Sądzić ich może jedynie Historia

Sądzić ich może jedynie Historia

Wyroki szczecińskich sądów mają z jednej strony charakter pokazowy, a z drugiej robią wrażenie pewnego odwetu, który jest mi całkowicie obcy

Andrzej Milczanowski urodził się w 1939 r. w Równem na Wołyniu w rodzinie inteligenckiej. Ojciec był wiceprokuratorem przy Sądzie Okręgowym w Równem, matka nauczycielką. We wrześniu 1939 r. ojciec został aresztowany przez NKWD i rozstrzelany wiosną 1940 r. w Kijowie. Znajduje się na jednej z tzw. ukraińskich list katyńskich.

Milczanowski ukończył Wydział Prawa UAM, w latach 1962-1968 pracował w Prokuraturze Powiatowej w Szczecinie, zwolnił się z niej na własną prośbę (ze względu na przeciążenie pracą i zbyt niskie zarobki) i zaczął pracować jako radca prawny. Działacz Solidarności, po 13 grudnia 1981 r. współkierował strajkiem w Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego, w której utworzony został Regionalny Komitet Strajkowy. W nocy z 14 na 15 grudnia zatrzymany, a następnie aresztowany za złamanie art. 46 i 48 dekretu o stanie wojennym. Wyrokiem sądu Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy w trybie doraźnym został skazany na karę łączną pięciu lat pozbawienia wolności i trzech lat utraty praw publicznych.

W drugiej połowie lat 80. był zaangażowany w działalność podziemnej Solidarności. Przewodniczył Radzie Koordynacyjnej Pomorza Zachodniego, zasiadał w Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej i Krajowej Komisji Wykonawczej, brał udział w obradach Okrągłego Stołu w podzespole do spraw reformy prawa i sądów. Od maja 1990 r. zastępca szefa UOP, a od sierpnia 1990 do stycznia 1992 r. szef UOP. W lipcu 1992 r. powołany na stanowisko ministra spraw wewnętrznych. Podał się do dymisji po wyborze Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta. Dzień przed złożeniem rezygnacji poinformował Sejm o podejrzeniu o współpracę premiera Józefa Oleksego z obcymi służbami specjalnymi, co dało początek tzw. aferze Olina. Po 1995 r. wraz z żoną prowadził kancelarię notarialną.

Dlaczego zgodził się pan być świadkiem obrony gen. Jarosława Wernikowskiego, byłego komendanta wojewódzkiego MO w Szczecinie, w procesie, w którym skazano go na dwa lata więzienia bez zawieszenia za podpisanie decyzji o internowaniu ponad 60 osób w 1981 r.?

– Zgodziłem się ze względów, że tak powiem, historycznych, z powodu mojej oceny tamtych wydarzeń, którą niezmiennie prezentuję od 20 lat, czyli odkąd wycofałem się z polityki, co nastąpiło z chwilą odejścia ze stanowiska ministra spraw wewnętrznych.

Jaka jest zatem pana ocena stanu wojennego?

– Taka, że jego wprowadzenie uratowało nasz kraj przed radziecką interwencją wojskową. Kierownictwo radzieckie wywierało bardzo silną presję na polskie władze, by wprowadziły stan wojenny własnymi siłami. Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę z kosztów politycznych, wojskowych, propagandowych i innych, które musieliby ponieść w przypadku interwencji w Polsce. Stąd naciski na Kanię i gen. Jaruzelskiego, by problem Solidarności „załatwili” własnymi siłami – wojska i MSW. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdyby Sowieci zorientowali się, że polskie władze nie chcą lub nie są w stanie zapanować nad sytuacją w kraju, zdecydowaliby się na interwencję militarną. W Polsce w owym czasie stacjonowało co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ich żołnierzy. Rosjanie na terenie naszego kraju mieli bazy morskie i lotnicze, mieli też rakiety, również te z głowicami atomowymi. Przez Polskę przebiegały główne szlaki komunikacyjne, w tym zaopatrzeniowe do NRD, gdzie stacjonowało kilkaset tysięcy ich żołnierzy. Poza tym byliśmy członkami Układu Warszawskiego. W tej sytuacji ocena, że Rosjanie mogliby „odpuścić Polskę”, jest, najłagodniej mówiąc, naiwna.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 17/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy