Świat bez pracy

Świat bez pracy

Poglądy, że postęp techniczny nie wywołuje bezrobocia, okazały się nieprawdziwe

Prof. Andrzej Wierzbicki współpracował z Komitetem Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk. Autor wielu prac dotyczących koncepcji cywilizacji i społeczeństwa informacyjnego. W roku 2011 opublikował książkę „Techne: elementy niedawnej historii technik informacyjnych i wnioski naukoznawcze”. W 2015 r. ukazała się jego najnowsza książka „Przyszłość pracy w społeczeństwie informacyjnym”.

Panie profesorze, pisze pan, że nowe technologie i ich wytwarzanie są podstawową potrzebą naszego gatunku. Historia uczy jednak, że o ile potrafimy coś stworzyć i zbudować, o tyle rzadko potrafimy nad tym zapanować.
– Czym innym jest sztuka tworzenia narzędzi, a czym innym społeczny i ekonomiczny system wykorzystania techniki. Proces szerokiego społecznego wykorzystywania techniki faktycznie zdaje się podążać w kierunku niepożądanym. W epoce cywilizacji przemysłowej ludzie byli zaślepieni poczuciem pozornie nieograniczonej władzy nad przyrodą, zagwarantowanej przez technikę. Konsekwencjami tego były poważne zanieczyszczenie środowiska naturalnego i nadmierna eksploatacja zasobów. Natomiast w epoce cywilizacji wiedzy powinniśmy się bronić przed zaślepieniem pozornie nieograniczonymi możliwościami produktów i usług oferowanych przez technikę. Przede wszystkim jednak musimy dbać o jakość rozwoju naszego środowiska intelektualnego i z należytym szacunkiem odnosić się do spuścizny intelektualnej ludzkości.
Dziś mamy do czynienia z egoistycznym wykorzystywaniem technologii do celów rynkowych. Abstrahuje się tym samym od społecznych potrzeb obywateli, które można zaspokoić, wykorzystując nową wiedzę.
– Ten proces urynkowienia dorobku technologicznego jest efektem ekonomii neoliberalnej i związanego z nią pojęcia własności intelektualnej. Dorobek ludzkości jest przez neoliberalizm marginalizowany, ponieważ system ten zakłada utowarowienie wszelkiej wiedzy. Procesy tworzenia nowej techniki są długotrwałe i od wynalezienia narzędzi do ich społecznego upowszechnienia mija dużo czasu. Weźmy przykład komputerów elektronicznych. Analogowe zostały wynalezione w 1931 r., cyfrowe w 1936 r. Ich rozpowszechnienie społeczne zaczyna się dopiero w 1977 r., czyli po ponad 40 latach od wynalazków. Dzisiaj, po 40 latach upowszechniania, ten proces jeszcze się nie zakończył w skali globalnej. Podobnie wyglądały procesy rozpowszechniania innych narzędzi rewolucji informacyjnej. Mobilną telefonię komórkową wynaleziono w 1943 r., ale jej społeczne upowszechnienie rozpoczęło się dopiero w 1990 r. Z kolei pierwsze idee związane z telewizją pojawiły się w latach 1878 r. i 1880. Konkretne wynalazki odbiornika przypadły na lata 1922-1928. Udoskonalenie tych urządzeń i udostępnienie ich po stosunkowo niskich cenach trwało aż do 1960 r. Jednak dopiero w 1967 r. Guy Debord sformułował tezę o społeczeństwie spektaklu. Tego samego można się spodziewać w kwestii społecznego wykorzystania robotów.
Od wynalezienia czegoś do upowszechnienia wynalazku mija sporo czasu i trudno w tym okresie cokolwiek przewidzieć. Roboty są z nami nie od dziś.
– Zgadza się, mają ponad 50 lat i proszę zauważyć, że już upowszechniły się w przemyśle. Natomiast roboty człekokształtne upowszechnią się niebawem, wystarczy spojrzeć na ich zastosowanie w supermarketach. Roboty, które będą nam towarzyszyć na co dzień, tak jak obecnie telefony komórkowe, wkrótce nadejdą. Pytanie tylko kiedy. Ich faktyczne społeczne upowszechnienie zaczyna się bardzo powoli, ale nie mam wątpliwości, że proces ten niebawem przyśpieszy. Narzędzia rewolucji informacyjnej tanieją, tak samo będzie w przypadku robotów i zaobserwujemy przyśpieszony proces zastępowania pracy ludzkiej przez te narzędzia. Musimy także pamiętać, że nieograniczoność ludzkiego braku wyobraźni połączona z żądzą władzy może sprzyjać wykorzystywaniu narzędzi technik informacyjnych do nadmiernej automatyzacji czynności, które powinny być zarezerwowane dla człowieka.
Możemy już coś powiedzieć o konsekwencjach tych zmian?
– Proces ten nie przyczynił się do równomiernego wzrostu dobrobytu. Zamiast tego mamy ogromny wzrost dochodów ułamków procenta ludności świata, wielkich i zamożnych kapitalistów. Jesteśmy świadkami postępującego rozwarstwienia i spadku dochodów części klasy średniej, a także marginalizacji ekonomicznej i społecznej dużej części nowych bezrobotnych. Poglądy o postępie technicznym, który nie wywołuje negatywnych skutków w postaci bezrobocia, okazały się nieprawdziwe. Wysoka i zaawansowana technika powoduje, że system kapitalistyczny podlega dynamicznej automatyzacji, w związku z czym bezrobocie rośnie. Udział ludzi wykluczonych w społeczeństwie będzie się zwiększał, jeśli nie ograniczymy bezwzględnego wykorzystywania techniki przez system kapitalistyczny.
W książce „Przyszłość pracy…” oprócz robotów wyróżnia pan kolejne fale rewolucji informacyjnej. Nadchodzą inżynieria wiedzy, czyli sztuczna inteligencja, oraz inżynieria biomedyczna.
– Prace nad sztuczną inteligencją trwają od roku 1957, ale jej powszechnego zastosowania społecznego jeszcze tak naprawdę nie ma. Zaczynają się inteligentne domy, jednak to dopiero początki. Jeśli zaś chodzi o inżynierię biomedyczną, trzeba powiedzieć, że od wynalezienia rentgena, czyli już od ponad stu lat, istnieje specjalność inżynieria medyczna. Wiele przyrządów służących lekarzom, jest rozwijanych przez inżynierię medyczną. Natomiast jej powszechne społeczne wykorzystanie w takim sensie, że każdy człowiek zostanie obłożony aparatami, które będą kontrolować i wydłużać jego życie, dopiero rysuje się przed nami. Te fale nadchodzą i radykalnie zmienią charakter pracy.
Czy zmiana charakteru pracy jest dla nas niebezpieczna?
– Pierwszym skutkiem społecznym będzie koniec pracy, w tym sensie, w jakim znaliśmy ją w epoce cywilizacji przemysłowej. W ostatnich 40 latach w krajach rozwiniętych nastąpiło ponaddwukrotne zmniejszenie udziału ludzi zatrudnionych w przemyśle i w rolnictwie. Dlatego tak popularne stało się pojęcie społeczeństwa usługowego, w którym obywatele znaleźliby pracę w usługach. Wystarczy jednak popatrzeć na zastępowanie pracy usługowej przez roboty i komputery, aby dojść do wniosku, że społeczeństwo usługowe jest etapem przejściowym. To oznacza koniec zatrudnienia w przedsiębiorstwach na stałych umowach, które dawały człowiekowi poczucie przewidywalności. Widzę tu ogromne niebezpieczeństwo, mamy bowiem do czynienia z procesem dodatniego sprzężenia zwrotnego. Im więcej przedsiębiorca zarobi na wprowadzeniu nowoczesnych technik informatyzacji i automatyzacji, tym bardziej będzie obniżać koszty pracy.
Minimalizacja kosztów pracy staje się dziś dogmatem przedsiębiorców. Nie mają oni zahamowań w stosowaniu praktyk zmniejszających koszty pracy.
– Tak, ale ten proces jest związany z dodatnim sprzężeniem zwrotnym, napędzanym przez elastyczny rynek pracy. Bo skoro przedsiębiorca może robić z pracownikami, co chce, to ci będą traktowani przez niego coraz gorzej. Konsekwencją może być dowolność w formach ich zatrudnienia. Wystarczy się przyjrzeć proporcji płac pracowniczych do ogólnych dochodów firm. Zmalał on w przedsiębiorstwach prywatnych w Polsce do 10%. W realnym socjalizmie było to 50% i nadal tak jest w przedsiębiorstwach budżetowych. Mamy do czynienia z megatrendem minimalizacji kosztów pracy. Im więcej właściciel przedsiębiorstwa na tym zarobi, tym częściej będzie ten mechanizm stosował. Praca w przedsiębiorstwach na skutek takiego sprzężenia zwrotnego po prostu się skończy. Pozostanie praca w administracji publicznej, służbie zdrowia i edukacji, czyli tam, gdzie niełatwo zastąpić człowieka robotem. Trudno bowiem wyobrazić sobie robota, który zastąpi człowieka w obszarze wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście to daje podstawy do dużego zatrudnienia w sektorze publicznym, ale trzeba pamiętać, że nie zapewni się w ten sposób pracy większości ludzi.
Uderzył pan w ton apokaliptyczny.
– Mój pogląd nie jest odosobniony. Jakiś czas temu angielska firma doradcza Deloitte opublikowała raport, z którego wynika, że jedna trzecia brytyjskich miejsc pracy w ciągu najbliższych 20 lat będzie zagrożona w wyniku zastosowań robotów i komputerów. Jednak wnioski, jakie z tego wyciąga, są, moim zdaniem, błędne. Możemy tam przeczytać, że zwiększy się liczba słabo wykształconych ludzi bez pracy.
Trudno w to uwierzyć, bo jeśli spojrzeć na uczących się młodych ludzi, wyraźnie widać, że mamy do czynienia z rosnącą liczbą wykształconych obywateli.
– Zgadza się, dziś można już mówić, że prekariat jest coraz lepiej wykształcony, a to kwestia zasadnicza, bo decydująca o roli prekariatu w przyszłości. Właśnie ci ludzie będą decydować o kształcie kapitalizmu. Prognozy wskazują, że młodzież w Polsce, a także przeciętnie na świecie, będzie w roku 2050 bardzo dobrze wykształcona. Przy utrzymaniu się obecnego megatrendu minimalizacji kosztów pracy ci ludzie nie mają perspektyw trwałego zatrudnienia. Tę dobrze wykształconą część prekariatu można oszacować na 40-50% siły roboczej w 2050 r. To może grozić buntem, którego ja się boję, tym bardziej że w tej chwili mamy z jednej strony bardzo rozpowszechnioną broń jądrową, a z drugiej Państwo Islamskie. Dlatego, jak sądzę, wielcy ekonomiści zachodni zaczęli tak poważnie zajmować się kwestiami nierówności, widzą przecież na horyzoncie realne zagrożenie. Część kapitalistów także to zauważa, posługując się hasłem „przyjdą po nas z widłami”, które dobrze oddaje ich strach przed przyszłością.
Ale te głosy nie są wyraźne ani donośne.
– Nie bagatelizowałbym jednak tego, co mówi np. Joseph Stiglitz, który krytykuje pogląd o korzystnym wpływie elastycznego rynku pracy. Stiglitz mówi także o konieczności zwiększenia podatków od przedsiębiorstw, z czym się zgadzam, i proponuje wprowadzenie podstawowego dochodu obywatelskiego. Proszę zauważyć, że w Polsce także od jakiegoś czasu mówi się o podstawowym dochodzie obywatelskim, który mógłby wynosić np. 1 tys. zł. Anthony Atkinson proponuje z kolei, aby wpływy z podatków od przedsiębiorców przeznaczyć na zatrudnienie każdego, kto będzie chciał się zatrudnić przez państwo przy rozmaitych pracach publicznych.
A co pan proponuje?
– Aby wysokość podatków od przedsiębiorstw była uzależniona od ich dochodów. My, jako przeciętni obywatele, płacimy ok. 18% swojego dochodu jako podatek, natomiast przedsiębiorstwa w stosunku do dochodu płacą ok. 1%. Teoretycznie oprocentowanie jest takie samo i wynosi 18%. Umyka tylko naszej uwadze, że jest to podatek od zysku, a tym można manipulować, co skutecznie robią przedsiębiorcy. Przedsiębiorstwa obniżają zysk, żeby zapłacić jak najniższy podatek. Ja twierdzę, że ten podatek powinien być płacony od dochodu. Wówczas w budżecie państwa starczyłoby pieniędzy na wszelkie potrzeby społeczne. Wszystkie dyskusje o emeryturach i o tym, że grozi nam z tego powodu krach, są wynikiem niechęci przedsiębiorstw do płacenia wysokich podatków.
W jaki sposób chciałby pan przekonać kapitalistę, by płacił wyższe podatki, skoro dla niego liczy się tylko zysk?
– Należy rozpocząć dyskusję na ten temat. Najlepiej posłużyć się przykładem Szwecji. Zapytano kiedyś premiera tego kraju, dlaczego w rankingu jakości życia Szwecja jest notowana najwyżej na świecie. „Bo mamy wysokie podatki i dobrze je wykorzystujemy”, stwierdził. Nowy system redystrybucji powinien spełniać podstawowe wymogi, które są realizowane w krajach o wysokiej jakości życia, czyli we wspomnianej Szwecji albo w Japonii. Do wymogów tych należą m.in. odpowiednie finansowanie rent, emerytur oraz zapomóg dla bezrobotnych i wykluczonych społecznie, a także dostatecznie wysokie finansowanie służby zdrowia czy szkolnictwa i nauki.
Wszystko to brzmi ładnie i chciałoby się przyklasnąć, ale żyjemy w Polsce, gdzie dogmatem jest hasło „jak najmniejsze podatki”. Wyobraża pan sobie przedsiębiorcę, który ochoczo wspiera system redystrybucji? Bo ja nie.
– Dlatego główną cechą nowego systemu redystrybucji powinna być motywacja pracodawców do tworzenia nowych miejsc pracy i ich utrzymywania. Nie jest prawdą, że wszędzie na świecie stosuje się niskie podatki. Niestety, taki pogląd dominuje w Polsce nieprzerwanie od 1989 r. Wynika to wyłącznie z neoliberalnej propagandy. Przedsiębiorcy wykorzystywali to jako argument przetargowy. W zamian za ulgi podatkowe oni łaskawie mogą tutaj zainwestować. Dlatego tak często można usłyszeć poglądy o niskich podatkach jako fundamencie działających przedsiębiorców.
W Polsce ten schemat myślenia został skutecznie wdrukowany w świadomość elit opiniotwórczych i politycznych.
– Przedsiębiorcom udało się przekonać klasę polityczną, że powinna ich traktować w szczególny sposób. Chciałbym zapytać, w jakim celu interesy w Polsce chcą robić supermarkety, przedsiębiorstwa usługowe i banki. Odpowiedź jest banalna: te firmy są tu, żeby zarobić, wobec tego trzeba je odpowiednio opodatkować. Odbyłem na ten temat dyskusję z ekonomistami, wśród których był przedstawiciel stowarzyszenia polskich przedsiębiorców. Twierdził on, że przedsiębiorcy muszą mieć elastyczny rynek pracy. Zapytałem go, ile płacą podatków, i poprosiłem, aby porównał to z przeciętnym obywatelem. Jego odpowiedzią było wymowne milczenie. Moja propozycja jest taka, żeby nie tylko zwiększyć podatki, ale również uczynić je degresywnymi. Niech maleją, jednak w miarę wzrostu stosunku wypłat pracowniczych do całkowitego dochodu przedsiębiorstwa.
W ten sposób chce pan przeciwdziałać minimalizacji kosztów pracy?
– Tak, w ten sposób można zatrzymać ten proces. Wówczas przedsiębiorcy będą nie tylko etycznie, lecz także finansowo zobowiązani do tworzenia miejsc pracy. Oni co prawda mówią, że tworzą miejsca pracy, ale tak naprawdę robią coś innego. Kiedy przedsiębiorca poczuje w swojej kieszeni, że powinien tworzyć miejsca pracy, znajdzie nowe sposoby ich tworzenia. Musimy zrozumieć, że praca ma wartość godnościową. Tracąc pracę, człowiek czuje się pomniejszony, niepotrzebny i wówczas jest skłonny do różnego typu zachowań, które mogą zagrażać wspólnocie. Dlatego megatrend minimalizacji kosztów pracy jest szkodliwy, nie tylko społecznie i ekonomicznie, ale też w wymiarze etycznym.
Etyka i biznes w polskim wydaniu stanowią dwie zwalczające się frakcje, to jak ogień i woda.
– Kapitaliści, którzy dobrze wywiązują się ze swojego etycznego obowiązku tworzenia miejsc pracy, uzyskując wskaźnik stosunku funduszu wynagrodzeń do całkowitych przychodów wyższy od 30%, zachowają przywileje i będą niemal całkowicie zwolnieni z podatków korporacyjnych. Podatek dotknie tych, którzy minimalizują koszty pracy. Zdaję sobie sprawę, że odwoływanie się do obowiązku etycznego kapitalistów nie wystarczy i że kapitał odpłynąłby z kraju, który na własną rękę zafundowałby taką reformę. Dlatego warunkiem podstawowym powodzenia tego przedsięwzięcia jest porozumienie międzynarodowe. Kapitalistów może przekonać wyłącznie konsekwentna presja społeczeństwa na klasę polityczną.
Naprawdę uważa pan, że to możliwe? Przecież wpływ rewolucji informacyjnej na ekonomię kapitalizmu jest bardzo niebezpieczny, co widzieliśmy w trakcie ostatniego kryzysu. Banki stosowały wysoką technikę do wykorzystywania klientów. I nagle mamy ten trend odwrócić?
– Oczywiście, że wysoka technika przyczyniła się do korupcji systemu kapitalistycznego. Rewolucja informacyjna wywołała znaczny wzrost roli mediów i reklamy. Mamy do czynienia z pogłębiającą się asymetrią informacyjną. Rosnący wpływ reklamodawców na media zagraża również samej demokracji. Wierzę głęboko, że istnieje skuteczna i realna metoda reformy tego systemu. Jestem przekonany, że dzięki osiągnięciom techniki i wykorzystaniu jej do potrzeb ogólnych świat, w którym żyjemy, zmieni się na lepsze. By zmniejszyć zagrożenia, trzeba przyspieszyć proces społecznej refleksji nad niebezpiecznymi efektami wykorzystywania niektórych produktów nauki i techniki. Taka refleksja społeczna jest możliwa tylko pod jednym warunkiem – lepszego wykształcenia całego społeczeństwa w kluczowych przedmiotach technicznych.

Wydanie: 44/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy