Roszada

Roszada

Marcin Przydacz został sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta i szefem Biura Polityki Międzynarodowej. Z kolei powrót do dyplomacji zapowiedział dotychczasowy szef biura Jakub Kumoch. To ciekawa roszada.

Zacznijmy od Przydacza: w MSZ pilnował spraw dla Andrzeja Dudy najważniejszych – polityki bezpieczeństwa i stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. Nie ma co ukrywać, wielu ważnych ludzi w ministerstwie na głowie stawało, żeby jakoś Przydacza z centrali wypchnąć, proponowano mu różne placówki, ale na próżno. Nagrodą za cierpliwość i unikanie pokus jest powrót do Kancelarii Prezydenta, ale już na stanowisko sekretarza stanu i szefa BPM, a więc duży awans.

A teraz spójrzmy na Jakuba Kumocha. Chyba nieprzypadkowo odchodzi on niemal równocześnie z dyrektorem swojego biura Piotrem Gillertem. Ich dymisje zostały od razu połączone z kompromitującą wpadką Andrzeja Dudy – w połowie listopada zadzwonili do niego dwaj rosyjscy pranksterzy, podając się za prezydenta Macrona, i odbyli z nim rozmowę.

Oczywistą odpowiedzialność za ten skandal ponosi biuro kierowane przez Gillerta, to tam powinno zostać sprawdzone połączenie, a rozmówca zweryfikowany. Niby sprawa jasna, tymczasem Kumoch zaczął tej wersji zaprzeczać – i zapewniać, że decyzja o jego i Gillerta odejściu z Kancelarii została podjęta już w październiku. Poszła też do dziennikarzy informacja, że połączenie z „Macronem” odbyło się bez wiedzy biura, innymi kanałami. Co, nawiasem mówiąc, w złym świetle stawia Kumocha, skoro tak ważne sprawy odbywają się poza nim.

À propos złego światła – były ambasador w Japonii Jacek Izydorczyk, który broni uparcie swojego dobrego imienia, podał jakiś czas temu do sądu jednego z hejterów obrażających go w sieci. I co się okazało? Podczas rozprawy ów hejter zeznał, że nieprawdziwe informacje na temat Izydorczyka otrzymał od Gillerta. Oto więc Gillert, który przez 11 lat pracował w ambasadzie RP w Pekinie, był też zastępcą ambasadora, zamieszany jest w różne intrygi i plotki, w dodatku – co z punktu widzenia służby jest kompromitujące – zadaje się z ludźmi, którzy nie są w stanie ochronić jego tożsamości.

Ale Kumoch również nie błyszczy. Z prezydentem pożegnał się listem, w którym tłumaczył swoje odejście, ale ten list mniej wyjaśnia, a bardziej zadziwia. Otóż Kumoch napisał, że brakowało mu kontaktu z rodziną, że trudno pogodzić rolę ministra i ojca, wybiera zatem to drugie.

Może tak, może nie, bo dlaczego w świat poszła informacja, że wraca do MSZ i nie będzie pracował online, tylko szukana jest dla niego odpowiednia placówka dyplomatyczna? Czyli co, praca ambasadora to biwak, i to taki, że można nadrabiać wszystkie rodzinne zaległości?

Zwróćmy też uwagę na zasadniczy błąd. Gdyby Kumoch został wyznaczony na ambasadora, zanim ogłoszona została jego dymisja, można by mówić, że placówka, którą przejmuje, jest wywyższona, bo ambasadorem będzie bliski współpracownik prezydenta, jego minister itd. A w obecnej sytuacji każdy widzi, że placówkę obejmuje minister wyautowany, mający ochotę na zajmowanie się dziećmi i ten wyjazd to pocieszenie. Czyli Polska traktuje to państwo lekceważąco, jako zsyłkę dla wypalonych (lub spalonych) urzędników.

Słabe to, szanowne MSZ.

Wydanie: 4/2023

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy