Śmierć bez odszkodowania

Śmierć bez odszkodowania

Na wyrębie. fot. Marek Książek

Robotnik leśny zginął podczas wycinki, ale wdowa po nim nie dostała odszkodowania, bo był ubezpieczony w KRUS Był mroźny lutowy poranek 2017 r. Edward Nadolny jak zwykle wyszedł z domu, wsiadł na ciągnik i pojechał w stronę kompleksu leśnego Charubin-Serafin, by wycinać spalinową piłą łańcuchową wyznaczone przez leśnictwo drzewa. Na miejscu spotkał drugiego pilarza, Stanisława K., z którym tworzyli zgraną parę robotników leśnych zatrudnionych przez firmę zajmującą się wyrębem. Pozostało im niewiele do wycinki, gdy przed godz. godz. 15 przyjechał podleśniczy. Z partnerem Nadolnego uzgadniał zadania na kolejną dniówkę – wtedy usłyszeli krzyk zrywkarza, ściągającego ścięte drzewa na składowisko przy drodze. Odwrócili się i zobaczyli przygniecionego ciężkim pniem Nadolnego. Nie dawał oznak życia. Jego zmiażdżona głowa była wbita w ziemię. Obok leżał kask. – Mąż zadzwonił do mnie przed 15 i zapowiedział, że wróci do domu na obiad. Ale długo się nie pojawiał. Dopiero za jakiś czas przyjechała koleżanka i przekazała nam tragiczną wiadomość – wspomina Lucyna Nadolna, wdowa po pilarzu. Rolnik w lesie Z protokołu inspektora pracy i notatki Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Białymstoku wynika, że wypadek wydarzył się na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Teren zrębu był bagnisty, a ścinana sucha olcha okazała się zawieszona w koronie (widłach) sąsiedniego drzewa w taki sposób, że po uwolnieniu jej od spodu rozpadła się na trzy części. Jedna z nich spadła na głowę pilarza. Gdyby pień drzewa padał w jednym kawałku, pewnie Nadolny, jako doświadczony robotnik leśny, zdążyłby uskoczyć. Śmiertelny wypadek 56-letniego pilarza wywołał duże poruszenie w jego rodzinnej wsi Kuzie (powiat łomżyński) i miejscowym leśnictwie, ale przede wszystkim u pracodawcy, w Zakładzie Usług Leśnych Beata Skłodowska Dariusz Kaczyński Spółka jawna w Szczytnie. To jeden z wielu zakładów usług leśnych, których w trakcie transformacji ustrojowej pozbyły się Lasy Państwowe. Zazwyczaj przejmowali je dotychczasowi pracownicy, tworząc spółki i zatrudniając w nich byłych robotników leśnych. Przeważnie na etat, choć – jak w wypadku ZUL ze Szczytna – także na umowę cywilnoprawną na usługi z zakresu robót leśnych. Jednym z takich robotników był Edward Nadolny, który w sierpniu 2016 r. zarejestrował samodzielną działalność gospodarczą i wynajmował się do wycinki drzew. W założeniu była to dogodna forma zatrudnienia, skoro prowadził jeszcze nieduże, ośmiohektarowe gospodarstwo rolne. Hodowali z żoną kilka świń, krowę, trochę drobiu… Wystarczyło dla nich i trzech synów, bo córka zdążyła wyjść za mąż. Co prawda, najmłodszy syn skończył 18 lat, więc wszyscy trzej byli już dorośli, lecz jako niepełnosprawni umysłowo wymagali opieki. Wcześniej Nadolny pracował w szczytnowskim ZUL na pełny etat i miał tam dobre notowania. Ale – jak mówi Dariusz Kaczyński – jego sytuacja życiowa nie pozwoliła mu na pełne oddanie się pracy. Nie mógł ciąć drzew po osiem godzin, bo nie dość, że opiekował się niepełnosprawnymi synami, to jeszcze miał pod opieką matkę po udarze. Dlatego pracodawca postanowił go zwolnić, dając mu jednak możliwość samozatrudnienia. Pan Edward uspokajał żonę, że w jego pracy nic w zasadzie się nie zmieni, jednak zmieniła się forma jego ubezpieczenia. Jako etatowy pracownik był ubezpieczony w ZUS, ale jako rolnik (choć równolegle właściciel jednoosobowej firmy) mógł płacić o wiele niższe składki w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego. Miał ubezpieczenie wypadkowe, chorobowe i macierzyńskie (taka struktura) oraz emerytalno-rentowe. Co wcale nie było jego wynalazkiem, ponieważ KRUS jest wygodnym rozwiązaniem dla zatrudnionych w różnych branżach, a jednocześnie posiadaczy chociażby skrawka ziemi. Drzewo zabiło człowieka Według słów Lucyny Nadolnej jej mąż sądził, że składki w KRUS nie tylko zapewniają mu przyszłą emeryturę, ale także zabezpieczają przed szkodą z tytułu wypadku. Okazało się, że owszem, ale tylko w razie wypadku w gospodarstwie rolnym, a nie w lesie. Być może Nadolny o tym wiedział, bo wyrobił sobie skromną polisę (na 10 tys. zł) w SKOK Rafineria, lecz po wypadku pilarza kasa, przejęta już przez inny bank, stwierdziła, że był ubezpieczony od wypadku śmiertelnego, ale nie podczas wykonywania pracy zarobkowej. W szczytnowskim ZUL na etatach zatrudnionych jest ok. 60 osób, a samozatrudnionych – co najmniej kilkanaście. Dariusz Kaczyński mówi, że radził im, aby ubezpieczyli się indywidualnie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2019, 25/2019

Kategorie: Kraj