Skromni i niepozorni

Skromni i niepozorni

Jestem zadowolony – Kaczyński nie dał na razie powodów, aby zrobiło mi się go żal, Witek dała powody, aby nigdy jej nie żałować, a Ziobro wprost zachęcił do mocnego zaciskania kciuków za to, by ostatecznie wylądował w lochu. Prezes w swoim zwyczaju postanowił „zrobić wejście”, przekonany, że podobnie jak w ciągu minionych ośmiu lat nic bez niego odbyć się nie może. Tymczasem kiedy usłyszał zza drzwi sali sejmowej marszałkowskie „otwieram posiedzenie Sejmu”, pośpiesznie wszedł i podreptał ku swojej ławie, ale musiał się zatrzymać w pół drogi, by odśpiewać marszmarsz. Spóźnialski staje do hymnu na schodach. Po raz drugi w ciągu kilku tygodni wodzowskie ego zderzyło się ze ścianą – w lokalu wyborczym odesłano go na koniec kolejki, a w Sejmie już nikt na niego nie czeka – toż to prawdziwa jesień patriarchy! Na domiar dobrego, kiedy zamamrotał do marszałka Hołowni, że jest premierem i chce zabrać głos (ach, więc już nie da się bez żadnego trybu! trzeba się grzecznie zgłosić!), został poinformowany, że członkowie rządu już zgłosili swoje wystąpienia, i odesłany na miejsce. To już prawdziwy wielopak upokorzeń dla samozwańczego zbawcy narodu, któremu nie mieści się w głowie, że po dymisji pisowskiego rządu pozostają mu wyłącznie przywileje i obowiązki szeregowego posła. Nadchodzą długie zimowe wieczory, kiedy jedyną karmą dla narcyzmu prezesa pozostaną wizyty na placu Piłsudskiego i wpatrywanie się w postument brata bliźniaka jako w swój własny pomnik.  Bałem się, że Kaczyński zareaguje na utratę władzy rozpaczliwie i poruszy struny współczucia w mojej duszy – na razie na szczęście jest wyłącznie groteskowy, bo jeszcze tej utraty nie przyjął do wiadomości. I być może nie pojmie jej nawet po przegranym wotum rządu Morawieckiego – kto wie, czy siła wyparcia nie jest już zbyt potężna, aby Jarosław Kaczyński odzyskał przytomność umysłu.  „Efekt piaskownicy”, który przewidywałem, a więc odmrażanie sobie uszu na złość mamie, zaskakująco wcześnie ujawnił się w kaczystowskich poczynaniach – wolą nie mieć wicemarszałka wcale, niż zgłosić alternatywną kandydaturę. Nie będzie Niemiec pluł im w twarz i kandydatów cenzurował. Elżbieta „Reasumpcja” Witek, żaląc się na parlament, że większością głosów zakończył definitywnie jej marszałkowanie, mówiła o sobie, jakby recytowała partyjny przekaz dnia: „walczą z taką skromną i niepozorną kobietą”. W kaczystowskim imaginarium kobieta z natury rzeczy jest skromna i niepozorna, jeśli zaś od garów została warunkowo odciągnięta na przykład do polityki, to tylko po to, żeby skromnością i niepozornością wprost epatować, jak premierka Szydło, zapamiętana ze swojej nadzwyczaj skromnej i niebywale niepozornej wypowiedzi o tym, ile się komu po prostu należy. Elżbieta Witek tak się wyspecjalizowała w niepozorności, że nikt nie zauważył jej męża przez kilkanaście miesięcy leżącego na OIOM-ie, swoje skromne usposobienie zaś potwierdziła ogłoszeniem, że „nie będzie innego kandydata poza mną”, czego przecież nazwać butnym ani pysznym nie przyszłoby nam do głowy.  Najbardziej jednak ekspresyjną reakcją na zmianę parlamentarnego układu sił wykazał się prokurator Ziobro. Nazwać jego rechot nerwowym, byłoby chyba eufemizmem – kaczystowski minister sprawiedliwości zaśmiał się histerycznie, kiedy usłyszał skandowane przez pół Sejmu: „Będziesz siedział!”. To, co dotąd można było puszczać mimo uszu, nagle stało się realną groźbą, dlatego zgrywający zazwyczaj zimnego szeryfa Ziobro zaczął się odgryzać i wręcz zachęcać do stanowczości – „Liczę na was! Liczę na to, że tym razem nie okażecie się takimi fujarami!”. Jeśli to nie deklaracja wygłoszona w tonacji samobójczej, pozostaje odebrać jego słowa jako prowokację człowieka pewnego swojej bezkarności, zabetonowanego na stanowisku i chronionego przez nieusuwalny immunitet. Niespodzianie to właśnie Ziobrze pierwszemu puściły nerwy, jego wystąpienie było właściwie teatrem tragicznym, rozpiętym między tradycją antyczną (komentarze chóru) i romantyczną (złowieszcze metafory, „po nocy jest dzień”), ze szczyptą paniki jako przyprawą, czyniącą to danie wyrafinowanym smakowo. Chodzi oczywiście o smak cywilizowanej zemsty, którym się napawam – nie trzeba mi głowy Zera na tacy, wystarczy mi jego roztrzęsienie.     Udostępnij: Share on Facebook (Otwiera się w nowym oknie) Facebook Share on X (Otwiera się w nowym oknie) X Share on X (Otwiera się w nowym oknie) X Share

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2023, 47/2023

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok