Kto się boi europrokuratora?

Kto się boi europrokuratora?

Są słowa i są czyny. Mamy kampanię wyborczą, więc PiS opowiada na lewo i prawo, że kocha Unię Europejską i jest za. Tymczasem fakty świadczą o tym, że Polska, krok po kroku, dystansuje się od europejskiej współpracy.

W Brukseli decyduje się właśnie powołanie do życia Urzędu Europejskiego Prokuratora (European Public Prosecutor’s Office, EPPO). To nowe ciało ma zacząć pracę pod koniec 2020 r. Jego zadaniem będzie zwalczanie przestępstw związanych z budżetem Unii Europejskiej, takich jak oszustwa, korupcja i pranie brudnych pieniędzy, a także transgraniczne nadużycia związane z podatkiem VAT.

To są poważne sprawy. Jak wynika z wyliczeń Komisji Europejskiej, z powodu oszustw transgranicznych budżety państw Unii co roku tracą co najmniej 50 mld euro dochodów z podatku VAT. A poza obszarem podatku VAT w 2015 r. państwa członkowskie wykryły i zgłosiły Komisji nieprawidłowości związane z nadużyciami finansowymi na kwotę ok. 638 mln euro.

Oczywiste jest więc, że państwa Unii zdecydowały się na powołanie Urzędu Europejskiego Prokuratora. Ale, jak się okazuje, nie wszystkie. Wyłączyło się z tego pięć krajów. Wielka Brytania, Irlandia i Dania mają wpisaną klauzulę opt-out (prawo wyboru) w dziedzinie sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, można więc było założyć, że nie będą uczestniczyć w tej inicjatywie. A pozostałe dwa państwa, które europejskiemu prokuratorowi powiedziały nie, to – chyba wszyscy się domyślają – Polska i Węgry.

Skąd ten sprzeciw?

Wiceministrowie sprawiedliwości od Zbigniewa Ziobry tłumaczą, że ogólnie to zgadzają się z celami, które przyświecają powołaniu EPPO, ale są przeciw. Polsce nie podobają się proponowane uprawnienia europejskiego prokuratora związane ze zwalczaniem oszustw w podatku VAT. Przedstawiciele Polski mówili, że jest to kompetencja państw członkowskich, a skuteczność EPPO „wniosłaby niewielką wartość dodaną w tej kwestii”.

W rzeczywistości chodzi o to, że prokurator europejski mógłby prowadzić niezależne od miejscowej (czyli Ziobrowej) prokuratury dochodzenia dotyczące pieniędzy pochodzących z Unii, a na to Polska nie chce się zgodzić. I uważa, że to narusza jej suwerenność. To nam przeszkadza, choć nie przeszkadza 23 innym państwom UE.

Innymi słowy, można rzec, że Polska i Węgry bardzo chętnie korzystają z funduszy unijnych, natomiast nie chcą się zgodzić, by Unia sprawdzała, jak te fundusze są rozdysponowywane.

Bo obecny system polega na tym, że dochodzenia prowadzi krajowa prokuratura i tyle. A nawet jeśli w Unii (w tzw. urzędzie antykorupcyjnym OLAF) coś zostaje wykryte, to i tak sprawa przekazywana jest miejscowym organom ścigania.

I do tego dorzućmy jeszcze jedno – tajemnicą poliszynela jest, że Viktor Orbán utrzymuje swój lokalny układ z funduszy europejskich. Partia rządząca decyduje, jak one są lokowane i rozliczane. To tworzy jej potęgę. Nic więc dziwnego, że Węgry bronią się przed okiem prokuratora z Brukseli.

A Polska?

Też się broni. I na tym polega pisowska droga od Europy.

Wydanie: 21/2019

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy