Skamandryci w mleczarni

Skamandryci w mleczarni

Słonimski, Tuwim, Lechoń, Wierzyński i Iwaszkiewicz sprzeciwiali się cenzurze, zakazom władz kościelnych wystawień klasyków i antysemityzmowi

W czasie gdy Polska odzyskiwała niepodległość, kilku ambitnych młodzieńców marzyło o wielkiej sławie. Ci młodzi poeci mieli już za sobą publikację wierszy, artykułów, a nawet małe literackie skandale (rzecz jakże pożądaną w artystycznej karierze). Wciąż jednak uważali, że prawdziwa przyszłość i kariera dopiero przed nimi. Zapewne, jak świat światem, w każdej epoce i w każdym miejscu można znaleźć młodzieńców z podobnymi aspiracjami. Ci jednak byli wyjątkowi – bardzo szybko osiągnęli sukces, zdobywając literacką palmę pierwszeństwa w całym kraju. I znacząco wpłynęli na koloryt całej II RP. Sto lat temu, 29 listopada 1918 r., podjęli wspólnie pierwszy poważny krok w tym kierunku. Założyli kawiarnię Pod Picadorem.

Pod dachem Kefirzyckiego

Tuwim, Lechoń i Słonimski znali się już od jakiegoś czasu. Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości pisali teksty do tych samych czasopism, wspólnie biesiadowali i dzielili się swoją poezją. Nie mieli wtedy szeroko otwartych drzwi do wysokonakładowych gazet, w których mogliby publikować wiersze. Czuli się niedoceniani, a przecież marzyli o sukcesach i nieprzebranych zastępach czytelników. Każdy z nich myślał, jak to zmienić. Na pomysł stworzenia Picadora wpadli Słonimski i jego ówczesny przyjaciel Tadeusz Raabe. Pewnego razu w trakcie jazdy tramwajem beztrosko dyskutowali na różne tematy. Rozmowa zeszła na moskiewskie kawiarnie poetów, wówczas bardzo popularne. Do takich kawiarni zapraszano czytelników i urządzano głośne wydarzenia artystyczne, choćby z udziałem Majakowskiego. Poeci uznali, że można by spróbować czegoś takiego w Warszawie. Pomysł był strzałem w dziesiątkę. Zwłaszcza po 11 listopada nastrój społeczny pod tym względem zdawał się idealny. Podekscytowani, przejęci odzyskaną niepodległością mieszkańcy stolicy niezwykle chętnie szukali kolejnych wrażeń. Po prostu wychodzili na ulice i chłonęli nową rzeczywistość. W błahej sprawie manifestowali i z ogromnym zainteresowaniem słuchali przypadkowych mówców (to wtedy chwilową karierę zrobił kaznodzieja ks. Czesław Oraczewski), a każde pomniejsze zdarzenie urastało do rangi sensacji. Okoliczności wymarzone dla nowych inicjatyw, w tym kawiarni poetów.

Szansy z tym związanej nie wyczuli „starzy” literaci. Szacowne „niedobitki Młodej Polski” wykpiły propozycję Słonimskiego. Poeta jednak się nie zraził i zwrócił do Lechonia oraz Tuwima. Ci zareagowali z entuzjazmem. Co więcej, Lechoń szybko znalazł stosowne miejsce – małą mleczarnię przy Nowym Świecie pod numerem 57. Nazywano ją do tej pory potocznie Holenderką, a to dlatego, że pracujące w niej kelnerki ubierano w ludowe, holenderskie stroje. Właścicielowi owego przybytku, Karolowi Życkiemu (którego później Tuwim nazywał Kefirzyckim), zaproponowali prosty układ: jeśli on zapewni lokal, oni przyciągną klientów. Rzecz jasna, mleczarnię trzeba było odpowiednio zaadaptować. Swoistych „kuchennych rewolucji” dokonali zaprzyjaźnieni malarze. Dzięki ich pracy, jak opisał Tuwim, „ściany szalały barwami, skłębieniem półpostaci i ćwierćtwarzy, dwudomów i sześciodachów”. Wśród „półpostaci” znalazł się również słynny mecenas Kuśmiderowicz, uosobienie zacofania i złego smaku. Do tej fikcyjnej postaci występujący artyści wielokrotnie się odwoływali podczas występów.

Twórcy kawiarni otrzymali na początek trochę grosza (m.in. od ojca Raabego, który był przemysłowcem), ale wiele zdziałali także własną energią. Załatwili zgodę u sprawujących podówczas kontrolę nad stolicą zaprzyjaźnionych władz wojskowych. Wydali nawet specjalną reklamę, stylizowaną na odezwę w sprawie obrony ojczyzny. Informowali tam o otwarciu „Wielkiej Kwatery Głównej Armii Zbawienia Polski od całej współczesnej literatury ojczystej”. Zapraszali do współpracy innych poetów, choćby Jarosława Iwaszkiewicza. Po latach następująco wspominał on pierwszą wizytę w tworzącym się Picadorze: „Podszedł do mnie bardzo uprzejmy, młody człowiek, ozdobiony dużą czarną plamą w kształcie myszki na twarzy i podając mi rękę powiedział: »Nazywam się Tuwim. Tak mi miło, że pana poznaję, pan ma takie śliczne imię: Jarosław! Światosław! Swiatozar! Jarosław Swietozarowicz! Swietozar Jarosławowicz!«. Inny młody człowiek w oskubanym fraku, w binoklach, których jedno szkło było zbite do połowy i zwisało bezwładnie, wyszedł z głębi kawiarni i również mi się przedstawił. Był to Słonimski”.

Skazani na sukces

Taka ekipa była skazana na sukces! Wieczorem, 29 listopada, jak to zapisał Słonimski, zapuścili „pierwsze korzenie w ziemię tradycji literackiej, aby wyrosnąć z czasem w drzewo współczesnej poezji”. Wejść mógł każdy za opłatą pięciu marek. Nie było to zbyt tanio, choćby młody Leon Kruczkowski nie miał dostatecznych funduszy na wizytę i musiał oglądać ułamki występów z ulicy. Zresztą w specjalnym regulaminie precyzowano, że za audiencję u poety z prawem podania ręki trzeba było zapłacić już marek 50, za dodanie do dedykacji „kochanemu” – 100 marek. Propozycje matrymonialne przyjmowano w czwartki. Nic dziwnego, że nowa inicjatywa zainteresowała mieszkańców Warszawy. Już pierwszego wieczoru artyści czytali „ostro, wręcz agresywnie” swoje wiersze, parodiowali dramaturgów i liryków, a nawet toczyli poetyckie turnieje. Obecny wówczas, jeszcze jako widz (a niedługo przystający do poetów), Kazimierz Wierzyński zapamiętał, jak „blady Lechoń, 18-letni młodzik trzymał kartkę papieru w nieprawdopodobnie trzęsących się rękach, poprawiał krzywe binokle i nie ukrywając swego wzruszenia, skandował wiersze, które niedługo potem potoczyły się po całej Polsce. (…) Po każdym występie wybuchały na sali brawa, nastrój zmieniał się nieustannie”.

Picador stał się głośnym wydarzeniem kulturalnym odradzającego się państwa. Niewątpliwie wzmocnił również pozycję współtworzących go młodych ludzi. Najlepiej oddał to Iwaszkiewicz, wspominając: „Po raz pierwszy wróciwszy do domu, poczułem się nie samotnym, bezradnym poetą, ale członkiem grupy, która usiłowała narzucić publiczności, jeżeli nie swój światopogląd, którego nie posiadała, to w każdym razie chwilowy swój punkt widzenia”. Poeci nie przedstawiali wówczas zwartego światopoglądu. Przede wszystkim kontestowali. Ciosy wymierzali nieraz na ślepo, dookoła, ale obrywało się zwłaszcza „pisarzom martyrologom”. Marzyli zarazem o wyjściu sztuki na ulice, choć nie zawsze byli w pełni konsekwentni w realizacji owych marzeń.

Po kilku tygodniach od premiery zmieniła się siedziba Picadora na podziemie Hotelu Europejskiego na Krakowskim Przedmieściu. Okazało się, że nie był to dobry pomysł. Z jednej strony, zmalała liczba gości, a z drugiej – ci, którzy przybywali, nie zawsze potrafili wczuć się w poetycki klimat. Zainteresowanie takim rodzajem kawiarni również powoli zanikało. Jednak raz rozkręcona działalność poetów nie mogła zostać zatrzymana. Wspólnej sile piątki przyszłych skamandrytów trudno było się oprzeć. Bez trudu znajdowali się więc w kolejnych miejscach i inicjatywach. Zwłaszcza w pierwszych latach nie przepuszczali okazji do różnych żartów i prowokacji. Jedna z bardziej znanych dotyczy wizyty w teatrze na grafomańskiej w ich przekonaniu sztuce i publicznym wykpiwaniu tandetnych rymów i żartów.

Śmiertelnie poważnie o śmierci Narutowicza

Iwaszkiewicz miał rację, że nie mieli wspólnego światopoglądu. Występowały między nimi różnice, z biegiem lat coraz bardziej jaskrawe. W młodości chwilowo o tych różnicach zapominali i potrafili szybciej sobie wybaczać. Tylko raz wystąpili wspólnie jak jeden mąż i nie budziło wątpliwości, że czuli wówczas tak samo. Było to po zabójstwie Gabriela Narutowicza. Ich głos stał się wyrazem emocji tej części społeczeństwa, która była wzburzona zbrodnią. Niewątpliwie największą rolę odegrał tu Julian Tuwim. To on w trakcie zamachu znajdował się w Zachęcie. Jako wyjątkowo emocjonalny człowiek sam zresztą dostał na miejscu ataku nerwowego. Skutkiem tych przeżyć był jeden z najlepszych chyba jego poematów, w którym pisał do osób odpowiedzialnych za śmierć prezydenta: „Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni, / Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie”. Podobnie reagowali inni skamandryci. Wiersze o dokonanym mordzie pisali też Słonimski („Na pluszowej kanapce wśród / ciekawych i tłoku, / Jakże długo umierać trzeba od / krwotoku”) i po pewnym czasie Wierzyński („Pan prezydent wyjechał z białego pałacu / Trumna na piramidzie wzniesiony na szczyty, / Pierwszy raz na wolności – w tym kraju – zabity / Teraz już śpi, najwyższy, i nie pyta za co”).

Wiele osób próbowało w tym czasie podsumować tragizm zdarzeń, w tym skalę niespotykanego wcześniej wybuchu fanatyzmu i antysemityzmu. Jednak nawet najtrafniejsza sucha ocena ogromu zbrodni i masowego ludzkiego szaleństwa nie wystarczy. Dlatego tak potrzebny stał się język poezji. I chyba tamtemu zapotrzebowaniu na poezję w pełni sprostali skamandryci. Można też zauważyć, że owi skłonni do żartów z wszystkiego i wszystkich młodzi ludzie pierwszy raz wystąpili śmiertelnie poważnie, wywierając znaczący wpływ choćby na kształtowanie się samoświadomości części czytelników. W specjalnym oświadczeniu redakcja „Skamandra” podkreślała: „W tych chwilach ponurych, pełnych krzywdy i uniżenia, jedyną pociechę czerpiemy w tym, że miejsce nasze podczas ciężkiej walki o polską kulturę jest po przeciwnej stronie tych, którzy głosami swymi mord przygotowali”. Przeżycia związane z tą zbrodnią zostały w nich aż do śmierci. Zauważalne jest to chociażby w tonie pisanych po latach wspomnień.

Epizod, który przeszedł do historii

Później trudno wskazać podobny moment. Owszem, uczestniczyli w pomniejszych akcjach. Sprzeciwiali się cenzurze, zakazom władz kościelnych wystawień klasyków, jak również antysemityzmowi. Endecka prasa nazywała ich „szajką aroganckich krzykaczy” i znieprawiającą literaturę polską grupką żydowsko-masońską. Nie pozostawiali tego bez odpowiedzi – potrafili w takich sporach bardzo celnie i mocno odwinąć się polemistom. Czasem nawet fizycznie. Pomimo że do pewnego czasu (do aresztowań brzeskich), przy małych zastrzeżeniach w miarę podobnie patrzyli na kolejne wydarzenia polityczne, już w listopadzie 1923 r. żona Jarosława Iwaszkiewicza Anna pisała w dzienniku: „W łonie Skamandra rozłam i tak dziwnie przykra dla mnie rosnąca wciąż złość jednych względem drugich, którą odczuwa się pomimo wspólnego knajpowania, dowcipów i sztucznego humoru”. Relacje poetów raz się polepszały, a raz pogarszały, ale przytoczona ocena była boleśnie prawdziwa. Z biegiem czasu najbardziej słyszalnym ideowym głosem kojarzonym ze Skamandrem stały się felietony Słonimskiego, zwalczające nacjonalizm, militaryzm czy antysemityzm. Dalsze losy całej piątki stawały się jednak coraz bardziej osobne, co skutkowało gwałtownym zrywaniem znajomości w czasie II wojny światowej i pogłębieniem sporów po wojnie. Wtedy jednak poeci już od dawna nie czuli się członkami jednej grupy. Wciąż o sobie pamiętali, ale była to miłość połączona z nienawiścią. Iwaszkiewicz w listopadzie 1964 r. pisał w dziennikach: „Gdzie wy jesteście Julku, Kaziu, Leszku, Tolku? Jacyście byli uroczy, dowcipni, zabawni. Nie ma teraz takich ludzi. Takie było wszystko proste i jasne z wami! A teraz się tak skomplikowało”.

Czy można więc przyjąć, że kawiarnia Pod Picadorem była jedynie krótkim epizodem, ubarwieniem pierwszych dni niepodległości? Chyba nie. Skamandryci, jak wszyscy inni, przeżywali rozterki, a nawet dramaty emocjonalne i byli poddani wszelakim ludzkim odczuciom – także zawiści, próżności, małości… Mimo to poza talentem w młodości łączyło ich lekkie, specyficzne podejście do świata. Stając na straży prawdziwego talentu i wyrażając gotowość ogromnych dla niego poświęceń, wnieśli do II Rzeczypospolitej wyjątkowy koloryt. Koloryt, dzięki któremu nawet ponure z pozoru zdarzenia z perspektywy lat nie wyglądały aż tak strasznie i jednoznacznie jak w innych państwach. W 20-leciu wymienić można sporo smutnych wydarzeń. Słonimski, Tuwim, Lechoń, Wierzyński i Iwaszkiewicz stworzyli jednak piękną, barwną twarz tamtych czasów.

Wydanie: 1/2019

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy