Sztuka sikania

Sztuka sikania

Swego czasu w szaletach dworców PKP i PKS w Jaśle wisiały (a może nadal wiszą?) instrukcje korzystania z tych niezbędnych przybytków. Oto jeden z pomieszczonych w nich nakazów (niczego nie zmyślam, rzecz jak najbardziej autentyczna): „Przy korzystaniu z pisuaru należy podejść do niego jak najbliżej, pochylić się lekko do przodu, wyjąć całkowicie narząd moczowy, lekko nachylić go w dół i oddać mocz do ostatniej kropli. Przed całkowitym zakończeniem oddawania moczu nie należy odchodzić od pisuaru i rozbryzgiwać moczu po podłodze”. Nie wiem, czy jest to zadanie możliwe do precyzyjnego zrealizowania. Mówi wszak stare, męskie porzekadło: „Choćbyś strząsał dwa tygodnie, kropla zawsze spadnie w spodnie”. W tym przypadku chodziłoby o jasielskie, dworcowe kafelki. Ogólnie jednak troska włodarzy podkarpackiego grodu jest ze wszech miar słuszna. Bo też wyobraźcie sobie: przyjdzie jakiś prostak nieznający się na rzeczy, naszcza dookoła, a ty się ślizgaj i nos zatykaj. Zasadniczym mankamentem jest natomiast brak odpowiednich służb, które egzekwowałyby postępowanie zgodne z instrukcją. Naród ci u nas rogaty i bez dozoru choćby na złość narządu w dół nie pochyli. Mandat przywołałby od razu obywatela do porządku, a jednocześnie wzbogacił kasę miejską.

Oczywiście, żeby uwiarygodnić kontrolerów moczośledczych i dodać instrukcji należytej powagi, należałoby podnieść jej rangę. Nie widzę tu żadnych trudności. Żeby pan Adam Glapiński był łaskaw podać wysokość pensji swojej – cytuję – „czysto zawodowej współpracowniczki”, Sejm wypichcić musiał specjalne prawo. Czyż kwestia zanieczyszczania przestrzeni wokółpisuarowych (a nie dotyczy ona tylko Jasła) nie jest pilniejsza i istotniejsza? Tym bardziej że tekst ustawy jest już gotowy i wystarczy go przyklepać po półminutowej dyskusji, co przecież Sejm ma w zwyczaju. Spotkałoby się to z pełną satysfakcją naszego społeczeństwa, święcie wierzącego w magiczną moc nakazów i zakazów, a także władzy, zawsze szczęśliwej, gdy uda się poddanym utrudnić życie. A jeszcze przy okazji wydębić od nich parę groszy.

Owo zadowolenie Polaków z reglamentowania im życia jest dla mnie jedną z najdziwniejszych tajemnic. Poczytują np. rodacy niektórym posłom za zasługę, że opracowali więcej projektów ustaw niż inni. Innymi słowy, chwała tym, co mnożą przepisy. W „Zwierzętach niezwierzętach” Vercorsa angielski sędzia Sir Arthur Draper mówi z pogardą, że Francuzi zdefiniowali i skodyfikowali wszystko, łącznie z prawem do jajka zniesionego przez kwokę na polu sąsiada. W Polsce uważano by to na pewno za pożądany stan rzeczy. Zakazać, nakazać! Drobny przykładzik. Jestem już w wieku dinozaurowatym, co zmusza do przemyślenia dyspozycji na czas po wyginięciu. Chciałbym, by mnie skremowano, a prochy wysypano byle gdzie. Zaznaczam przy tym, że nie ma nic bardziej ekologicznego nad garść popiołu, którą wiatr rozproszy i może nią nawet coś użyźni. A gdzie tam!

Co za samowola! Popiół ma się mieścić w określonym naczyniu i płatnym miejscu. Jest w tym swoista logika. Po pierwsze, państwo zarobi; po drugie, i to najważniejsze, przypomina mi, żebym się nie łudził, że po tamtej stronie wyrwę się z jego szponów. Dysponować prochem po samym sobie – to ci dopiero fanaberia!

Naiwnym zdawać się może, że liczba możliwych regulacji jest jednak skończona. Nic błędniejszego. Kiedy już ustalono, jak w wojsku, którą ręką odpinać mam pasek u spodni i przynależność jajka na miedzy, rząd zawsze może rozpocząć reformy. Czyli na tyle zmienić system, by można było dla niego, wychodząc naprzeciw społecznym oczekiwaniom, wymyślać nowe przepisy, ukazując pracowitość i troskę o człowieka. „Dobra zmiana” – jak to pięknie brzmi. Oczywiście „dobra” to tylko ozdobnik taki. Co jest dobre, okazuje się na ogół dopiero w praniu i po wypraniu. Chodzi o zmianę samą w sobie. Z całej Polski i mózgów Polaków zrobić jeden wielki plac budowy. Uregulować inaczej. Objąć nowym BHP. Ludzie to lubią. Ludzie to kupią.

Rzecz jasna, nie będziemy się ograniczać do tego, by obywatel, ongiś wyprostowany, teraz wyjmował narząd moczowy pochylony do przodu. Niestraszne nam i ambitniejsze reformy. Przykładem szkolnictwo. Czerwone pająki zostawiły nam w spadku (nie mówię o nauczanej materii) całkiem sensowny system oświatowy: ośmio-, wcześniej siedmiolatka, potem liceum, technikum czy też szkoły zawodowe. Jak można jednak ścierpieć, żeby sobie coś po staremu, choćby i dobrze, funkcjonowało. Rozwalono więc dawny model i w niemałym zamęcie ustanowiono gimnazja. Kiedy wreszcie zaczęło to jako tako się docierać, uchwalono powrót do starego (teraz już nowego) systemu. Będzie ośmioklasówka, precz z gimnazjami! Ileż nowych będzie można wymyślać nakazów i zakazów.

Opowiadano, jak stary przewodnik oprowadzał ludzi po Leningradzie (tak miasto wówczas się nazywało): „Ot, w tym gmachu nie było kiedyś siedziby organizacji młodzieżowej, tylko sklep kupca Mochowa. A na tej wystawie nie było gazetki »Reportaż z życia komsomołu«. Tutaj stały dwie miski z czarnym i czerwonym kawiorem. I jeszcze łyżka leżała, żeby każdy mógł spróbować i zadecydować, który kawior chce kupić. I powiedzcie mi, kochani, komu to przeszkadzało?”. Co komu przeszkadzała ośmiolatka, którą teraz się przywraca? Co kogo obchodzi, jak kto sika, byle trafiał w pisuar? Ja nie chcę wcale być rozpylany nad oceanem czy szczytami Himalajów. Toteż temu idiocie, który wymyślił, że żona (pardon, wdowa) nie może mnie wysypać do ogródka, życzę szczerze długiej i bolesnej agonii, za życia świerzbu, a po śmierci smoły gorącej. Podobnie jak większości nakazo- i zakazowiczów. Kochani! Zamiast lękać się wolności, bójcie się poprawiaczy waszego życia!

Wydanie: 13/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy