San Escobar a sprawa członka

San Escobar a sprawa członka

Pewnie za chwilę minister Waszczykowski ogłosi wielki triumf polskiej dyplomacji, bo nasz kraj zostanie wybrany na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ na lata 2018-2019. Tylko czy faktycznie będzie to triumf?

Niestałym członkiem Rady Bezpieczeństwa bywaliśmy regularnie. Najpierw w latach 1946-1947, potem w roku 1961, byliśmy też w latach 70. i 80., i 1996-1997.

Działo się tak dlatego, że w doborze niestałych członków Rady przyjęta została zasada wybierania reprezentantów regionów. Można więc uznać, że taki wybór na dwuletnią kadencję raz na kilkanaście lat należy nam się z klucza.

Aczkolwiek z tym bywało różnie, bo oprócz tego, że trzeba pokonać kontrkandydatów z regionu (a on po roku 1989, po rozpadzie ZSRR, Jugosławii i Czechosłowacji, znacząco się powiększył), trzeba zdobyć większość dwóch trzecich głosów członków Zgromadzenia Ogólnego ONZ. A to nie zawsze jest łatwe, wymaga zabiegów, spotkań, nawet z przedstawicielami takich państw jak San Escobar.

Dramatyczne było zwłaszcza głosowanie w roku 1960. Polska rywalizowała wówczas z Turcją (za sprawą europejskiego fragmentu zaliczoną do Europy Wschodniej) i ta rywalizacja długo nie mogła się zakończyć. Odbyło się ponad sto głosowań, wszystkie bezowocne, był pat. Ostatecznie dogadaliśmy się z Turcją, że kadencja zostanie podzielona, oni wezmą rok i my rok.

Ostatnie nasze członkostwo w RB, w latach 1996-1997, także nie przyszło nam bezproblemowo. Konkurowaliśmy z Albanią, która okazała się trudnym przeciwnikiem, gdyż popierały ją państwa islamskie. Ostatecznie jednak Polska była górą. Pamiętano bowiem nasz udział w misjach pokojowych (w czasach PRL, byliśmy wtedy rekordzistami), a kraj potrafiący w nagłej potrzebie wysłać żołnierzy, wysłać pomoc humanitarną, jest w społeczności Narodów Zjednoczonych ceniony wysoko.

Dziwna sytuacja miała miejsce w roku 2009. Polska, główny faworyt do zajęcia miejsca w RB, wycofała się z rywalizacji o kadencję 2010-2011. Oddała miejsce Bośni i Hercegowinie. Jak tłumaczył ówczesny szef MSZ Radosław Sikorski, po to, żeby wzmocnić państwowość Bośni i Hercegowiny. Taki walkower nie był mądrym posunięciem. Bośnia do dziś się chwieje, to bardziej protektorat niż sprawny organizm państwowy, a Polska straciła przydatny instrument prowadzenia polityki zagranicznej.

Jak będzie teraz? Tym razem wycofała się Bułgaria, więc zostaliśmy na placu boju sami. Bułgarzy skalkulowali, że i tak nie zostaną wybrani, choćby z powodu sprzeciwu państw islamskich, mają też własne kłopoty, oddali zatem miejsce. Może liczą, że w przyszłości Warszawa im się odwdzięczy? Ale czy Polska to wykorzysta? Musi mieć poparcie dwóch trzecich Zgromadzenia Ogólnego. To nie jest zbyt łatwe, ale powinno się powieść. Bądź co bądź, najwyższy czas, by Polska zaczęła odbudowywać dawną pozycję na arenie międzynarodowej.

Wydanie: 3/2017

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy