Raport z granicy człowieczeństwa

Raport z granicy człowieczeństwa

Strach – o rodzinę, o ludzi umierających w lasach, przed mundurowymi, przed sąsiadem.

To codzienność mieszkańców Narewki

O Narewce, którą odwiedziłam i opisałam na początku stanu wyjątkowego, teraz głośno w całej Polsce. Do tamtejszej placówki Straży Granicznej patrole odwożą (lub twierdzą, że odwiozą) znalezionych w lesie ludzi. Mundurowych śledzą aktywiści. W tej nowej rzeczywistości na początku listopada pod Narewką napadnięto na osoby, które pomagały ukrywającym się w lesie. Napastnicy, firmowani przez Straż Graniczną tajniacy, mieli na twarzach maski halloweenowe, posługiwali się długą bronią automatyczną, termowizorami, krzyczeli, grozili. Strach pomyśleć, jak mogą przebiegać ich interwencje wobec odnalezionych na bagnach uchodźców.

Strach – o rodzinę, o ludzi umierających w lasach, ale i o stan konta. Strach – przed mundurowymi, przed sąsiadem. To teraz codzienność narewczanek i narewczan.

Goście w mundurach

– Tylko część miejscowości w naszym rejonie jest objęta stanem wyjątkowym – mówi Jan Chomczuk, sekretarz gminy. – Od września znacznie zmalał ruch turystyczny, na święta i sylwestra też nikt nas nie odwiedzi. Na czas zimy wojsko zajmie kilka gminnych obiektów – dodaje. Mundurowych chętnie przyjęliby niektórzy właściciele agrobiznesów. Gmina pośredniczy, przekazuje niezbędne informacje, ale na razie ze strony dowództwa nie ma zainteresowania ofertami drobnych przedsiębiorców.

W Narewce są dwa hotele. Dwór Bartnika może zaoferować noclegi 70 osobom. Stoi prawie pusty. – Ruch turystyczny zamarł – wzdycha właścicielka. – Bez dostępu do białowieskich atrakcji nasza oferta noclegowa nikogo nie interesuje. Są co prawda inne ciekawe miejsca, np. ostoja żubrów w Gruszkach, do której woziliśmy naszych gości – moglibyśmy i teraz – ale to za mało. I trudno gdziekolwiek dojechać. Kiedy jadę do Hajnówki, czekam w kolejkach po 10-15 minut na wjeździe i wyjeździe. Rozumiem pracę służb, ale duża liczba wojska i policji nie przyciąga turystów.

Właściciele Dworu Bartnika oferowali swoje usługi wojsku, na razie bez odzewu. Miewają gości podróżujących służbowo. Nawet ci dzwonią i pytają, czy wolno przenocować w Narewce podczas delegacji. Duże hotele w Białowieży nie tylko kwaterują służby mundurowe (60 zł za osobę za nocleg plus wyżywienie), ale również otrzymają odszkodowania z racji spadku dochodów, podobnie jak mniejsze kwatery w pasie stanu wyjątkowego. Hotelarze z Narewki mogliby się ubiegać o pomoc wojewody. Tylko jak w epoce RODO udowodnić, że ktoś chciał przyjechać i się rozmyślił…

Żadna z pytanych osób nie zakłada szczęśliwego rozwiązania konfliktu na granicy w tym roku. Tak będzie przynajmniej do wiosny, oceniają. Wojskowych przybywa w tysiącach, rozbijają namioty na gminnych i prywatnych działkach – zdarza się, że bez powiadomienia właściciela. Mimo zakazu wstępu do strefy granicznej w regionie jest dużo dziennikarzy i aktywistów. Bojarski Gościniec, drugi hotel w Narewce, nie narzeka na brak gości. Na parkingach stoją wojskowe transportery. Dzwonię do właścicielki, proszę o komentarz – rozłącza się natychmiast.

Boją się – mówić, podać nazwisko, spojrzeć w lustro. Boją się pomagać. Boją się, że znajdą w lesie zwłoki. Boją się wojny. Mówią. Pomagają, ile mogą.

Modlitwą nie nakarmimy

W Narewce akcję pomocową dla uchodźców zorganizował gminny ośrodek kultury. Upomnieli się o to obywatele. Zebrano dużo darów, za dużo nawet. Część rzeczy trafiła do szpitala w Hajnówce. – Dyrekcja szpitala poprosiła o pomoc w zakupie półek do pomieszczeń, gdzie gromadzone są dary, i tę pomoc od nas dostała – dodaje Jan Chomczuk. – Część rzeczy trafiła bezpośrednio do Straży Granicznej. A o akcje pomocowe najlepiej pytać w Michałowie.

Dzwonię do parafii katolickiej pw. św. Jana Chrzciciela w Narewce. Ksiądz proboszcz uprzejmie, ale stanowczo odmawia rozmowy i odsyła do kurii. Na stronie internetowej, wśród ogłoszeń parafialnych z ostatnich tygodni, próżno szukać apeli o pomoc dla migrantów. Pod datą 3 października widnieje jedyny wpis autorstwa proboszcza: „Trwa stan wyjątkowy związany z dużą ilością nielegalnych przekroczeń granicy. Pamiętajmy, że jeśli ktoś z nas zauważy gdziekolwiek migrantów, jest zobowiązany w sumieniu, a także wobec prawa bezzwłocznie zawiadomić Straż Graniczną lub Policję. Tutaj chodzi o dobro tych nieszczęśliwych ludzi” (pisownia oryginalna). 7 listopada pojawia się nieopatrzona żadnym komentarzem notatka na końcu ogłoszeń: „»Zwracam się do wiernych oraz wszystkich ludzi dobrej woli z prośbą o ogólnopolską zbiórkę funduszy – w niedzielę 21 listopada we wszystkich kościołach i kaplicach, za pośrednictwem Caritas Polska – na rzecz migrantów z granicy białorusko-polskiej« – powiedział abp Gądecki. »Środki zbierane podczas ogólnopolskiej zbiórki zostaną przeznaczone na finansowanie działań pomocowych Caritas Polska na terenach przygranicznych podczas kryzysu migracyjnego oraz na proces długotrwałej integracji uchodźców, którzy zdecydują się pozostać w Polsce« – zaznaczył przewodniczący Episkopatu” (pisownia oryginalna).

Mieszkanki okolic Narewki: – Modlitwą ich nie nakarmimy. Pomagając, musimy też uważać na mieszkańców, którzy donoszą. To jest Polska właśnie.

– Przy wsparciu Caritas Polska przygotowano tysiąc pakietów zawierających folię termiczną, wodę mineralną, batony energetyczne i ogrzewacze do rąk. Wszystko znajduje się w specjalnych plecakach, które zostały przekazane do Straży Granicznej i do przygranicznych parafii. Dzięki temu pakiet może trafić do osoby spotkanej na ulicy czy w lesie jako pierwsze, najpilniej potrzebne wsparcie – informuje ks. dr Andrzej Dębski, dyrektor Biura Prasowego Archidiecezji Białostockiej. – Archidiecezja pomaga każdemu, bez względu na kolor skóry i narodowość, jeśli nie stoi to w sprzeczności z koniecznością ochrony granic.

Diakonia Polska Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego przygotowała 500 zestawów pomocowych dla uchodźców na granicy, które 28 października trafiły do ośrodków strzeżonych prowadzonych przez SG oraz do strażnic. „Apel Diakonii Polskiej, który wystosowali Prezes Diakonii i Biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, stanowił bezpośrednią reakcję na sytuację na granicy – pisze Wanda Falk, dyrektor generalny diakonii. – Na apel odpowiadają także parafie, które prowadzą zbiórki funduszy i konkretnych darów rzeczowych”.

Na stronie internetowej diakonii temat kryzysu humanitarnego na granicy zdominował aktualności. Wezwania do składania ofiar przetłumaczono na języki niemiecki i angielski. Diakonia współpracuje z Fundacją Ocalenie oraz Biurem Rzecznika Praw Obywatelskich. Wspiera też ośrodek strzeżony dla cudzoziemców w Kętrzynie.

Straż Graniczna tak pisze o darach od diakonii na portalu społecznościowym: „Duszpasterze Straży Granicznej przy wsparciu funkcjonariuszy naszej formacji przekazali na placówki w zagrożonym rejonie zestawy ratunkowe, które będą wykorzystywane na rzecz odnalezionych przez nas ofiar nieludzkich działań służb białoruskich”. Dalszy ciąg wpisu zawiera cytat z wypowiedzi mł. chor. SG Marty Januszkiewicz, pełnomocniczki Komendanta Podlaskiego Oddziału SG ds. Ochrony Praw Człowieka i Równego Traktowania – z użyciem słowa „imigranci”. – Uchodźcy szukają dla siebie nowego miejsca, z dala od konfliktów i społecznej niesprawiedliwości – wyjaśnia Wanda Falk. – Aby zwrócić uwagę na los człowieka zmuszonego do opuszczenia domu i poszukującego schronienia na terytorium obcego państwa, w naszych przekazach staraliśmy się odwoływać do pojęcia „uchodźcy”, nie zaś „migranci”. Przybliżając sytuację, wykorzystywaliśmy sformułowania takie jak „osoby, które w poszukiwaniu pomocy opuściły swój kraj”, „osoby, które pragną rozpocząć nowe życie z dala od konfliktów, prześladowań, nierówności i niesprawiedliwości społecznej”.

Migranci, imigranci, uchodźcy – ludzie w polskim lesie. Dziesiątki stracą życie, jeśli pomoc nadejdzie zbyt późno. Ich zwłokami pożywią się padlinożercy.

Pamiętam tylko oczy

Mieszkanka okolic Narewki: – Idą dzieci, kobiety. Są głodne. Znaleziono osiem osób z Somalii. Byli boso, w samych koszulkach. Kryli się w lesie, jak jacyś mordercy. Ktoś ich oszukał, obiecał raj. Nie jedli, nie pili przez wiele dni. 16-latka zjadła batonik i dostała drgawek.

– W okresie od 10 sierpnia do 3 listopada br. zespoły ratownictwa medycznego z województwa podlaskiego były dysponowane do migrantów 409 razy – informuje Kamila Ausztol z Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku. – W tym samym okresie wszystkich wyjazdów ZRM w województwie było 18 837, wyjazdy do migrantów stanowią więc 2%. Koszty hospitalizacji cudzoziemców zatrzymanych na granicy polsko-białoruskiej ponosi Straż Graniczna. W tym roku wyniosły 3,8 mln zł (rok wcześniej 2,9 mln zł). W ośrodkach dla cudzoziemców prowadzonych przez SG przebywa obecnie 1,7 tys. osób.

Lucyna Żłobin: – Złapani ludzie bardzo rzadko trafiają do ośrodków. Najczęściej tylko wtedy, gdy na interwencję poza strefą wyjątkową zdążą dotrzeć aktywiści i organizacje pomocowe. Ludzie skrajnie wycieńczeni są odwożeni do szpitala, ale po wypisie znów trafiają do lasu. Pod presją społeczną patrole zabierają pakiety żywnościowe, by po zatrzymaniu ludzie nie byli przetrzymywani głodni. Wręczanie pakietu żywnościowego, a zaraz potem pakowanie ludzi do samochodów i przepchanie ich na stronę białoruską to nie jest pomoc. Obywatele niosą pomoc.

Oliwia Hurley: – Każdy normalny człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że proceder siłowego wypychania ludzi przez drut musi się odbić na psychice strażników. I to znacznie. W terenie jest ich mnóstwo z zewnątrz, ale widziani byli i nasi z SG. Moim zdaniem znakomita większość mieszkańców nie przyjmuje do wiadomości, że to mąż, brat, tata, sąsiad może być tym, który wywozi dzieci.

Lucyna: – Dzisiaj zbieraliśmy porzucone rzeczy migrantów (przemoczeni przebierają się w pośpiechu, mokre rzeczy zostawiają) i znaleźliśmy człowieka. Był sam, a nasza grupa liczyła kilkanaście osób. Niestety, na nasz widok ukrył się. Zostawiliśmy mu pakiet przetrwania (prowiant, folię NRC, grzejki do stóp i dłoni). Jutro idę w to miejsce na poszukiwania. Mam nadzieję, że zrozumie, że chcemy mu pomóc. W puszczy długo nie przetrwa, a ja nie chcę budzić się w nocy z koszmarem, nie chcę też znajdować ludzkich szczątków. Zrobię, ile tylko mogę, by uratować ludzkie życie.

Oliwia: – Nie chodzę do lasu. Mieszkam w pierwszej wsi za strefą. U mnie do tej pory była jedna informacja o grupie ludzi, niestety, nie znaleźliśmy ich. Ale pomaganie to nie tylko chodzenie do lasu. Przy tej skali potrzebujących to ogromna operacja – sortowanie darów, gotowanie, zamawianie i przewożenie rzeczy. Pisanie o tym wszystkim. Pomoc psychologiczna. Dziesiątki zadań. Każdy wyjazd po chleb to obserwacja otoczenia – gdzie są patrole, tajniacy, checkpointy. Nie próbowaliśmy się liczyć, ale w tym pasie jest nas około setki plus wolontariusze z całej Polski. Dla mnie najtrudniejsze jest to, że niesiona pomoc w większości jest doraźna. Happy endy, czyli wszczęcie procedury azylowej, zdarzają się rzadko. Większość z nich trafi z powrotem na druty. I tak w kółko. Poczucie beznadziejności sytuacji tych ludzi jest najgorsze. Niektórych nigdy nie znajdziemy…

Lucyna: – Nie pamiętam twarzy, tylko oczy. Wciąż widzę oczy pełne bólu i rozpaczy.

Żywe tarcze

Na obszarze objętym stanem wyjątkowym stacjonuje obecnie 15 tys. funkcjonariuszy służb mundurowych, w tym ok. 10 tys. żołnierzy Wojska Polskiego. W poniedziałek 8 listopada po białoruskiej stronie znalazły się według oficjalnych źródeł 4 tys. migrantów. Nadchodzą kolejni. W okolicach Kuźnicy (powiat sokólski) pozostało 800 osób, reszta przesuwa się wzdłuż linii granicznej. Nowi przybysze są wyposażeni w namioty i karimaty, niosą torby z jedzeniem i piciem. Według przekazu mediów publicznych to głównie młodzi mężczyźni. Są wśród nich rodziny z dziećmi.

Zima w Puszczy Białowieskiej jest ciężka i długa, pokrywa śnieżna utrzymuje się przez ok. 90 dni. Temperatury minimalne osiągają minus 30 st. C. Zeszłej zimy średnia temperatura wynosiła ok. 0 st. C. W lasach i na polanach po obu stronach granicy obozują ludzie. Po polskiej stronie ukrywa się najprawdopodobniej kilkaset osób i liczba ta będzie rosnąć z dnia na dzień.

Oliwia: – Dziś u nas kompletna cisza, ale spodziewamy się wzmożonego ruchu w lesie. Dzieje się coś, czego oczekiwaliśmy – że w pewnym momencie zaczną nadciągać w naszą stronę wielkie grupy. Białorusini przeprowadzą w jedno miejsce tysiąc osób, gdzie indziej przepchną kilkanaście.

Lucyna: – Sytuacja jest bardzo napięta. Nie wiemy, co się dzieje na granicy po drugiej stronie, w puszczy. Jak liczne grupy migrantów są tam zgromadzone. Nikt nie wie, kto tymi ludźmi steruje. Są żywymi tarczami. Niestety, mogą paść strzały. Wszyscy boimy się konfliktu zbrojnego.

Aktywiści alarmują, że na eskalowaniu przemocy ucierpią najbardziej bezbronni ludzie: dzieci, osoby chore i starsze. Apelują o otwarcie korytarza humanitarnego. Pomoc, nie przemoc. – Według naszych szacunków przy granicy polsko-białoruskiej znajduje się obecnie ok. 1,5 tys. migrantów – mówi Karol Wilczyński z Salam Lab/Grupa Granica. – Litwa, kraj mniejszy od naszego, przyjęła do ośrodków 5 tys. osób. Wnioski są tam procedowane błyskawicznie, większość osób zostanie prawdopodobnie deportowana, ale zanim to się stanie, nikt nie jest skazywany na cierpienie z zimna albo z głodu. Tamtejsze władze nie mobilizują swoich wyborców strachem przed migrantami. Na Litwie działają funkcjonariusze Fronteksu. Nasz rząd na razie nie wyraził zainteresowania pomocą tej instytucji. Niedługo kończy się stan wyjątkowy przy granicy z Białorusią. Co wtedy?

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 47/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy