Sprawiedliwe podatki

Sprawiedliwe podatki

Celem polityki społecznej PiS jest nie zasypywanie nierówności, ale kupowanie poparcia, które ma ułatwić marsz w kierunku autorytaryzmu

Jolanta Banach

Kandyduje do Sejmu z 2. miejsca
listy Komitetu Wyborczego Sojuszu Lewicy
Demokratycznej w okręgu wyborczym nr 25.

Ma pani za sobą już trzy kadencje na Wiejskiej. Nie czuje się pani spełniona jako posłanka?
– Pyta mnie pani, dlaczego kandyduję? Przez lata mówiono, że zagrożeniem dla demokracji jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. I co? To brak lewicy w Sejmie otworzył drogę do autorytaryzmu. Chcę wzmocnić projekt zjednoczonej lewicy, mam wieloletnie doświadczenie w pracy parlamentarnej – nie muszę uczyć się jej od początku. Jestem pewna, że nasz sukces wyborczy będzie kluczem do rzeczywistej zmiany.

Czyli?
– Takiej polityki społecznej, która wspiera pracę, dochody z pracy, i która troszczy się o sektor publiczny. Rządy PiS przybliżyły katastrofę sektora publicznego. Mamy chaos w szkołach, upadającą pod ciężarem długów i z braku personelu służbę zdrowia, klęskę programu mającego ułatwić dostęp do tanich mieszkań. A jak wygląda wsparcie dla osób niepełnosprawnych i seniorów wymagających stałej opieki? W Polsce pisowskiego dobrobytu więcej ludzi umiera, niż się rodzi, spada średnia długość życia. Mimo wysokiego wzrostu gospodarczego rośnie skrajne ubóstwo. Wiem coś o tym, bo od wielu lat zajmuję się problemami społecznymi. Zajmowałam się nimi w Sejmie, zajmuję się nimi poza parlamentem. Współtworzyłam Stowarzyszenie Lepszy Gdańsk, jestem jego prezeską. Udało nam się uzyskać m.in. wprowadzenie bezpłatnych przejazdów dla dzieci i młodzieży oraz zmniejszenie odpłatności za usługi opiekuńcze. Z pomocą wybitnych prawniczek i prawników pracowałam nad projektem ustawy kładącej kres ukrywaniu pedofilii w Kościele.

Politycy SLD skarżyli się po przegranych wyborach w 2015 r., że PiS ukradło lewicy postulaty.
– Nie ukradło, choć rzeczywiście w państwie neoliberalnej teorii i praktyki pierwsze od lat hojne transfery socjalne oszołomiły wielu komentatorów i polityków, przesłaniając zapaść w usługach publicznych. Polityka społeczna PiS nie ma nic wspólnego z jej socjaldemokratycznym modelem. Jej celem jest nie zasypywanie nierówności, lecz kupowanie poparcia, które ma ułatwić partii rządzącej marsz w kierunku autorytaryzmu. Dlatego pieniądze płyną do kieszeni potencjalnych wyborców, a równocześnie powiększa się braki w finansowaniu oświaty czy służby zdrowia.

PiS chwali się, że podniosło nakłady na opiekę zdrowotną.
– To dlaczego mamy coraz dłuższe kolejki do specjalistów, do zabiegów, do badań? Wizytówką polityki PiS w służbie zdrowia jest katastrofa SOR-ów, zamykanie całych oddziałów szpitali, w tym onkologicznych. Lista leków refundowanych dla wielu oznaczała kilkaset procent podwyżki. W czasie rządów PiS po raz pierwszy od wielu lat pogorszyły się wskaźniki obrazujące postęp w jakości zdrowia publicznego.

Rząd ogłosił sukces reformy oświaty.
– Każdy widzi bałagan panujący w szkołach w wyniku tej „reformy”. Ale jej długofalowe skutki są dopiero przed nami. Ostatnie zmiany, ale i wcześniejsze „reformy” skutkują segregacją – dzieci z biednych rodzin i małych miejscowości będą miały coraz mniejsze szanse na naukę w dobrej szkole, studia na renomowanej uczelni. Nie lepiej jest w innych dziedzinach. Brakuje instytucjonalnego i środowiskowego wsparcia dla osób wymagających opieki z powodu wieku lub niepełnosprawności. Obowiązki opiekuńcze spadają na bliskich, głównie kobiety. Wiele z nich rezygnuje z pracy, pomniejszając nie tylko rodzinny budżet, ale także wysokość przyszłej emerytury, skazując się na biedną starość. PiS o tym nie myśli, bo liczy się bieżąca walka o poparcie wyborców: dajemy 500+, 13. emeryturę. To także swego rodzaju prywatyzacja odpowiedzialności – bierzcie i leczcie się sami, sami opłacajcie opiekę nad starzejącymi się rodzicami. Lewica kładzie nacisk na równy dostęp do usług publicznych wysokiej jakości ze sprawiedliwie rozłożonych podatków.

Pieniądze, które trafiają wprost do kieszeni, bardziej przemawiają niż te, które trafiają na wsparcie sektora usług publicznych.
– Z 13., a nawet z 14. emerytury nie da się sfinansować endoprotezoplastyki stawu kolanowego za 11-20 tys. zł. Tymczasem, aby chodzić, trzeba ją wykonać natychmiast, a nie czekać w kolejce w publicznym sektorze kilka lat. Z 500+ nie wystarczy na szkołę i studia poza miejscem zamieszkania. Bardzo wielu rodzin utrzymujących się z pracy nie stać na zapłacenie miesięcznie 2-3 tys. zł za opiekę nad niesamodzielną matką czy ojcem w publicznej placówce opieki, bo progi dochodowe zobowiązujące do współpłacenia są skandalicznie niskie i od lat niewaloryzowane! Podobne przykłady można mnożyć. Nie ma odwrotu od należytego dofinansowania sektora usług publicznych.

Skąd na to wziąć pieniądze – z 500+ i 13. emerytur?
– Nie mam zamiaru niczego nikomu odbierać. Finansowanie usług publicznych należy połączyć ze sprawiedliwym rozłożeniem ciężarów podatkowych. Nie ma żadnego powodu, dla którego wysokodochodowe korporacje nie płacą podatku progresywnego. PiS od tego tematu ucieka. Rządząca partia chwali się uszczelnieniem systemu podatkowego, tymczasem pod jej bokiem uciekają podatki z powodu fikcyjnego, w gruncie rzeczy niezgodnego z prawem, samozatrudnienia. Proponuję sprawiedliwe obciążenie podatkami, które zapewni nam porządną jakość usług publicznych.

PiS zaszokowało konkurentów planem skokowego wzrostu płacy minimalnej. Panią też?
– Nie, bo za rządów PiS bywało, że pogarszała się relacja płacy minimalnej do przeciętnego wynagrodzenia. Jej wysokość powinna być utrzymywana na poziomie nie niższym niż 60% przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Ponadto mówienie o płacy minimalnej zamiast zasadniczej jest sprytnym zabiegiem, oznacza bowiem, że pracodawcy wliczą do niego dodatki o charakterze zmiennym, np. premie. W ten sposób wielu pracowników ominą podwyżki. Nie mamy także systemu regulacji podwyżek w sektorze publicznym – zależą one albo od woli rządzących, albo od skuteczności akcji protestacyjnych.

Czy lewica ma do zaproponowania pracownikom budżetówki więcej niż PiS?
– Wynagrodzenie powinno mieć charakter motywacyjny. Tymczasem pracownica socjalna z wynagrodzeniem netto 1,8 tys. zł i 500+ na dwoje dzieci dysponuje kwotą mniejszą niż ta, którą wypłaca niepracującej podopiecznej w podobnej sytuacji rodzinnej. Brakuje jasnej odpowiedzi na pytanie, czy podwyżki płacy minimalnej obejmą pracowników budżetówki, którzy mają przecież osobne regulacje płacowe. Jeśli tak się stanie – a trudno sobie wyobrazić, żeby było inaczej – w obecnej sytuacji połowa społeczeństwa będzie otrzymywać wynagrodzenie na poziomie minimalnego. Nie można się zgodzić, aby wysokiej klasy specjaliści zatrudnieni w strategicznych dla państwa dziedzinach, takich jak edukacja i ochrona zdrowia, byli wynagradzani w ten sposób. Bez stałego mechanizmu podwyższania płac w sektorze publicznym w odniesieniu np. do tempa wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw – będziemy mieli tu do czynienia z ich spłaszczaniem i zwykłym wyzyskiem. Pracownicy instytucji finansowanych ze środków publicznych powinni zostać objęci obowiązkowymi układami zbiorowymi pracy, dla których stroną jest odpowiednio minister lub samorząd właściwego szczebla. Tymczasem wedle obowiązującego prawa związki zawodowe wchodzą w spór zbiorowy z dyrektorem publicznej placówki, który nie ma żadnego wpływu na wysokość środków na wynagrodzenia. W ogóle układy zbiorowe pracy zawierane między związkami zawodowymi a reprezentacją pracodawców powinny być obowiązkowym sposobem na regulowanie warunków wynagradzania.

Fot. Maciej Kosycarz

Wydanie: 39/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy