Różyc, pic i nic

Media stołeczne pożegnały właśnie koktajlbar Hortex przy ulicy Świętokrzyskiej. Lokal, jak to się ładnie dzisiaj mówi, kultowy. Ileż to par umawiało się na pierwsze randki właśnie tam. By przy lodach, niewinnych jak pierwsze znajomości, wyznać pierwsze porywy miłosne. Ten, który kochał dziewczynę szczególnie mocno, zamawiał dla niej melbę z owocami, wypasioną na full, jakbyśmy dzisiaj rzekli. Popularny Hortex nadawał się na pierwsze randki, bo był jednym z najszykowniejszych lokali w stolicy. Jednocześnie nie pijało się tam alkoholu, no może jakiś koniaczek albański w kawiarni albo wino. Oczywiście, tylko gronowe, importowane, najlepiej z Bułgarii. Do Horteksu zapraszało się osoby, z którymi chciało się być na dłużej. Na jedną noc były inne lokale. Niedaleka Sofia, dla starszych Adria, dla zamożnych Kamieniołomy. Sława Horteksu sięgała całej Polski. Wszyscy przyjeżdżający na zakupy do Domów Centrum, dzisiaj Galerii Centrum, tam wyciągali zmęczone nogi i oddawali się lodowym rozkoszom. Tam tak było. W życiu, w literaturze młodzieżowej, w filmach. Ale już nie będzie, bo kultowy Hortex został zlikwidowany. Bo czynsz był za wysoki. Jego miejsce zajmie restauracja z dalekomorską kuchnią. Dziwne, że firma Hortex wydająca tyle na reklamę nie pokusi się o utrzymanie lokalu – żywej reklamy.
Media stołeczne jeszcze nie pożegnały bazaru Różyckiego leżącego między Targową, Ząbkowską a Brzeską. Legendy Warszawy. Opisanego przez Wiecha, Tyrmanda i wielu, wielu innych. Pleneru wielu filmów, jeszcze z PRL-u rodem. Popularny Różyc też może iść pod młotek, bo prezydent Kaczyński nie ma serca do tej części Warszawy. Podobnie jak podległy mu personel. Burmistrz dzielnicy, Robert Sosnowski, od miesięcy zwodzi Stowarzyszenie Kupców Bazaru Różyckiego. Nie chce tym, którzy tam pracują i zarabiają, przekazać terenu. Handel na Różycu nie jest tak intratny jak za czasów pierwszej komuny. Niedaleko wybudowano olbrzymi supermarket na terenie Dworca Warszawa-Wileńska. Z drugiej strony naciera jarmark Europa, czyli bazar na Stadionie Dziesięciolecia. Też symbol Warszawy, tylko ciut nowszej. Ale najbardziej ekspansywni są inni, ukryci wrogowie Różyca. Dybiący na atrakcyjny teren. Po co stolicy jakiś tam bazar, skoro można wybudować tam elegancki biurowiec. Z pasażem handlowym. Zatem warto dusić kupców z Różyca wysokimi opłatami za budki handlowe. Potem ktoś teren zadłużony przejmie, a działkę za konsulting gospodarzom miasta odpali. I historyczny bazar, symbol starej warszawskiej Pragi, ze słynnymi pyzami zniknie. Będzie za to kolejny seryjny pasaż handlowy. Jakich wiele w każdym większym mieście.
W mieście Paryżem zwanym, wabiącym miliony turystów, oprócz zwiedzania seryjnych pasaży można iść do piwiarni Lipp, gdzie od lat serwują to samo specjalnie ważone piwo i takie same serdelki. Piwo smakuje wyśmienicie, serdelki też, bo tam smakuje legenda lokalu. Smakuje historia. Bo tam, przy piwie i serdelasach, powstawały i upadały koalicje rządzące we Francji. Po drugiej stronie rzeki, niedaleko katedry Notre-Dame, jest słynny bazar kwiatowo-ptasi. Miasto nie ma z tego bazaru wielkich opłat targowych, bo więcej tam zwiedzających niż kupujących. Choć klientów nie brakuje. Ale tam, w centrum wielkiej stolicy, może być niekomercyjny, ale sławiący miasto bazar. Choć na terenach komercyjnie niezwykle drogich. Za to w Warszawie systematycznie przy udziale władz miasta likwiduje się żywe historycznie miejsca. Bo ekipa prezydenta Kaczyńskiego woli rozlepiać w tramwajach wiersze z czasów powstania warszawskiego, czyli plakaty wyborcze, budować Muzeum Antykomunizmu ku swojej politycznej chwale. Nie dba o klienta, o smak Warszawy. Ale cóż można wymagać od prezydenta, który nigdy do stolicy ze swego kochanego Sopotu się nie przeprowadził.

Wydanie: 25/2004

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy