Szalone krowy na satyrykonie

Szalone krowy na satyrykonie

W mediach przeważa szybka informacja. Satyrycy każą zatrzymać się, pomyśleć

Zatroskana, zmarszczona twarz, której owal przypomina kontury Polski. Pochód, a może marsz protestacyjny, zawracający na widok czarnego kota. Drzewo, na którym zamiast liści wiszą klauni z czerwonymi nosami przypominającymi jabłka. Czy te rysunki satyryków – Krzysztofa Grzondziela, Leszka Ołdaka, Tošo Borkovicia, pokazane na tegorocznej, 24. już edycji największego w Polsce konkursu satyrycznego Satyrykon, odbywającego się w Legnicy – są komentarzem do naszej rzeczywistości?
Zdaniem Elżbiety Pietraszko, dyrektora programowego imprezy, na tegorocznej wystawie (wpłynęło na nią 2846 prac 715 autorów z 52 krajów) zdecydowanie przeważa satyra społeczno-obyczajowa, skłaniająca do refleksji nad tym, co się dzieje na świecie.
– Znacznie mniej niż w ubiegłych latach jest rysunków humorystycznych i karykatur. Tematem, który zdominował obecną wystawę, jest ekologia, zwłaszcza choroba szalonych krów. Zapadło mi w pamięć zdjęcie przedstawiające stado z jarzącymi się, upiornymi oczami. Sporo jest także prac o tematyce politycznej. Ale nie są na ogół zbyt interesujące, brakuje aluzji, dominuje dosłowność. A szkoda, Polacy lubią satyrę polityczną.
Od XVII wieku satyra komentuje rzeczywistość, rejestruje i przerysowuje fakty społeczne oraz polityczne. W latach 80. dominował rysunek polityczny, ale wtedy takie treści były przemycane. – Dziś panuje dosłowność – mówi Andrzej Samson, psycholog społeczny, który nie ma dobrego zdania o stanie współczesnego rysunku satyrycznego. – Większość rysunków zamieszczanych w prasie jest żałosna. Po pierwsze, satyrycy boją się polityki. Niby o niej mówią, ale ich zainteresowanie jest powierzchowne, na poziomie „Pałubicki w swetrze”. Boją się też Kościoła. Zresztą boją się go także gazety, oprócz „Nie”. Brak im odwagi, by żartować z kleru, choć niektóre jego cechy – arogancja, pazerność, obłuda, ambicje polityczne – aż proszą się o satyryczne potraktowanie. Po drugie, czytelność przekazu jest wręcz łopatologiczna, na poziomie rysunków na płocie.
Jurorzy Satyrykonu, którzy od niemalże ćwierćwiecza obserwują polską satyrę, twierdzą, że do roku 1989 była obrazem totalitaryzmu. Z rysunków wiało grozą. Satyrycy tworzący w czasach PRL-u zastępowali publicystów, byli także terapeutami społecznymi – rozładowywali napięcie społeczne. Zresztą już Arystoteles stwierdził, że śmiech niweczy autorytet i posłuszeństwo, bo człowiek, który się śmieje, przestaje się bać. Co bawi, przestaje być groźne.
W roku 1989 zaczęto mówić o schyłku satyry. Lata 90., znudzone już epoką PRL-u i Związkiem Radzieckim, oderwały się od polityki. I nie bardzo wiedziały, o czym mówić. Po zlikwidowaniu cenzury pokazywaniem i krytyką rzeczywistości zajęły się media. Satyrycy stracili monopol na obnażanie absurdów politycznych.
– W mediach przeważa szybka informacja, brakuje czasu na refleksję. Dlatego satyrycy wracają do tematów społecznych, politycznych i obyczajowych. Pokazują absurdy, zagrożenia współczesnego świata – mówi Elżbieta Pietraszko. – Każą widzom zatrzymać się, pomyśleć.

Wystawa w Muzeum Miedzi w Legnicy jest czynna od 15 czerwca do 12 sierpnia br., zaś od 3 września będzie gościła w warszawskim Muzeum Karykatury.

Wydanie: 25/2001

Kategorie: Obserwacje
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy