Śladami mistrza Marceau

Śladami mistrza Marceau

Warszawski festiwal sztuki mimu udowodnił, że klasyczna pantomima może być jeszcze atrakcyjna

W tym roku Bartłomiej Ostapczuk, szef artystyczny warszawskiego festiwalu sztuki mimu w Teatrze na Woli (właśnie zakończył się już dziewiąty z kolei), obwieścił powrót do klasycznej pantomimy. Począwszy od nazwy festiwalu (właśnie sztuki mimu, a nie jak w latach poprzednich physical theatre), a na wyborze spektakli kończąc, warszawski przegląd miał pokazać, że w klasycznej pantomimie jest dość siły, aby przeciwstawić się rozmyciu we wszechobecnym teatrze ciała, tańca, ruchu, słowem w teatrze wszelkiego rodzaju pogranicza.
Czy jednak taki powrót jest jeszcze dzisiaj możliwy? Jest, ale nie w formie radykalnej. Lata obcowania mimu z innymi formami ekspresji ciała i innymi formami teatru nie mogły pozostać bez wpływu na charakter produkcji, poza tym zawsze to, co jest przekroczeniem granicy, w jakiejś mierze artystów nęci. Dlaczego więc ta deklaracja powrotu do tradycyjnej pantomimy, do szkoły Marcela Marceau? Jest to zapewne odpowiedź na zjawisko „roztapiania się” mimu w pokrewnych rodzajach teatru, co w szczególności można obserwować na licznych festiwalach europejskich, m.in. na festiwalu Cos w katalońskim Reus – tam mieszanina cyrku, błazenady, mimu, teatru tańca i skeczu (ze słowami) zyskała miano Teatru Ciała, ale z mimem ma to coraz mniej wspólnego. Na Woli chcą dowieść, że pantomima ma nadal

coś ważnego do powiedzenia

– zresztą nie tylko organizatorzy festiwalu, ale i kibicujący im życzliwie przyjaciele z utworzonego w tym roku Stowarzyszenia Międzynarodowych Festiwali Pantomimy, jednoczącego artystów z wielu krajów, gdzie jeszcze o pantomimie nie zapomniano.
Obiecujący był już spektakl otwarcia tegorocznego festiwalu – „Blik” w wykonaniu francuskiej trupy Monsieur et Madame O. Artyści z Francji byli już gośćmi warszawskiego festiwalu przed trzema laty, ich styl nie był więc nieznany publiczności wiernej pantomimie – łączą oni z pantomimą elementy klownady i tańca, ale narracja plastyczna (wspomagana sugestywnie warstwą muzyczną i dźwiękową), której pantomima jest ośrodkiem, dominuje. W „Bliku” snują tragikomiczną opowieść nawiązującą do Beckettowskich komedii wyczerpania, kiedy egzystencja na granicy światów wydaje się nie mieć już sensu. Tutaj dwóch żołnierzy zapomnianej armii, niezbyt odważnych i niezbyt mądrych, trwa na posterunku – ktoś ich kiedyś postawił, odgrodził, zostawiając tylko wspomnienia i coraz mniej wskazówek na przyszłość. Zagubieni, pozbawieni łączności, oddzieleni szlabanem od reszty świata próbują przetrwać, oddając się sprzeczkom, walcząc o pożywienie i picie, podporządkowując się sobie nawzajem. Gdzieś jednak jest inny świat i – jak się okaże – daje on jednak nadzieję, znosząc bariery między ludźmi. Może wiec złamany podczas spektaklu napis „Republik”, z którego został tylko „blik”, wróci do pełnego brzmienia?
Poziom, jaki wyznaczyli Francuzi, został utrzymany do końca festiwalu. Co ważne, doskonale zaprezentował się publiczności spektakl „Lombard” Teatru Mimo, prowadzonego przy Teatrze na Woli przez Bartłomieja Ostapczuka. To był pokaz pantomimy w dawnym stylu, nawiązujący do młodzieńczej etiudy Marcela Marceau. Charakterystyczny francuski styl podkreślała muzyka i koncentracja na narracji pantomimicznej, jak wspaniały popis pantomimicznego boksu zaprezentowany przez Ostapczuka czy technicznie zachwycająca scena ukazująca

udręczenie sekretarki, piszącej na maszynie

ponad ludzkie siły – aktorka zdołała ukazać wyniszczającą moc maszyny, dosłownie wysysającej z niej ostatnie oznaki życia. Klarowny, konsekwentnie poprowadzony, dopracowany w szczegółach spektakl.
Podobnie „Modern Mime Evening”, przedstawienie skomponowane z wielu etiud i fragmentów innych spektakli, przygotowane specjalnie na jeden tylko wieczór przez artystów obecnych na festiwalu i uczestników kursu pantomimicznego przy Teatrze na Woli, dawało dobre świadectwo potencjału mimu. Potwierdzeniem szczególnie silnym takich możliwości był zamykający festiwal spektakl Bodecker & Neander Company, występ niemieckiego duetu artystów przez całe lata związanych z Marcelem Marceau. Przedstawili oni program złożony z wielu scenek, z których każda urzekała poetyckim wyrazem, techniczną maestrią, subtelnym dowcipem i wynalazczością. Artyści tego teatru dowiedli, że potrafią wszystko – mogą wyczarować ruchome schody, windy, udawać iluzjonistów, budować perspektywę, tworzyć syntezę kulturowych kodów naszych czasów, odwołując się do filmów, wątków biblijnych, a nawet klasyki muzycznej (pięknie opowiedziane „Cztery pory roku” Vivaldiego). Nic dziwnego, że to przedstawienie zwieńczyły owacje na stojąco.
Zawiedli Amerykanie (poza solistą Greggiem Goldsonem, amerykańskim Marcelem Marceau, który wystąpił w wieczorze etiud), zespół Alithea Mime Theatre, którego cała energia koncentrowała się

na gimnastyce artystycznej.

Niewiele w tym było czegoś więcej. Dobrze wytrenowani Amerykanie przedstawiali figury i układy figur, ale nie miało to ducha prawdziwej sztuki, czasem nawet tchnęło banałem.
Inny typ teatru, teatru pogranicza, zaprezentowała rosyjska trupa Do Theatre. Ich spektakl „Hangman” korzystał z dorobku surrealizmu i teatru absurdu, wprowadzając atmosferę tajemniczą i dwuznaczną. Pełen zaskoczeń i zwrotów sytuacji ukazywał świat wywrócony do góry nogami.
To był ciekawy festiwal, a także świadectwo odradzania się warszawskiej pantomimy. Do repertuaru Teatru na Woli mają wchodzić spektakle pantomimiczne. „Lombard” będzie można obejrzeć już w październiku. To dobry początek, powrót do czasów, kiedy pantomimę można było w stolicy oglądać nie tylko od święta.

Wydanie: 37/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy