Siła umiaru

Siła umiaru

Bliżej poznałem go 10 lat temu. W 2003 r., gdy kilka dni przed czerwcowym referendum rozstrzygającym o przyjęciu Polski do Unii Europejskiej przyjął moje zaproszenie do programu w telewizji publicznej. „Rozmowa dnia” była nadawana na żywo i bardzo mi zależało, by do Polaków trafiły również jego argumenty. Był mocno zajęty, umówiliśmy się więc, że odbiorę go spod domu i podrzucę do studia przy placu Powstańców. Mieszkanie w pobazgranym graffiti wieżowcu przy ul. Madalińskiego, znanym mi już wcześniej, bo mieszkał tam też Kazimierz Górski, i były premier poruszający się po mieście autobusami. Taki był. Niczego nie udawał. I niczego nie chciał z tytułu wcześniejszych zasług i funkcji. Gdy już w studiu, w trakcie programu, trochę na rozgrzewkę, zacząłem rozmowę od innych spraw, przerwał mi, mówiąc, że dziś nic się nie liczy poza referendum. Skupmy się więc na tym. No i zobaczyłem, jak w podręcznikowy wręcz sposób przekonuje do swoich racji. Takich rozmów było później jeszcze kilka.
Wiem, że czytał „Przegląd”, i zdarzało mu się w rozmowach z Robertem Walenciakiem komentować teksty opublikowane na naszych łamach. Zdjęcie Tadeusza Mazowieckiego z lupą, które mamy dziś na okładce, też ma swoją historię. Zostało zrobione w czerwcu 2010 r. przez Krzysztofa Żuczkowskiego, który, widząc w czasie wywiadu przeprowadzanego przez Roberta Walenciaka, że na biurku premiera leży lupa, zaryzykował i poprosił o zapozowanie. I tu wyszło, publicznie mało znane, poczucie humoru premiera, który pokazał, że z siebie też potrafi żartować.
Piszę o tych drobiazgach, bo przecież oprócz spraw wielkich wybitni ludzie zostawiają też takie ślady na ziemi. Jestem pewien, że Mazowiecki zostawił po sobie trwały ślad. I że jego postać będzie z czasem jeszcze bardziej rosła. Gdyby Wajda do filmów „Człowiek z żelaza” czy „Człowiek z nadziei” chciał dołożyć film o Mazowieckim, to aż się prosi o tytuł „Człowiek z dialogu”. Jego bohater nie jest człowiekiem ze spiżu. Ale ma cechy, po których można go rozpoznać wśród wielu innych polityków. Z tą najważniejszą, czyli traktowaniem polityki jako służby państwu. Każdy o tym mówi, ale często trąci to fałszem.
U Mazowieckiego styl uprawiania polityki był taki, jak jego poglądy. A poglądy brały mu się z doświadczenia życiowego i politycznego. O Polsce i o Polakach wiedział więcej od innych. Wiele dały mu lata aktywnej działalności dziennikarskiej i 10 lat w ławach Sejmu PRL. Miał niezwykłą jak na nasze czasy cechę – konsekwentnie mówił i robił to samo. Bardzo serio traktował dobro publiczne i wartości. Stale powtarzał, że polityka musi być po coś. W sprawach społecznych i paradoksalnie także gospodarczych – mimo że firmował politykę Balcerowicza – miał poglądy lewicowe. Lojalnie trzymał parasol nad radykalnymi reformami, które dla wielu Polaków były ciężarem nie do udźwignięcia. Widział to, ale uważał, że musimy zapłacić tę cenę za zmianę ustrojową. Przez oponentów najbardziej atakowany jest za to, co jest jego największym osiągnięciem. Pokojowo przeprowadził kraj przez transformację. Obyło się bez rozlewu krwi. Szansę udziału w pracy dla nowej Polski dostali wszyscy. Jak ją wykorzystali, to inna sprawa.
Gdyby szukać jakiegoś jednego wydarzenia najlepiej określającego postępowanie Mazowieckiego, przypomniałbym historię z internowania. Gdy bojowy działacz „Solidarności” Seweryn Jaworski powiedział: „A nie mówiłem, że trzeba ostrzej?”, usłyszał od Mazowieckiego: „A nie mówiłem, że trzeba mądrzej?”. No właśnie.

Wydanie: 45/2013

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy