Rząd się sam wyleczy

Rząd się sam wyleczy

Premier traci cierpliwość do pielęgniarek – ten komunikat sprzed paru dni warto zapamiętać. Toż to najtrafniejszy i na dodatek autorski opis mentalności premiera i sposobu działania w ramach Prawa i Sprawiedliwości. Ta partia od początku była tak skonstruowana, że jak wódz tracił do kogoś cierpliwość, to jego los był przesądzony. I tak się do tego przyzwyczaili, zwłaszcza po objęciu władzy, że bezwiednie przenoszą ten styl na świat, na razie, jeszcze poza-PiS-owski. Pielęgniarki słysząc, że premier Kaczyński jest z nich niezadowolony, powinny pokornie kucnąć, przeprosić za kłopoty, jakie sprawiają, i podreptać do roboty. A tu nic z tego.
Politycy PiS długo nie mogli pojąć, że zdesperowane pielęgniarki nie są ukrytą agenturą PO czy SLD, oddelegowaną na strajk i wyposażoną w aparaturę, za pomocą której można odbierać rozkazy ze sztabów partyjnych. W ten sposób myślenia wpisuje się też inne określenie, „o nielegalnej okupacji rządowego budynku”. Starsi czytelnicy pamiętają ten język, bo już parę razy w naszej historii takie komunikaty były wygłaszane. Widocznie czerpanie z tych wzorców nie przeszkadza PiS. I gdyby tylko ograniczyło się ono do znanego już Polakom sposobu komunikowania się ze społeczeństwem za pomocą epitetów, fałszywych oskarżeń, poniżania i obrażania ludzi, nie byłoby sensacji. Pielęgniarki potraktowano jednak brutalniej. Straszenie prokuraturą, skądinąd podobno apolityczną, i wysyłanie policyjnych negocjatorów miało złamać strajkujące. Bez skutku.
I tak dość dla siebie niespodziewanie do grona znienawidzonych przez PiS wykształciuchów i łże-elit dołączyła niemała część elektoratu tej partii. Niejedna ze strajkujących pielęgniarek dwa lata temu uwierzyła w hasło Polski solidarnej i głosowała na Prawo i Sprawiedliwość. Piękne hasło, odwołujące się do jednego z największych polskich problemów, okazało się, niestety, kolejnym politycznym oszustwem. Zdesperowanym kobietom, zmęczonym trudnymi warunkami życia, niskimi płacami i brakiem godności pracy, powiedziano, że ich postulaty nie mogą być spełnione, bo w budżecie nie ma na to środków. Skąd się bierze ta buta wobec słabych grup społecznych? I to w solidarnym państwie. Dla słabszych pieniędzy nie ma, bo nie ma. A gdyby przyjechali górnicy, też by ich tak potraktowano? Czy rząd przechwalający się nie swoimi przecież sukcesami i kwitnącą gospodarką może jednocześnie uznawać za normalne i oczywiste to, że w Polsce tak wielu ludzi pracuje za głodowe pensje? U nas może. Władzy nie przeszkadza ta schizofrenia. Zamiast rozwiązywać problemy służby zdrowia, woli bredzić o tym, że te strajki są polityczne. Wychodzi więc na to, że dla PiS wszystko, czego nie aprobuje władza, jest inspirowane przez wrogie ośrodki i upolitycznione. Kłopot w tym, że na pielęgniarki nie ma haków. Trudno też sobie wyobrazić, że są one częścią osławionego układu. Na agenturę też nie wyglądają. Ciężko więc z takimi walczyć.
Ale PiS nie odpuści. Będzie grało na zwłokę, kombinowało i kluczyło. Widać tę taktykę po przebiegu rozmów. Długich, bez konkretów i efektów. Ale widać także, jak władza oddala się od swojego najważniejszego hasła programowego, od idei państwa solidarnego. Pielęgniarki już wiedzą, że mogą liczyć tylko na siebie, na poparcie opinii publicznej i życzliwość warszawiaków. Wiedzą po sobie, że kolejna ekipa szła tylko po władzę.

Wydanie: 27/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy