Staromodna SF

Rzadko sięgam po SF, od lat wolę czytać fantasy. Różnica jest taka, że SF jest technologiczna czy techniczna może, a fantasy magiczna, oczywiście mówię to w ogromnym uproszczeniu. Ale trafiła do moich rąk antologia właśnie SF, wydana pięć lat temu w Stanach, a trzy w przekładzie polskim, oczywiście, na nieocenionym Bazarze Taniej Książki na Koszykach. Antologia nosi tytuł „Nowe Legendy”, a ułożył ja z całkowicie nowych opowiadań Greg Bear, sam znakomity autor fantastyczny. Przeczytałem te sześćset stron ciekaw, czy i co się zmieniło. Przeczytałem, niestety z odcieniem nudy, ale tylko odcieniem. Science fiction to na ogół wizja społeczeństwa przyszłości i konsekwencje wprowadzenia nowych wynalazków, fantasy natomiast to po prostu baśń, ale baśń metafizyczna o walce dobra ze złem.

Otóż oba gatunki odrobinę się do siebie zbliżyły, a tym sensie, że w SF także odkryjemy nalot metafizyki, z czego wynika, że w najdalszej przyszłości magia i technologia zbiegną się w jedno – już dzisiaj są zaczątki tego procesu, np. w telewizji. Ale, na ogół, nowelistyka fantastyczna Amerykanów wygląda mnie więcej tak, jak dwadzieścia lat temu wyglądała SF z Związku Radzieckim. Było jej tam wtedy ogromnie dużo, a ja to wszystko starałem się czytać zresztą z braku dostępu do twórczości angielskiej. Rosjanom, trzeba to przyznać, też trafiały się perełki, chociaż raczej rzadko. W każdym razie bracia Strugaccy to była rzeczywiście najwyższa jakość światowa.

Rosjanie są ogromnie wstydliwi, przy nich nawet ojciec Rydzyk wydaje się rozpasany. Ale po powrocie SF amerykańska była niemal taka sama. O seksie ani wzmianki. I to właśnie zmieniło się zasadniczo. Nawet nie potrafię powiedzieć, czy na lepsze, bo sceny erotyczne, wszechobecne dzisiaj, wydają się w niektórych przypadkach naprawdę ni priczom. Jest to naturalnie objaw dalszego przełamywania erotycznego tabu. Ale czy cała ludzka fizjologia musi koniecznie i to w każdym wypadku znaleźć się w literaturze? Poza obowiązkowym seksem ze szczegółami w literaturze zrobiła się prawie taka sama moda na siusianie, ale tylko męskie! Produktów tylnej strony ciała, jak dotąd, nam oszczędzano. I to nie ze wszystkim. Pewnie, jak pisać o człowieku prawdę, to niby już całą, ale to jednak trochę nużące. I ostatecznie też nieco obłudne. Seks został odkryty i uprawomocniony, więc się go pakuje wszędzie, gdzie trzeba i  nie trzeba. Chyba baśniowa fantasy zachowała jeszcze trochę więcej niewinności i to jest nawet ujmujące. Był taki sławny rysunek Mleczki, gdzie Andrzej pokazał wdrapującego się na żyrafę nosorożca. Podpis: „Nie pieprz bez sensu”. Otóż Amerykanie nie słyszeli widać o tej radzie Mleczki, a szkoda.

Jak się wydaje, science fiction cierpi na brak nowych pomysłów, bo w istocie rzeczy ta cała nowa antologia to zwyczajne starocie, może trochę na nowo opracowane. No, na przykład, wszczepiono komuś w mózg komórki kałamarnicy i ten ktoś zaczyna śnić o morzu. Albo zbrojeniówka amerykańska nadal produkuje broń nuklearną, mimo że nie ma już ani przeciwnika, ani powodu. Ekolodzy protestują, fizyk-zbrojeniowiec podrywa demonstrantkę. Science fiction obnaża się więc dzisiaj jako zwyczajna proza obyczajowa, trochę lepsza, trochę gorsza i to już wszystko. Naturalnie, jest tam trochę ciekawszych pomysłów, trochę interesujących reminiscencji. Ale tylko trochę.

Najwyraźniej nie tylko w Polsce literatura przeżywa kryzys, jeden z najgłębszych w tym stuleciu. Prąd, który bardzo mętnie nazywamy postmodernizmem, zniszczył nasze zainteresowanie gatunkami konwencjonalnymi. Nie brak wprawdzie amatorów na literacką, no, może nie aż szmirę, ale niewiele lepiej, powiedzmy „literaturę popularną”, ale „Wojny i pokoju” chyba w najbliższym czasie nie będzie. Bo po prostu być nie może. Odmieniła się problematyka, systemy motywacji, granice opisu. To między innymi dlatego dla literatury wszelkie właściwe zainteresowanie, a tej nowej jest, jak dotąd, bardzo niewiele. Skoro nawet science fiction to nudnawe starocie…

Wydanie: 14/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy