Smoleński hochsztapler

Smoleński hochsztapler

Jak długo będzie trwało panoszenie się oszusta?

W 11. rocznicę katastrofy w Smoleńsku będzie jak zawsze. Kaczyński będzie pokazywał, jak cierpi. A Macierewicz zapowie publikację raportu, który „pokaże prawdę”. Albo pokaże byle co i będzie wołał – klasyczny hochsztapler! – że pokazuje wszystko. Odegrane zostanie stare przedstawienie. Tylko publiczności będzie mniej.

Smoleńskie trumny dały Kaczyńskiemu władzę. Najpierw nad polską prawicą – bo był tym bratem bliźniakiem, który przeżywa największe cierpienie, więc choćby z tego powodu należy mu się pierwszeństwo. Obok niego wyrósł Antoni Macierewicz – ten, który miał dotrzeć do „prawdy”. Teoria zamachu, spisku, zdrady potrzebowała cierpiętnika, ale i tego, kto będzie drążył, by „prawda” wyszła na jaw. Trzecim elementem byli twórcy kolejnych wersji zamachu, nieważne, że wykluczających się wzajemnie. Czyli pisowskie media i różne powoływane ad hoc organizacje.

Religia smoleńska pozwoliła Kaczyńskiemu przejąć rząd dusz nad znaczną częścią społeczeństwa, a potem ułatwiła wygranie wyborów. Ale zdobycie władzy oznaczało też – tak rozumieli to wyznawcy – że ziści się obietnica, że „prawda” zostanie ujawniona. Dlatego od ponad pięciu lat obserwujemy następną falę skandalicznych działań i kłamstw ze strony obozu władzy. Defekt religii smoleńskiej – zapowiedź, że za chwilę „prawda” wyjdzie na jaw – zaczął Kaczyńskiemu doskwierać.

W chrześcijaństwie sąd ostateczny, koniec świata, niebo, piekło – to wszystko jest obietnicą przyszłości. Nie wiemy, kiedy nastąpi, ale wiadomo, że nie za chwilę, że nie można tego się domagać. W religii smoleńskiej owo „za chwilę” obiecał sam Jarosław Kaczyński, a za nim Antoni Macierewicz. Lud czeka, więc co mu dać? I to jest powód kolejnych kłamstw i schizm w obozie smoleńskim.

Cofnijmy się do momentu, gdy PiS zdobyło władzę. Wtedy oczekiwania wyznawców religii smoleńskiej sięgały zenitu. Wiara miała stać się ciałem.

Do pracy przystąpiła prokuratura – zarządziła ekshumacje, nie licząc się ze sprzeciwem rodzin. To było działanie sadystyczne. Pobrano próbki ze szczątków wszystkich ofiar i wysłano je do trzech laboratoriów za granicą. Jednego we Włoszech i dwóch w Wielkiej Brytanii. W przekonaniu, że badania wykażą to, co każdy wyznawca religii smoleńskiej wiedział – ślady materiałów wybuchowych.

No i do pracy przystąpił Antoni Macierewicz, który swoją wcześniejszą sejmową komisję przekształcił w nowe ciało – podkomisję ds. ponownego zbadania przyczyn i okoliczności wypadku samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem. Pierwsze jej posiedzenie odbyło się 7 marca 2016 r. To ona miała ujawnić „prawdę”.

Jaki był efekt tych działań? Jako pierwsza musiała się rozczarować prokuratura. Próbki ciał miały być zbadane w ciągu pół roku, potem te terminy się przedłużały. W każdym razie wiadomo, że prokuratura ma wyniki od dwóch lat i ich nie udostępnia, trzyma w tajemnicy. Śledztwo smoleńskie jest przez nią sztucznie przedłużane.

A podkomisja Macierewicza? Żaden jej członek nie badał wcześniej katastrof lotniczych. Była więc ciałem złożonym z dyletantów. Pierwszym przewodniczącym komisji był Wacław Berczyński, absolwent Politechniki Łódzkiej i Uniwersytetu Południowej Kalifornii, potem pracownik Boeinga. Twierdził, że kadłub takiej maszyny jak Tu-154M powinien zderzenie z ziemią wytrzymać, poza tym katastrofa nastąpiła w wyniku wybuchu bomby termobarycznej.

Macierewicz mówił o Berczyńskim, że „badał dziesiątki katastrof lotnictwa wojskowego” w USA. Ale nie ma żadnych dokumentów, które by to potwierdzały. Wiadomo jedynie, że był w Boeingu informatykiem. A już po przejęciu władzy przez PiS mocno się zaangażował w storpedowanie kontraktu na zakup śmigłowców Caracal, który w 2015 r. podpisał poprzedni rząd. Kontraktu o wartości 13 mld zł.

Kolejnym przewodniczącym był Kazimierz Nowaczyk, który pracował jako fizyk doświadczalny na Wydziale Biochemii i Biologii Molekularnej Szkoły Medycznej University of Maryland. On z kolei był autorem koncepcji, że tupolew ominął feralną brzozę, a potem rozpadł się w wyniku „dwóch wstrząsów”, czyli wybuchów. 11 stycznia 2018 r. na stanowisku przewodniczącego podkomisji zastąpił go Antoni Macierewicz.

Inną gwiazdą podkomisji był Wiesław Binienda. Przedstawiano go jako tego, który uczestniczył w badaniach katastrofy promu Columbia. Jednakże w raporcie na temat Columbii nie został wymieniony, choć podane są nazwiska nawet sekretarek i kierowców. Binienda jest absolwentem Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. W 1982 r. wyjechał do USA i doszedł do stanowiska profesora na Wydziale Inżynierii Cywilnej University of Akron (w rankingu uczelni w USA zajmuje 585. miejsce na 650).

Podkomisja miała więc jasno sprecyzowany cel – znaleźć dowody na to, że katastrofa Tu-154M w Smoleńsku nie była wypadkiem komunikacyjnym, tylko zamachem. Kłopot w tym, że tych dowodów nie było. Dlatego już rok temu, w 10. rocznicę katastrofy smoleńskiej, mieliśmy awanturę, bo Antoni Macierewicz obiecywał, że podkomisja przygotuje na tę rocznicę raport, ale nic takiego się nie stało.

A obiecywał na poważnie. W marcu 2020 r. zapowiadał w Telewizji Republika, że raport zostanie za chwilę opublikowany. I ujawniał, że dokument zaczynać się będzie od… „remontu Tu-154, który odbywał się nie we Wnukowie k. Moskwy, tak jak przedtem to było robione przez wiele lat, ale w zakładach najbliższego przyjaciela pana Putina, Olega Deripaski, w zakładach Aviacor w Samarze. Analiza pokazuje, że decydowały o tym służby rosyjskie wspierane także przez niektórych ludzi ze służb działających w Polsce”.

Ogłaszał też, że pokaże, jak wyglądały przygotowania do lotu, a potem, już po katastrofie, „jak fałszowano materiały dowodowe”. Czyli zamierzał mówić o wszystkim, ale nie o samym locie i podejściu do lądowania w Smoleńsku.

Zamierzał, ale tego nie zrobił. Raport 10 kwietnia 2020 r. się nie ukazał, podobno z powodu pandemii. Potem, gdy sejmowa Komisja Obrony Narodowej domagała się sprawozdania z prac podkomisji, Macierewicz puścił posłom ponadgodzinny film. „To załącznik do raportu podkomisji”, tłumaczył. Ale później zmienił zdanie i mówił, że to był „raport filmowy”. A cały raport (na piśmie) jest gotowy i znajduje się w sejfie podkomisji. I „może zostać opublikowany w ciągu kwartału”. Oczywiście znów nic takiego się nie stało.

Ale to nie znaczy, że Macierewicz stracił rezon. „Miejmy w pamięci, jak bardzo ważna jest prawda o dramacie smoleńskim, wyniki badania komisji, która teraz działa i pokazała, że rzeczywistą przyczyną była eksplozja, wysadzenie w powietrze samolotu. Dziękuję Radiu Maryja, Telewizji Trwam, Rodzinie Radia Maryja, tym wszystkim, którzy podtrzymywali nas przy pracy nad prawdą o dramacie smoleńskim. Gdy skończy się wreszcie pandemia koronawirusa, komisja będzie mogła się spotkać, a raport zostanie opublikowany. Mam nadzieję, że przetnie on wszystkie działania antypolskie, z jakimi mamy do czynienia”, mówił w styczniu br. w Radiu Maryja.

A podczas spotkania z przedstawicielami Klubów „Gazety Polskiej” zapowiadał: „Siedem miesięcy temu został opublikowany raport w wersji filmowej. Rosjanie pewnie są świadomi, że mamy cały materiał dowodowy pokazujący ich odpowiedzialność, że ich kłamstwo smoleńskie zostało w sensie dowodowym zniszczone, w związku z tym jest robione wszystko, żeby ono nie dotarło do polskiej opinii publicznej, żeby nie stało się podstawą do działań prawnych, bo przecież sam raport jest punktem odniesienia dla prokuratury”.

W tym samym mniej więcej czasie mówił, że „pełen raport jest jeszcze konsultowany”. I teraz zadajmy pytanie: czy można traktować to poważnie?

Poważnie Macierewicza nie traktuje już Glenn Jørgensen, były członek podkomisji, prywatnie mąż Ewy Stankiewicz, szefowej Stowarzyszenia Solidarni 2010. Dał temu wyraz w tekście publikowanym w lutym br. w tygodniku „Sieci”. Oskarżył w nim  przewodniczącego podkomisji, że de facto blokuje możliwość zbadania katastrofy. „Wprowadza chaos i konflikty, tworzy wrogów – pisał o Macierewiczu. – Rozpowszechnia błędne informacje oraz aktywnie blokuje wszelkie próby prowadzenia systematycznego śledztwa opartego na dowodach”.

„Regułą już stało się ucinanie ważnego procesu badawczego na ostatniej prostej – to też opinia Jørgensena. – O ile na poziomie deklaracji medialnych przewodniczący wydaje się żarliwie walczyć o prawdę, przekonując głównie już przekonanych, o tyle na poziomie decyzji badawczych zachowuje się kompletnie niezrozumiale, często utrudniając lub uniemożliwiając solidne uzasadnienie hipotezy badawczej, będącej w zasięgu naszych możliwości”.

Duńczyk, jeden z najtwardszych zwolenników teorii zamachu, nie jest w tych ocenach osamotniony. Popiera go część rodzin smoleńskich. „Nadzieje, które wiązaliśmy z podkomisją smoleńską, zostały w dużej mierze zawiedzione. Nie jestem jedyną rozczarowaną. Takich rodzin jest więcej”, mówiła na początku marca Magdalena Merta, żona wiceministra kultury Tomasza Merty.

Rozczarowana jest również córka Zbigniewa Wassermanna Małgorzata. „Minęło 11 lat i chciałabym wiedzieć, dlaczego nadal nie wiem, na jakim etapie są komisja i prokuratura – deklarowała w Polsat News. – Jak najbardziej podpisałabym się pod wnioskiem o audyt w podkomisji smoleńskiej”. Tylko czy to możliwe?

Spór Jørgensena z Macierewiczem jest banalny. Widać, że Duńczyk wierzy w zamach, w wybuchy, więc chce to badać. I zupełnie nie pojmuje, że im więcej dowodów, tym teoria o zamachu będzie wyglądać śmieszniej. Macierewicz z kolei występuje tu w roli wytrawnego hochsztaplera – nie interesują go badania, on chce, żeby to wszystko trwało, żeby wciąż dociekano, a on w międzyczasie będzie rzucał oskarżenia. Chce z badania przyczyn katastrofy jeszcze długo żyć.

Czy taka hochsztaplerka, panoszenie się oszusta będą jeszcze długo trwały? Cóż, religia smoleńska, wielkie koło zamachowe, które dało PiS władzę, jest de facto martwa. Kolejne miesięcznice i rocznice smoleńskie wypadają coraz smętniej, mało kogo już interesują. W samym PiS trudno znaleźć kogokolwiek, kto chciałby bronić teorii zamachu.

Ale kapitulacja w obliczu faktów to żadna cnota. Ktoś, rozpowszechniając oszustwo smoleńskie, wprowadził w błąd miliony obywateli i na tym zyskał – politycznie i materialnie. Ktoś wywalił w błoto 10 mln zł publicznych pieniędzy, bo tyle kosztowały działania podkomisji smoleńskiej. Gdyby zastosować art. 286 kk w polityce, Macierewicz miałby za oszustwo osiem lat za kratkami jak w banku.

Ale na razie Macierewicz może z tego się śmiać. Bo w Polsce polityka to chyba jedyne zajęcie, które pozwala bezkarnie łgać.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Stefan Maszewski/Reporter

Wydanie: 15/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy