Rozkradziona brygada

Rozkradziona brygada

We wzorcowej do niedawna 6. Brygadzie Artylerii w Toruniu przepuszczono ponad milion złotych

Wojskowi zwykli mawiać, że „Toruń artylerią stoi”. Bo istotnie, w mieście były: jeden z największych w Europie artyleryjskich poligonów, jedyna w Polsce Wyższa Szkoła Wojsk Rakietowych i Artylerii, no i perła Pomorskiego Okręgu Wojskowego – 6. Brygada Artylerii. „Szóstą” jeszcze w połowie lat 90. uważano za wzorcową jednostkę. Bez przerwy odwiedzali ją Niemcy, Szwedzi czy Amerykanie.
Dziś jest inaczej. Poligon zmienia się w wysypisko śmieci, a szkoła przejdzie niebawem do historii. Nie ma również „perły” – została rozformowana. Wojskowi, pytani o brygadę, uciekają wzrokiem. Widać, że się wstydzą. Za kolegów, którzy w rozformowywanej jednostce robili, co chcieli. Protokół sporządzony przez komisję Departamentu Kontroli MON mówi o „istotnych nieprawidłowościach” w działalności gospodarczo-finansowej brygady. Torunianie, w tym wielu żołnierzy, nazywają rzecz po imieniu – złodziejstwo i prywata.
Protokół z kontroli gospodarczo-finansowej przeprowadzonej w 6. Brygadzie Artylerii Toruń liczy 38 stron plus cztery załączniki. Kontrola odbyła się w listopadzie ub.r. i objęła okres od stycznia 2000 r. do listopada 2001 r. Wykaz ujawnionych przez nią nieprawidłowości przeraziłby nawet umiarkowanych legalistów. Dość powiedzieć, że służby planistyczne brygady nie opracowały planu finansowego jednostki na 2001 r. Nie powołano komisji budżetowej, nie przestrzegano procedur wynikających z ustawy o zamówieniach publicznych. Nie przeprowadzono inwentaryzacji majątku brygady. Notorycznie nie zapobiegano szkodom w mieniu wojskowym.

Rakiety, ale do tenisa
Tyle ogólniki. A szczegóły? Na przykład podejrzane zasady zakupu przez jednostkę pieczywa z prywatnej piekarni. Rzecz niby prozaiczna – ot, zwykłe bułki. Tyle że w Toruniu można je dostać za najwyżej 40-50 gr, a przy zamówieniach masowych po cenie nawet czterokrotnie mniejszej. Tymczasem żołnierze 6. Brygady jedli bodaj najdroższe bułki w kraju. Po – jak to określiła komisja z MON – nieuzasadnionych waloryzacjach jedna kajzerka kosztowała bowiem 1,5 zł.
Zważywszy na charakter jednostki, za uzasadniony można byłoby uznać zakup rakiet za ponad 44 tys. zł. Rzecz jednak w tym, iż były to rakiety… do tenisa ziemnego. Co więcej, ów sprzęt, podobnie jak wiele innych sportowych gadżetów, bardzo szybko uznano za wybrakowany. Już jako zużyty trafił do oficerów jednostki. Brygada fundowała wojskowym także inne kosztowne prezenty, na przykład wieczne pióra najlepszych firm wydawane bez jakichkolwiek pokwitowań. Kontrola ujawniła fakt przywłaszczenia bardzo drogiej wieży stereo i zniknięcia kilkunastu telewizorów, magnetowidów i radiomagnetofonów wysokiej klasy.
Komisja z MON zajęła się także sauną postawioną na terenie jednostki. Ta przyjemność kosztowała podatników 27 tys. zł. Przy odrobinie wyrozumiałości dla trudów koszarowego życia można uznać tę inwestycję za uzasadnioną. Nie sposób jednak potraktować obojętnie ustalonego przez komisję faktu, iż dokładnie taka sama sauna kosztuje na toruńskim rynku 12 tys. zł. Inny przekręt związany z pracami budowlanymi to sprawa utylizacji płyt azbestowych zerwanych z dachu hali sportowej. Za tę usługę brygada zapłaciła prywatnej firmie 28 tys. zł. Tymczasem członkowie komisji odkryli składowisko tych płyt na terenie jednostki…
Przy tak ewidentnym oszustwie remontowanie prywatnych samochodów w warsztacie jednostki czy niezgodne z przeznaczeniem wykorzystywanie pojazdów wojskowych to niemal błahostki. Z innych ustalonych przez komisję Departamentu Kontroli MON faktów warto wspomnieć o sześciokrotnym przepłacaniu przy zakupie papy termozgrzewalnej i dziesięciokrotnym przy nabywaniu styropianu. Nieprawidłowości było oczywiście znacznie więcej – łączny bilans ujawnionych strat i kwot związanych z operacjami gospodarczymi, które wymagają wyjaśnienia, osiągnął sumę ponad 1 mln zł.

Przeciek
Dlaczego taka sytuacja miała miejsce? Co stało się z kadrą jednostki? Na te pytania trudno dziś znaleźć odpowiedzi. Związani z brygadą oficerowie milczą, a jej były dowódca, płk Fryderyk Woźniak, jest już w cywilu i skutecznie unika kontaktów z prasą. Pozostaje więc przypuszczenie, iż oficerów opanowała niepohamowana żądza posiadania dóbr materialnych za wszelką cenę, a z tego powodu zlecali wykonywanie określonych usług podmiotom w jakiś sposób z nimi związanym. Pewnie liczyli, że skutki ich działań nigdy nie ujrzą światła dziennego.
Stało się inaczej. W marcu br. wspomniany protokół dostał się w ręce dziennikarza toruńskich „Nowości”. Wojskowi jak jeden mąż odmawiali komentarzy, a zamiast tego uporczywie pytali, skąd wie o przekrętach i jakim cudem protokół znalazł się w jego posiadaniu. Niektórzy, jak mjr Antoni Szubiński, szef Sekretariatu Dowództwa POW, przyjęli nieco inną taktykę. Sugerowali mianowicie, że protokół to… fałszywka. – Były przypadki, że pisano rzeczy nieprawdziwe, żeby kogoś się pozbyć – mówił wspomniany oficer.
Tę opinię podważył gen. Piotr Makarewicz, dyrektor Departamentu Kontroli MON. Przyznał, że jego podwładni faktycznie sporządzili wspomniany protokół: – Widzimy, że są to specyficzne nieprawidłowości – mówił jeszcze w marcu. – Trwa wyjaśnianie tych spraw. Niezależnie, gdzie znajdują się w tej chwili ewentualni sprawcy być może przestępstw – czy służą w innej jednostce, czy są już w rezerwie – wymiar sprawiedliwości ich dosięgnie.
Czy faktycznie tak się stanie i winni zostaną należycie ukarani? Kolejną kontrolę przeprowadziła komisja POW pod przewodnictwem płk. Jerzego Kubisza. Potwierdziła ona podstawowe zarzuty ministerialnych kontrolerów, ale jednocześnie zmniejszyła wymienione wcześniej kwoty nieprawidłowości. Wiele z nich uznano za na tyle drobne, że nadające się do umorzenia.
– Sprawdzano dokładnie poszczególne zarzuty – twierdzi rzecznik prasowy POW, kpt. Piotr Pubanz. – Papier po papierze, kwit po kwicie. Ustalano odpowiedzialność aż do konkretnego żołnierza zawodowego. W wyniku tych prac kilkunastu oficerów podpisało oświadczenia, w których zobowiązali się do spłacenia dokładnie wyliczonych kwot. Ilu dokładnie oficerów to dotyczy i o jakich pieniądzach mówimy, niestety, nie wiem.

Żandarmeria wyjaśni
Dziś wiadomo, że wśród oficerów zmuszonych do zwrotu należącego do brygady mienia znalazł się również były dowódca jednostki, płk Woźniak. Część przywłaszczonych dóbr już wróciła do prawnego spadkobiercy brygady – 6. Dywizjonu Artylerii. Trudno jednak uznać te działania za sprawiedliwe rozwiązanie sprawy. Można jednak mieć nadzieję, że tak właśnie się stanie. Sprawą nieistniejącej brygady zajęła się bowiem żandarmeria wojskowa prowadząca dochodzenie pod nadzorem Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Bydgoszczy.
– Nas nie interesują wewnętrzne zasady rozliczania szkód – zapewnia płk Roman Gibaszek, komendant Oddziału Żandarmerii Wojskowej Bydgoszcz. – Nas interesują czyny przestępcze, które legły u podstaw tychże szkód. To znaczy, że nie ma dla nas znaczenia, czy coś wyniesione z jednostki później tam wróciło. Ważny jest sam fakt przywłaszczenia mienia wojskowego. Mam nadzieję, że będziemy na tyle sprawni, by postawić konkretne zarzuty konkretnym osobom.
Dochodzenie trwa.

dziennikarz toruńskich „Nowości”

 

Wydanie: 33/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy