Symfonia rodzinna

Symfonia rodzinna

Staś Drzewiecki zaczął grać na fortepianie w wieku czterech lat, Kuba Jakowicz jako dziecko myślał, że wszyscy ludzie grają na skrzypcach

Profesor pyta kandydata do akademii muzycznej: „Młody człowieku, dlaczego pan wybrał właśnie naszą uczelnię?”. „Wujku – odpowiada egzaminowany – nie zgrywaj się!”. Taka anegdota krąży wśród studentów zdających do konserwatorium. I jest w niej sporo prawdy. Muzykowanie często przechodzi na kolejne pokolenia. Dzieci światowej sławy kompozytora Henryka Mikołaja Góreckiego skończyły akademię muzyczną, w której ich tata był rektorem. Starsza córka Anna, pianistka, występuje dziś z koncertami, w repertuarze ma m.in. wszystkie utwory fortepianowe ojca, uczy też gry na tym instrumencie w katowickim liceum muzycznym. Syn Mikołaj (31 lat) studiował pod kierunkiem ojca kompozycję, a dziś uczy w amerykańskim college’u gry na fortepianie i teorii. Syn profesora Krzysztofa Jakowicza, Kuba, od sześciu lat uczy się gry na skrzypcach u swego ojca. Emilian Madey (27 lat), syn dyrygenta Bogusława Madeya, robi dyplom w prowadzonej przez tatę klasie dyrygentury. Takich przykładów można by wymienić znacznie więcej.

Koncert na mamę, tatę i syna

Publiczność niezmiennie lubi oglądać i słuchać muzykujące rodziny. Zamówienia na rodzinne koncerty ostatnio najchętniej przyjmowali państwo Drzewieccy, którzy występowali we trójkę, razem z synem Stasiem. Prawie wszystkich wzruszał widok chłopca, który siedząc przy fortepianie, jeszcze nie sięgał nogami do ziemi, ale dzielnie przebierał paluszkami po klawiaturze w towarzystwie mamy i taty, grając utwory na cztery, a nawet na sześć rąk. Drzewieccy potrafili zresztą uczynić ze swych rodzinnych występów minispektakl, dobierając specjalne stroje, wprowadzając różne zabawne gagi i nawiązując rozmowę z publicznością.
Rodzinne koncertowanie jest pokusą dla wielu profesjonalnych muzyków. Ulegają mu skrzypkowie Kuba i Krzysztof Jakowiczowie, wiolonczeliści Andrzej Wróbel, Elżbieta Piwkowska-Wróbel i ich córka Anna, a także rodziny, w których głową rodu jest dyrygent. Polskie Radio wydało np. płytę z serii „Wybitni Polscy Dyrygenci”, na której Bogusław Madey dyryguje, a solistami są żona, Anna Malewicz-Madey (mezzosopran), i syn. Natomiast na Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Współczesnej Warszawska Jesień w 1994 r. w utworze na dwa fortepiany Henryka Mikołaja Góreckiego wystąpiły jego dzieci. Dumny tata tylko się przysłuchiwał rodzinnej produkcji.

Skrzypce zamiast grzechotki

Modelową karierę podziwiamy na przykładzie Stasia Drzewieckiego. Chłopiec zaczął grać w wieku czterech lat i nadzwyczaj szybko osiągnął poziom mistrzowski. Za trzy lata będzie pełnoletni, a już dziś jest zwycięzcą kilku konkursów i nagrał wiele płyt.
Podobnie toczy się kariera Kuby Jakowicza. Jako dziecko myślał, że wszyscy ludzie grają na skrzypcach. Wziął więc do ręki instrument siostry i pociągnął smyczkiem. Denerwował się, że innym ta szuka wychodzi lepiej. Dziś już nie musi – gra najlepiej w rodzinie (skrzypaczkami są też mama Kuby i jego starsza siostra Ewa).
Hubert Salwarowski (24 lata) też jest – jak Emilian Madey – synem znanego dyrygenta. Hubert nagrał z orkiestrą pod dyrekcją taty swoją pierwszą płytę, Emilian ma już trzy krążki i też często występuje z ojcem, grając w ramach promocji wymiennej utwory taty, podczas gdy tata dyryguje muzyką syna, bo Emilian równolegle z fortepianem ukończył też wydział kompozycji.
Krzysztof Słowiński (48 lat) jest synem znanego kompozytora i dyrygenta Władysława Słowińskiego, a wnukiem jednego z historycznych filarów polskiej batuty, Zdzisława Górzyńskiego. Sam zaczynał karierę jako pianista, studiował u prof. Jana Ekiera, a potem w USA, ale z czasem poświęcił się dyrygenturze. Był m.in. kierownikiem muzycznym oper w Poznaniu i Gdańsku, dziś gościnnie dyryguje w Niemczech.
Justyna Stępień niedawno z sukcesem debiutowała w dużej roli w operze „Napój miłosny”. Jej tata, znakomity tenor, pomaga, jak umie, choć nie dyryguje, nie dyrektoruje ani nie jest rektorem akademii muzycznej. Doradzał jednak córce, jakich wybrać pedagogów (wśród nich była znakomita prof. Alicja Dankowska), co w kształceniu głosu jest ogromnie ważne. Zdaniem Justyny, to ojciec skłonił ją do wyboru zawodu muzyka, przed czym się opierała aż do matury. Chciała studiować resocjalizację.

Bez odwrotu

Edukacja dzieci muzyków wygląda niemalże identycznie. Pierwsze zainteresowanie instrumentem przychodzi naturalnie, bo muzyka jest częścią domowej atmosfery, składnikiem dziecięcego kosmosu. Berbeć naśladuje rodziców, a oni zachwyceni odkrywają w nim talent. Potem następują lata ciężkiej pracy w szkole – z reguły specjalistycznej zawodówce muzycznej z okrojonymi przedmiotami ogólnokształcącymi. Bardzo rzadko dziecko wirtuoza chodzi do zwykłej szkoły powszechnej, w której muzyka jest najwyżej jednym z przedmiotów nieobowiązkowych. Ogólnokształcąca szkoła muzyczna przeznaczona jest dla osób o zdecydowanych i wybitnych predyspozycjach, dla których nie przewiduje się już praktycznie innej drogi kariery.
Staś Drzewiecki, uczeń jednej z takich szkół, ma wiele różnorodnych zainteresowań, pasjonuje się lotnictwem, lubi jazdę samochodem, chciałby pisać książki, chętnie gra w ping-ponga, ale lotnikiem ani konstruktorem nie zostanie. Nie lubi matematyki, choć w liceum muzycznym jest mniej godzin takich niemuzycznych przedmiotów niż w zwykłej szkole. Może zresztą właśnie dlatego nie rozsmakował się w „królowej nauk”. Emilian Madey, który to samo liceum kończył przed ośmioma laty, też nie lubił przedmiotów ścisłych. Hubert Salwarowski przyznaje dziś, że jako dziecko nieraz pragnął urwać się z domu na boisko. Przestał się buntować po skończeniu podstawówki, a w liceum muzycznym nie było już odwrotu od fortepianu. Zresztą wtedy już zaczął kochać ten instrument. Dziś studiuje w słynnej Julliard School of Music w USA.
Kuba Jakowicz od najmłodszych lat nie wyobrażał sobie, że można rzucić ćwiczenia i wprawki. – Co by się wtedy ze mną stało? – pytał z udaną dojrzałością, odpierając zaczepki dziennikarzy.
Justyna Stępień miała możliwość wyboru, bo dysponuje wieloma uzdolnieniami, zwłaszcza plastycznymi. Rysuje, maluje, lepi. Mama pedagog zachęcała do rozwijania tych talentów, tata naciskał, aby zajęła się śpiewem. – Chodziłam równolegle do zwykłego liceum ogólnokształcącego i średniej szkoły muzycznej – opowiada Justyna. – Złożyłam nawet papiery na pedagogikę społeczną, ale wyszło inaczej.
Dziś Justyna w ramach hobby robi dekoracje do szkoły mamy, ale kontynuuje karierę sceniczną. Poznała ją już publiczność Teatru Wielkiego w Warszawie, a obecnie Warszawskiej Opery Kameralnej. Zjeździła pół świata, ostatnio występowała w Japonii.
Krzysztof Słowiński zastanawia się nad tym, czy jego życiowa droga była od samego początku zdeterminowana. – Trudno mi dziś powiedzieć, czy muzyka, która była w moim domu oczywistością i codziennością, została mi narzucona, czy nie, czy zagrały geny, czy przymus tradycji rodzinnej – mówi. – Nie zastanawiałem się nad tym, że to, co robię, jest mi narzucone. Pod koniec liceum miałem jednak moment refleksji, a może buntu, rozważałem, czy nie zająć się architekturą, bo lubiłem rysować, pasjonowała mnie zwłaszcza architektura wnętrz. Decyzję ułatwiły mi spore braki w matematyce. Często chorowałem jako dziecko i miałem zaległości. Do tej pory mam takie chwile, kiedy myślę, że byłoby ciekawe móc w życiu spróbować innego zawodu i zajęcia. Pokolenie mojej córki myśli już innymi kategoriami, bo rynek pracy zmusza do maksymalnej elastyczności i częstej zmiany profesji.


Zimny wychów geniusza
Historia dostarcza sporo przykładów muzycznych rodziców, którzy często zamiast dawać dzieciom poczucie miłości i bezpieczeństwa starali się na nich zarobić. Leopold Mozart traktował swoje potomstwo jak tresowane małpki i źródło zarobku, jednak dochował się geniusza Wolfganga. Ojciec Ludwika van Beethovena śpiewał tenorem w dworskiej kapeli, ale zachował się w pamięci potomnych jako ponury brutal i pijak, zaś tata Niccola Paganiniego postępował jak ojcowie Mozarta i Beethovena razem. Co innego Jan Strauss (ojciec), który założył dochodową orkiestrę i przekazał ją w ręce Jana Straussa (syna), albo Jan Sebastian Bach, nazywany przez liczne dzieci, bezceremonialnie żerujące na jego dorobku, „starą peruką”.

 

Wydanie: 1/2003

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy