Respirator jak tańszy samochód

Respirator jak tańszy samochód

Naukowcy z Bydgoszczy dostali zadanie skonstruowania prostego i taniego respiratora. Uwinęli się w kilka tygodni=

– Od ponad pięciu tygodni codziennie o godz.19.00 jedenaścioro szaleńców spotyka się za pomocą internetowego komunikatora i myśli intensywnie nad stworzeniem nowego respiratora – śmieje się dr inż. Franciszek Bromberek, rzecznik Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy, jeden z tej szalonej jedenastki. Jest w tym gronie także pomysłodawca respiratora, prof. Tomasz Topoliński, rektor UTP. – Żeby pomóc w czasie pandemii, drukujemy przyłbice, a także adaptery pozwalające zamienić maskę do nurkowania w taką chroniącą przed koronawirusem. Ale przecież naszą uczelnię – a zwłaszcza naukowców skupionych przy inżynierii biomedycznej – stać na dużo więcej. Stąd mój pomysł na skonstruowanie prostego i taniego respiratora – wyjaśnia profesor.

Entuzjazmem rektor najpierw zaraził płk. dr. n. med. Roberta Włodarskiego, zastępcę komendanta bydgoskiego szpitala wojskowego, konsultanta krajowego ds. obronności w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii. – To świetny pomysł, bo obecnie respiratorów po prostu nie ma na rynku. Ostatnio mój szpital chciał kupić takie urządzenie. Okazało się, że trzeba czekać w kolejce aż 24 tygodnie. W dodatku respiratory nigdy nie były tanie. Przed pandemią kosztowały przeciętnie 50-100 tys. zł. Za najbardziej zaawansowane trzeba było zapłacić nawet 120-130 tys. zł. A teraz ceny ostro poszły w górę, o ok. 30-40% – ocenia dr Włodarski.

Prosty, ale nie zbyt prosty

Błyskawicznie powstał zespół, w którym naukowców z UTP wspierają bydgoscy fachowcy z zewnątrz, np. z firmy CIMAT, producenta i dystrybutora urządzeń do wyważania elementów wirujących, czy z Medseven – dystrybutora i serwisanta respiratorów domowych.

Franciszek Bromberek: – Pierwszym i wcale nie takim łatwym zadaniem było poznanie niuansów działania respiratora. Okazało się, że to dużo więcej niż worek, jaki widujemy na filmach w karetkach wiozących nieprzytomnych pacjentów. To naprawdę skomplikowana maszyna.

W dodatku dr Włodarski zrobił wszystko, żeby bydgoski respirator nie był taki prosty. – Bo co to znaczy prosty respirator? Czy ma sens produkcja maszyny tylko mechanicznie unoszącej klatkę piersiową w górę i w dół, tak jak to robiły aparaty w latach 50. z chorymi na polio? – pyta. – Moim zdaniem respirator, który ma skutecznie pomagać w pandemii COVID-19, musi być bardziej zaawansowaną maszyną. Przekonałem do tego zespół i określiłem warunki, jakie powinien spełniać. Respirator musi działać w trzech sytuacjach. Po pierwsze, w sytuacji krytycznej, w zapaści, gdy pacjent całkowicie sobie nie radzi i maszyna przejmuje za niego oddychanie. Po drugie, w czasie zdrowienia, gdy pojawia się własny oddech, a aparatura tylko pomaga wentylować płuca i ewentualnie chwilowo przejmuje oddychanie, gdy stan się pogarsza. I po trzecie, w drugiej fazie zdrowienia, gdy potrzeba jedynie delikatnego wspomagania i monitorowania oddechu.

– Jednak najważniejsze jest bezpieczeństwo – podkreśla dr Włodarski. – Respirator musi być bezpieczny dla chorego i nie może obniżać jego szans na zdrowienie. Poza tym musi pracować bez przerwy średnio ok. 20 dni, trzy-cztery tygodnie, bo tyle przeciętnie trwa leczenie chorego na ciężkie zapalenie płuc, jakie wywiązuje się u części pacjentów po zarażeniu koronawirusem. I nasz respirator spełnia te wszystkie wymogi – cieszy się dr Włodarski.

No to jaki jest ten bydgoski respirator? Prosty czy skomplikowany? – Prosty, ale nie zbyt prosty – twierdzi dr Włodarski. – Respiratory można porównać do aut. Są samochody drogie, bardzo zaawansowane technologicznie, i są dużo tańsze, mniej zaawansowane, ale którymi też bez problemu dojedzie się z punktu A do punktu B. Nasz respirator to takie tańsze auto. Świetnie wspomoże leczenie np. COVID-19, jednak pozbawiony jest pewnych funkcji, które dodatkowo ułatwiają leczenie. Na przykład nie monitoruje oddechu w sposób pozwalający precyzyjnie określić stan płuc, co jest przydatne, ale przecież i bez tego doświadczony lekarz da sobie świetnie radę.

– Nasz bydgoski ma tylko trzy tryby oddechowe, a szpitalne mają czasem nawet 10-12 – wskazuje kolejną różnicę Mikołaj Astukiewicz z firmy Medseven, absolwent inżynierii biomedycznej bydgoskiego UTP, jeden z najmłodszych w szalonej jedenastce.

A może łatwiej byłoby, zamiast konstruować prosty respirator, kupić dla szpitali respiratory domowe? – Nie spełniłyby zadania w leczeniu COVID-19 – ucina wątpliwości Astukiewicz. – Te domowe aparaty można wprawdzie podłączyć do koncentratora, który wzbogaca mieszaninę oddechową tlenem do maksymalnie 45%, ale zakażeni koronawirusem, cierpiący na ciężkie zapalenie płuc, potrzebują wzbogacenia nawet o 80%. Czasem trzeba im podawać czysty tlen. A to nie jest możliwe w domowym respiratorze.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 20/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.


Szalona jedenastka
Uniwersytet Technologiczno-Przyrodniczy:
dr inż. Sylwester Wawrzyniak
dr inż. Franciszek Bromberek
mgr inż. Sandra Śmigiel
prof. dr hab. inż. Tomasz Topoliński
dr inż. Ryszard Wocianiec

Firma CIMAT:
mgr inż. Szymon Wiśniewski
mgr inż. Piotr Kułeczko
mgr inż. Maciej Burczyk

Firma Medseven:
mgr inż. Mikołaj Astukiewicz

Konsultacje i nadzór medyczny:
płk dr n. med. Robert Włodarski
dr inż. Andrzej Topoliński


Fot. PAP/Tytus Żmijewski

Wydanie: 20/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy