Reflektorem w bok

Taka jest uroda dzisiejszego świata, że sprawami, o których ludzie mówią, są te, na które kierują się oczy kamer. Jak w teatrze – reflektor mediów eksponuje nam jedne wydarzenia, drugie pozostawiając w mroku.
Tymczasem w cieniu „wielkich” wydarzeń toczą się te o wiele ważniejsze. Takimi było w ostatnich tygodniach przynajmniej kilka zdarzeń związanych ze sprawą Barbary Blidy.
Niemal bez echa przeszło kilkanaście dni temu przesłuchanie przed sejmową komisją byłego szefa ABW Grzegorza Ocieczka. A szkoda, bo Polacy mogliby się dowiedzieć, skąd brały się kadry funkcjonariuszy państwa PiS i co to za ludzie. Otóż Ocieczek przyszedł do ABW ze stanowiska prokuratura rejonowego w Katowicach jako zwykły szeregowy. A opuścił przed wyborami 2007, jako pułkownik. Kurs na pierwszy stopień oficerski odbył w ciągu dwóch miesięcy. Zaocznie. A potem Ocieczek, w niespełna dwa lata, awansował do stopnia pułkownika. Takich karier nie było nawet w początkach Polski Ludowej, w ten sposób Kaczyński budował swój korpus janczarów.
Ocieczek przed komisją zasłaniał się niepamięcią. Czy spotykał się z prokuratorami prowadzącymi śledztwo? Nie pamięta. A jak się spotkał, to o czym rozmawiał? Nie pamięta. Po co jeździł przed zatrzymaniem Blidy do Katowic? Nie pamięta. Dlaczego przyjechał w dniu jej zatrzymania? Przypadkowo, bo był na pogrzebie policjanta. Jakiego? Nie pamięta.
Zaiste – jak ocenić takie zeznania? Przecież tak odpowiadają bandyci złapani za rękę. Albo osoby dotknięte demencją.
Kilka dni temu z kolei prokuratura łódzka umorzyła śledztwo badające, czy w sprawie Barbary Blidy dochodziło do nielegalnych nacisków na prokuratorów.
Nacisków nie było – stwierdziła prokuratura – był za to „szczególnie intensywny nadzór służbowy”. Okazuje się więc, że wymienianie prokuratorów, którzy nie chcieli stawiać zarzutów Blidzie, stałe raportowanie o stanie śledztwa, pouczanie, czy ktoś zasługuje, by być prokuratorem czy nie, to dla łódzkich prokuratorów bułka z masłem. Ot, intensywny nadzór. Fakt, że Barbara K. wychodzi z aresztu, gdy tylko fałszywie oskarży Blidę – to też przypadek. A sytuacje, w których premier podczas nocnych narad decyduje, komu założyć kajdanki, a komu nie, a minister sprawiedliwości okłamuje Sejm i pomawia nieżyjącą posłankę, to nic nadzwyczajnego.
Przyznam, nie zaskoczyła mnie łódzka prokuratura. Rok temu taki właśnie finał jej prac przewidywał Janusz Kaczmarek. „Panie redaktorze – tłumaczył mi – pospekulujmy: jak pan sądzi, dlaczego Zbigniew Ziobro skierował tę sprawę akurat tam? Czy nie dlatego, że był pewien lojalności tamtych ludzi?”.
Może tak było, może inaczej. Ja chcę wierzyć, że sprawa nie jest zamknięta, że oczywistych faktów nie zamknie się formułami typu „intensywny nadzór”.
Przede wszystkim dlatego, że to są sprawy o niebo ważniejsze niż kolejne propozycje zmiany konstytucji czy dyskusje o przymiotach przyszłych pierwszych dam, czy też inne czcze opowieści. Sprawa Barbary Blidy, krok po kroku, obnaża patologię państwa PiS i jego funkcjonariuszy. Widzimy jak na dłoni, że tym ludziom bliżej do standardów białoruskich niż europejskich. Szkoda, że widzimy też nieporadność państwa dzisiejszego, które z tą rakowatą naroślą nie potrafi sobie poradzić.

Wydanie: 7/2010

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy