SLD – z niszy do niszy

Licznik prezydencki:
Do końca kadencji “Prezydenta Swojego Brata” zostało 836 dni.

Koncepcja Aleksandra Kwaśniewskiego, by skleić środowiska o rodowodzie PZPR-owskim z częścią środowiska dawnej opozycji demokratycznej, była pomysłem, który mógł dać sukces, gdyby przystępujący do realizacji tego pomysłu w niego wierzyli. Ale nie wierzyli, przystępowali z poczuciem klęski, z lękiem, że może być ostateczna, to znaczy usunąć ich z życia politycznego, i że trzeba chwytać się choćby brzytwy, czyli LiD.
Tak było w przypadku SLD porażonego potworną klęską roku 2005, tym większą, że nastąpiła po oszałamiającym sukcesie cztery lata wcześniej. Sojusz sam zafundował sobie tę klęskę, i to cały sojusz, nie tylko kierownictwo. To szerokie rzesze SLD-owców ruszyły na państwowe pastwiska, naciskając górę, by wyrzucała wrogów i pozwoliła się paść swoim. Jeszcze bardziej pod ścianą była Partia Demokratyczna, wykorzeniona z wcześniejszego elektoratu, który poszedł do Platformy, sparaliżowana w poszukiwaniu nowego zakorzenienia przez dogmatyczny liberalizm i wyrzucona w roku 2005 poza nawias czynnej polityki. Chwycenia się brzytwy potrzebowały też pozostałe partie LiD.
Zalążek klęski tkwił w tym, że każdy zdecydowany był zostać przy swoim i na dodatek prawie każdy uważał się za lepszego od pozostałych. SLD, bo najsilniejszy, PD, bo nieskażona komunizmem, SdPl, bo opuściła SLD-owski okręt w proteście przeciwko znieprawieniu. Żadna z partii nie dostrzegła w LiD szansy na nową jakość, żadna nie włożyła serca i zaangażowania w jej tworzenie. Jako dawny członek PD żałuję, że moi koledzy nie wykorzystali szansy, bo LiD był szansą środowiska tworzącego PD, wartą nawet odejścia od razu od nazwy Partia Demokratyczna i postawienia wszystkiego na jedną kartę. Bo tylko jedna była. Ale inne partie nie były lepsze. LiD nie stał się łodzią, pozostał brzytwą, którą trzyma się z bólem i chęcią, by się jej pozbyć, kiedy tylko będzie to bezpieczne.
Ogromną winę za klęskę tej koncepcji ponosi jej inicjator, Aleksander Kwaśniewski. Kiedy ją inicjował, miał potężny autorytet nagromadzony przez 10 lat dobrej prezydentury. Mógł natchnąć środowiska, które się łączyły w LiD, nadzieją na sukces, mógł tchnąć w nie energię do działania i mógł zrobić wiele, żeby poszczególne partie stały się bardziej elastyczne w szukaniu tego, co je łączyło, i w szukaniu nowej, oryginalnej koncepcji politycznej. I tę szansę, wraz ze znaczną częścią swego autorytetu, zmarnował w sposób absolutnie osłupiający. Jest oczywiste, że LiD w stanie takiego paraliżu, niezdecydowania, niezdolności do współdziałania, nie mógł trwać.
Pomysł rozwalił SLD, bo najsilniejszy, w nadziei, że pozbywszy się ciężaru w postaci PD, popłynie szybciej i na szersze wody. Otóż bardzo w to wątpię. Po pierwsze – zrywając z PD, Sojusz nawraca do swoich PRL-owskich źródeł, a wątpię, by ten powrót prawie 20 lat po upadku PRL miał wielką siłę przyciągającą wyborców. Raczej na odwrót, co wydaje się rozumieć Olejniczak, chcąc po wyrzuceniu PD zachować kamuflujący ów rodowód szyld LiD, skądinąd bez partii Onyszkiewicza będący ni z gruszki, ni z pietruszki. Po drugie – większość tradycyjnych haseł europejskiej lewicy, związanych ze sprawami socjalnymi, została w sposób przekonujący dla wrażliwej na nie części wyborców przejęta przez PiS. Ponadto PO to nie jest już bardzo liberalny, antypracowniczy, antystrajkowy Kongres Liberalno-Demokratyczny, lecz partia nieobojętna także na sprawy ludzi pracy najemnej.
Nie widzę szansy dla Sojuszu na zaproponowanie w tych sprawach czegoś, co byłoby zdolne skierować do niego z powrotem ów socjalny elektorat. Prawdziwe jest nadal zdanie Mieczysława Rakowskiego, że lewicy socjalizm ukradziono. Pozostaje marsz w kierunku radykalizmu obyczajowego i antyklerykalizmu, czyli marsz na lewy skraj sceny politycznej. Czy tutaj można odnieść w Polsce wielkie sukcesy? Wzorcem dla Sojuszu są pewno socjaliści hiszpańscy, ale czy u nas są warunki dla takiej obyczajowej i antyklerykalnej rewolucji? Wątpię. Do wyborców klerykalnych i konserwatywnych SLD nie dotrze, a reszta jest obyczajowo całkiem liberalna i zlaicyzowana, nielękająca się tak bardzo ambony czy presji środowiska, by uważała, że potrzeba wielkich zmian z udziałem państwa, rządzonego przez antyklerykałów i radykałów obyczajowych. Sojusz wiosłując w rytm retoryki posłanki Senyszyn, nie wpłynie na szerokie wody, lecz do innej politycznej niszy.

 

Wydanie: 15/2008

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy