Ślepa wiara w dokumenty bezpieki – rozmowa z prof. Andrzejem Romanowskim

Ślepa wiara w dokumenty bezpieki – rozmowa z prof. Andrzejem Romanowskim

Sprawa albumu o Pileckim niczego nie zmieni. IPN i jego zwolennicy nadal będą głosili tezę, że „bezpieka sama siebie nie oszukiwała”

Czy chcąc pokazać podwójne standardy stosowane przez IPN, musiał pan się posłużyć osobą Witolda Pileckiego? Zrobił pan to specjalnie?
– Nie będę zaprzeczał. IPN sam się podłożył tym albumem o Pileckim autorstwa Jacka Pawłowicza, ze wstępem napisanym przez byłego prezesa tej instytucji Janusza Kurtykę. Część tekstowa albumu mówi jedno, a dokumenty w nim pokazane mówią drugie. IPN udowodnił, że nie interesuje go prawda historyczna, lecz propaganda. A czy się posłużyłem Pileckim? Cóż, w moich polemikach z IPN posługiwałem się nie tylko Pileckim, lecz samym Adamem Mickiewiczem. Już przed wielu laty pisałem, że gdyby ustawa o IPN obejmowała wiek XIX, to autor „Pana Tadeusza” byłby uznany za donosiciela, nie byłoby dla niego zmiłowania. Mickiewicz bowiem w śledztwie w Wilnie w 1824 r. podpisał zobowiązanie do tajnej współpracy. Posłużyłem się więc i Mickiewiczem, i Pileckim, by pokazać, że ustawa o IPN jest nieludzka, faktycznie antypolska. Powinna być jak najszybciej zmieniona, a sam instytut zlikwidowany.

Ministerstwo Prawdy

Album o Pileckim jest najlepszą egzemplifikacją metod badawczych stosowanych przez ludzi IPN?
– Niekoniecznie. W IPN powstają różne, czasem bardzo wartościowe prace historyczne. Nie chcę wymieniać tytułów, by autorom nie zaszkodzić. A ja nie mam wątpliwości co do bohaterstwa Witolda Pileckiego, tak jak nie mam wątpliwości co do bohaterstwa innych bojowników o niepodległość, nawet tych, którzy po wojnie „dali się złamać”. Już w styczniu 1999 r. opublikowałem w „Gazecie  Wyborczej” artykuł (przedrukowałem go później w mojej książce „Rozkosze lustracji”), w którym przedstawiłem hipotetyczną konstrukcję: katowanego na UB akowca podpisującego zobowiązanie do współpracy i w III RP zrównanego za to z agentami bezpieki. Zadałem pytanie: jak to – przeszłe bohaterstwo takiego człowieka miałoby być automatycznie unieważnione? Dlatego album Jacka Pawłowicza jest dla mnie nie tyle wyrazem pracy wydawniczej IPN, ile raczej działań jego pionu edukacyjnego. Pionu, który manipuluje przeszłością, który jest takim orwellowskim Ministerstwem Prawdy.

Czym pan tłumaczy to IPN-owskie, bezkrytyczne podchodzenie do dokumentów bezpieki? Taką swoistą miłość do nich?
– Bezkrytyczne? Teraz, po moim artykule, okazało się nagle coś innego! IPN mówi, że ja nie dokonuję krytyki źródeł, że do tych dokumentów trzeba podchodzić ostrożnie, że trzeba dysponować bagażem wiedzy o tamtych czasach… No, brawo! Cały czas przestrzegałem przed ślepą wiarą w dokumenty wytworzone przez UB czy SB. Ale zwróćmy uwagę na jedno zjawisko. Bo, widzi pan, ja chętnie przyjmę oskarżenia IPN-owców, że jestem w naukach historycznych niedokształcony i w ogóle nieinteligentny, po prostu głupiec, itp., itd. Wszystkie takie oskarżenia pod moim adresem padały. Czy jednak nie zgodzimy się, że w naszym kraju znalazłoby się trochę ludzi tak głupich jak ja? Ba! Może nawet jeszcze głupszych niż ja? I oto my, głuptasy, dostajemy do ręki archiwa IPN-owskie, bo to nam gwarantuje ustawa. I co zrobimy z zaczerpniętą z nich wiedzą? Otóż właśnie: ja od lat przestrzegam, by nie żyć – jak to kiedyś ująłem – z „odbezpieczonym granatem”. Przestrzegałem i przestrzegam w imieniu takich jak ja głuptasów.

Bez zmian

IPN będzie teraz musiał zweryfikować cały swój stosunek do bezpieczniackich akt?
– Powinien. Ale my nie jesteśmy społeczeństwem racjonalnym. Gdy przed laty wyszła sprawa tzw. lojalki Jarosława Kaczyńskiego, wydawało mi się, że to koniec zabaw lustratorskich. No bo jeśli lustratorzy twierdzą, że to fałszerstwo, i jeśli tego fałszerstwa dokonały służby specjalne III RP, to na ile wiarygodne są dokumenty wytworzone przez służby specjalne PRL? Ale taki wniosek bynajmniej nie został wyciągnięty, lustracja trwała w najlepsze, nawet zaczęła się wtedy rozkręcać. Dlatego sądzę, że nic się nie zmieni. IPN i jego zwolennicy będą nadal głosili tezę, że „bezpieka sama siebie nie oszukiwała”, Wałęsa pozostanie Bolkiem, Pilecki świętym, a IPN będzie się skarżył, że ma za mało pieniędzy na działalność.

Ale dlaczego tak się dzieje?
– Bo takie postawy stymuluje ustawa o IPN. A łączy ona przecież dwa porządki: historyczny i prokuratorski. Pierwszy ma badać dokumenty sine ira et studio. Drugi ma oskarżać. Do dziś nie przestaję się zdumiewać, że profesorowie prawa uszczęśliwili nas czymś takim. Bo ustawę o IPN wymyślili prof. Witold Michał Kulesza i prof. Andrzej Rzepliński, skądinąd obecny prezes Trybunału Konstytucyjnego. A potem tę ustawę przegłosował Sejm. I tylko SLD zachował się wtedy przyzwoicie. No i piątka posłów Unii Wolności z Tadeuszem Mazowieckim i Jackiem Kuroniem na czele: oni wstrzymali się od głosu.

Pan jest kontynuatorem ich walki z lustracją w tym kształcie. Dla wielu prowadzi pan prywatną wojnę z IPN.
– Nie walczę z ludźmi, walczę z instytucją. A właściwie nawet nie z instytucją, lecz z ustawą. Apeluję, gdzie się da: zlikwidujcie ten instytut. Jak długo będzie on utrzymywany w tym kształcie, tak długo będzie tam powstawała historia skłamana, podciągnięta pod interes prokuratora.

Celne ugodzenie

Dlaczego tak niewielu historyków, można ich policzyć na palcach jednej ręki, podejmuje polemikę z IPN, podważając wiele jego dokonań, zarówno od strony warsztatowej, jak i edukacyjno-wychowawczej?
– Nie jestem zawodowym historykiem, więc wolałbym odmówić odpowiedzi na to pytanie. Faktem jest jednak, że wielu historyków dziejów najnowszych jest zatrudnionych w IPN, więc nieskoro im krytykować pracodawcę. Inni zaś korzystają z archiwów IPN i nie chcą krytykować, by nie mieć trudności przy udostępnianiu materiałów. Sam słyszałem taką argumentację i nawet nią się specjalnie nie gorszę: nie wszyscy muszą robić wszystko. Dlatego tak ważne jest, by o hańbie IPN mówiło społeczeństwo. Czyli nasze media – podobno wolne.

Spodziewał się pan tak zmasowanego ataku, łącznie z podważaniem pana dorobku naukowego i prawa do wypowiadania w tej materii?
– Oczywiście, że się spodziewałem, aczkolwiek jego skala przeszła jednak moje oczekiwania. Dały mi przecież odpór wszystkie media prawicowe, od „Gazety Polskiej Codziennie”, przez „Super Express”, po „Rzeczpospolitą” (czterokrotnie!) oraz tygodniki „Do Rzeczy”, „Sieci” czy portal braci Karnowskich. W telewizji odezwał się Jan Pospieszalski, a internet raz jeszcze okazał się ściekiem. Jeden z prawicowców porównał mnie do Hitlera, drugi do Stalina. Inni znów organizują akcję, by odebrać mi tytuł profesora. Największym zaskoczeniem był list pewnego zakonnika (podpisany, nie anonim), z którego się dowiedziałem, że zasługuję na „splunięcie pod nogi” i że to, co robię, to „skurwysyństwo”. Mały przyczynek do tego, czym w Polsce zajmuje się Kościół. Z kolei znana prawicowa publicystka pisze do mnie: „Kim ty jesteś, zaprzańcu? Zdrajco narodu” itd. Tak, wściekłość prawicy jest ogromna. Musiałem ugodzić celnie.

Prof. Andrzej Romanowski – literaturoznawca, kierownik Katedry Kultury Literackiej Pogranicza na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, pracownik Instytutu Historii PAN w Warszawie, redaktor naczelny „Polskiego Słownika Biograficznego”.

Wydanie: 22/2013

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy