okazywały się zwyczajnymi humbugami, ideologicznie podyktowanymi kłamstwami, nierzetelnością dziennikarską i subiektywnymi sympatiami lub antypatiami (vide: broń masowej zagłady, jaką miał posiadać saddamowski Irak). Histeria rozpętywana przez media przynosiła zawsze gorzkie owoce. Klimat polskiego przekazu tragicznych wydarzeń na południowo-wschodniej Ukrainie można zawrzeć w stwierdzeniu, że „Władimir Władimirowicz Putin osobiście przycisnął guzik odpalający rakietę buk, która trafiła malezyjski samolot”. Tak działa czysta propaganda, mająca na celu urabianie opinii publicznej i wywoływanie jej emocji. Bo wtedy rozum śpi, pragmatyzm zostaje odłożony do lamusa, a racjonalizm jest eliminowany z życia i debaty publicznej.

Bezmyślna izolacja Rosji

Z jedną tylko tezą prof. Widackiego nie mogę się zgodzić. Pisze on, że „W naszym interesie leży stabilna, silna gospodarczo, prozachodnia, demokratyzująca się Ukraina”. Ta myśl, wyrażona bodajże po raz pierwszy ponad pół wieku temu w korespondencji Giedroycia i Mieroszewskiego, jakoby suwerenna Ukraina i ciąg niepodległych krajów od Bałtyku po Morze Czarne stanowić miały formę kordonu sanitarnego dla Zachodu (którego Polska jest w tej części Starego Kontynentu czołowym przedstawicielem) przed „dziką i azjatycką Rosją”, jest dziś dla polskich elit niepodważalnym aksjomatem naszej polityki wschodniej. Aksjomatem wynikającym częściowo z rusofobicznej mentalności i ciągle żywych, tendencji kontrreformacyjnych. Aksjomatem przyjętym a priori przez wszystkich bez dyskusji i zastanowienia się nad jego wyrazem we współczesnym, zglobalizowanym świecie. Aksjomatem, jakich w polskiej mentalności mnóstwo, wynikającym z nadmiernego przywiązania do autorytetów, tradycjonalizmu i konserwatyzmu elit. Aksjomatem pomijającym oczywisty fakt, że w tej części Europy bez Rosji i jej pozytywnego zaangażowania nic pożytecznego nie można zrobić. I od przekonania jej do takich rozwiązań należy rozpoczynać jakąkolwiek politykę wschodnią. Czy polityka Zachodu w ostatnich dwóch dekadach była dostatecznie przejrzysta w tej mierze? Czy nie mogła budzić poczucia zagrożenia lub osaczania u Rosjan, u elit rządzących tym krajem? Trudno dziś wyrokować, choć stanowiska ludzi nawet dalekich od Kremla i tak różnych jak  Siergiej Karaganow i Michaił Gorbaczow są tu niesłychanie wymowne.
Uważam, że w interesie Polski i Polaków wcale nie leży silna, europejska Ukraina. Uczynienie jej takim krajem wymagałoby wielu dekad i długotrwałych procesów społecznych, gospodarczych i politycznych. Nie mamy na nie czasu ani funduszy. W dzisiejszej sytuacji Unii Europejskiej, przy wzbierającej fali nacjonalizmów i ksenofobii, włączenie kolejnego kraju do podziału topniejących dóbr oraz funduszy pomocowych – i to kraju wymagającego gigantycznych nakładów w celu doprowadzenia go do standardów unijnych – byłoby zapowiedzią totalnej katastrofy. Poszerzenie UE o Ukrainę, kraj o przeszło 45-milionowej populacji – obojętnie, w jakiej formie: stowarzyszenie, bliska zagranica, pogłębione Partnerstwo Wschodnie itp. – nie przyniosłoby niczego dobrego. Miliony obywateli Ukrainy na unijnym rynku pracy mogą spowodować obniżenie jednostkowych kosztów produkcji w całej Unii. A to uderzy głównie w nas, Polaków, gdyż będą to nasi podstawowi konkurenci na tym rynku. Zysk zanotują tylko wielkie koncerny, które z uwagi na taniość siły roboczej będą masowo na Ukrainę przenosić swoją produkcję. I to kolejny negatywny dla polskiej gospodarki aspekt ścisłego wiązania Ukrainy z Unią Europejską. Twardy rachunek ekonomiczny tak każe postrzegać tę sytuację.

o krok za Niemcami

Pomijając już tragiczne zaszłości historyczne relacji polsko-ukraińskich, nie wolno zapominać o elementach faszyzujących i jawnie gloryfikujących ową tradycję, prezentowanych w publicznych wystąpieniach, także przedstawicieli rządu. Jak realne jest to zagrożenie, potwierdza wystawienie przez Interpol listu gończego za Dmitrijem Jaroszem (Prawy Sektor), podejrzanym o nawoływanie za pośrednictwem mediów do terroryzmu i ekstremizmu.
Polska i Polacy nie powinni być zatem zainteresowani zbytnim wzmacnianiem Ukrainy. Rozsądnie powiedział o tym Waldemar Pawlak w kontekście wydarzeń w tym kraju: „Polska powinna być tu zawsze o krok za Niemcami”. Pozwolę sobie na przewrotną i nie do końca politycznie poprawną opinię: w polskim interesie leży słaba i rozmyta w sensie jej państwowości i roli władzy centralnej Ukraina, tzn. sfederalizowana wewnętrznie, przy czym człony owej federacji, w których żyją mniejszości narodowe, powinny pozostawać w ścisłej łączności z sąsiednimi państwami, jak węgierska mniejszość na Zakarpaciu z Węgrami, Rosjanie z Zadnieprza z Federacją Rosyjską itd. Ktoś powie, że to jest w interesie Rosji. Tak, ale czy interesy polski i rosyjski gdzieś, kiedyś nie mogą być zbieżne? Kto sądzi inaczej, przedkładając nad pragmatyzm narodową mitologię, historyczne zaszłości, racje moralne, solidarność, zagadnienia ze sfery science fiction, nie powinien wypowiadać się autorytatywnie na tematy polityczne.
Wiem, że dziś ten pogląd jest nie do przyjęcia w naszym kraju. Zwłaszcza w sytuacji histerii wywołanej przez polskie media opisujące ukraiński konflikt, jego rozwój, genezę, jego różne konteksty: historyczny, społeczny, kulturowy itd. Bo wszyscy muszą zajmować jednoznaczne stanowisko, bo wszyscy muszą widzieć świat zero-jedynkowo, bo wszyscy są Polakami i Rosja ma się od zawsze wszystkim Polakom kojarzyć wyłącznie z Sybirem, kibitką, tłumieniem powstań, bolszewizmem, Katyniem, powstaniem warszawskim i jego tragedią, Józefem Stalinem i tzw. sowietyzacją.
Ktoś, kto ma w sprawie tragicznych wydarzeń na Ukrainie inne zdanie niż mitycznie pojmowany ogół, ktoś, kto zadaje pytania niewpisujące się w ogólny ton narracji, ktoś, kto nie poddaje się dyktatowi politycznej poprawności i narodowego (?) amoku, uważany jest za stronnika Rosji, agenta Putina, kolaboranta, nie-Polaka, jednostkę zsowietyzowaną itp. Doświadczyłem tego po swoich publikacjach („Cień Kosowa” – www.kulturaswiecka.pl i „Cień Kosowa (suplement)” – na moim blogu zatytułowanym Nieuczesane myśli Taty Muminka, www.lewica.pl) nawet ze strony przyjaciół i znajomych.

Wydanie: 32/2014

Kategorie: Opinie

Komentarze

  1. wiesiek59
    wiesiek59 30 sierpnia, 2014, 16:23

    Nie martw się, też zostałem „agentem Putina”…..
    Mamy podobne oceny zdarzeń i ich konsekwencji dla Polski.
    Nie jest w NASZYM interesie silna Ukraina, choć żal ginących w wojnie gangów ludzi.
    W sumie do tego się to sprowadza, który oligarcha, „królewiątko” wygra, zagarniając całą władzę i związane z nią profity.
    Nie jest istotne- parafrazując- JAKA będzie Ukraina, tylko CZYJA.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy