Szum nowej płyty

Szum nowej płyty

Czy artyści cierpią na syndrom inżyniera Mamonia?

10 grudnia ukazuje się najnowszy album znanego twórcy muzyki elektronicznej Jeana-Michela Jarre’a zatytułowany „Oxygene”. Najnowszy? I tak, i nie. W rzeczywistości bowiem płyta ta ukazała się po raz pierwszy równo 30 lat temu jako debiut artysty, który go rozsławił, a dziś uznawana jest za kamień milowy muzyki współczesnej. Teraz Jarre zdecydował się wznowić swój debiut, ale nie w oryginalnej, ulepszonej technicznie wersji, jak to często obecnie się praktykuje, lecz nagrany zupełnie od nowa. Czy to sposób na wskrzeszenie własnej legendy i uwiedzenie nowych słuchaczy?
W ostatnim czasie coraz częściej zdarza się, że uznani już artyści z różnych półek, grający różne gatunki sięgają do swoich nagrań sprzed lat, by zaprezentować je na nowo. Mają to już za sobą m.in. Wojciech Waglewski i Voo Voo, Maciej Maleńczuk i Püdelsi, Muniek Staszczyk i T.Love, grupy Pidżama Porno i Brygada Kryzys, a także brytyjskie żeńskie trio Sugababes czy niemiecki zespół metalowy Destruction. W listopadzie do sklepów trafiła kolejna staro-nowa płyta amerykańskiej formacji Helstar, znanej fanom od lat 80. Swój materiał sprzed ćwierć wieku wskrzesiła, też w listopadzie, słupska grupa Karcer, jedno z najważniejszych zjawisk polskiej sceny niezależnej, przeżywająca obecnie drugą młodość, o czym świadczą pełne sale na jubileuszowych koncertach.

Po co to robią?

W przypadku Jarre’a, artysty wszystkim znanego, którego popularność w ostatnich latach jednak nieco przygasła, łatwo o odpowiedź. Jego oryginalne „Oxygene” sprzedało się dotychczas w ilości ponad 12 mln egzemplarzy na całym świecie, ten album jest znakiem firmowym francuskiego muzyka, można więc sądzić, że nagrany na nowo zdobędzie serca i starych, i nowych fanów, a złote czasy, kiedy na koncerty Jarre’a przychodziły miliony, powrócą. Wydawca dorabia do tego oczywiście ideologię: że ponieważ muzyka stanowi dziś dużą część naszego stylu życia, jest wręcz wszechobecna, warto uczcić powstanie wyjątkowej płyty, która niesie ze sobą także proekologiczny przekaz, a te sprawy są dziś w świecie przecież coraz ważniejsze.
Te marketingowe chwyty uzupełnia atrakcyjna opowieść o tym, jak to Jarre odnalazł gdzieś swoje syntezatory sprzed trzech dekad, owe „mityczne instrumenty”, na których grał w czasach swojej świetności, a teraz przy ich wykorzystaniu stworzył ten sam album – jak czytamy w informacji promocyjnej – „na żywo w HD i stereoskopowej technologii 3D z dźwiękiem 5.1 Surround i Dolby Digital do wyboru”. Mało tego, te wszystkie techniczne zabiegi podobno „dają niezwykłe wrażenie, że nie ruszając się z własnej, wygodnej kanapy, znaleźliśmy się tuż obok artysty”. Zwłaszcza że słuchacz będzie miał możliwość wysłuchania CD i obejrzenia DVD z trójwymiarowym filmem. Czy to wszystko nie jest przypadkiem odgrzewanym kotletem w nowej panierce, oceni rynek, ale już dziś wiadomo, że jak nie ma się dobrego pomysłu na nową jakość, zawsze można sięgnąć do przeszłości – mniejsze ryzyko.

Jak jazzowe standardy

O innych niż marketingowo-reanimacyjnych motywach mówili swego czasu Wojciech Waglewski czy Maciej Maleńczuk, artyści, którym raczej nie brakuje pomysłów ani na siebie, ani na nowe albumy, a i publiczność wciąż mają wierną i niemałą. Na płycie Voo Voo „21” znalazły się nowe wersje takich starych hitów jak „Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było”, „Łobi-jabi” czy „Flota Zjednoczonych Sił”. Waglewski mówił później, że o ich wskrzeszeniu zadecydowały wyłącznie względy artystyczne. „Traktuję te utwory tak, jak się traktuje standardy w jazzie i w związku z tym one odżywają w momencie kolejnej interpretacji, natomiast stare wersje są już nieważne”, mówił artysta. Podobnych argumentów używał Maleńczuk, gdy promował ostatnią, jak się później okazało, płytę Püdelsów „Jasna strona”, na której zebrano utwory z lat 1986-2007, w większości również nagrane w nowych wersjach.
Jeszcze innym szlakiem poszedł kiedyś Robert Brylewski, który na początku lat 90. reanimował legendarną, tzw. czarną płytę Brygady Kryzys z 1982 r. Nie nagrał wprawdzie starych utworów na nowo, ale dołożył do nich różne efekty specjalne, nie zaznaczając tego jednak na okładce. W efekcie ta nowo-stara płyta wyglądała jak wznowienie, a wielu fanów poczuło się zrobionych w balona, słuchając utworów „Centrala” czy „Przestań śnić” w mocno odmienionych wersjach. Krzysztof „Grabaż” Grabowski, lider Pidżamy Porno, tłumaczył zaś ponowne nagranie albumu „Złodzieje zapalniczek” w 2007 r. – jednego z najbardziej znanych w historii tej grupy, która właśnie obchodzi 20-lecie istnienia i kończy działalność – osobistym sentymentem do materiału sprzed dekady.

Bunt odmłodzony

Na taki zabieg nie zdecydował się Karcer, który na właśnie wydanej płycie „Anarchiva” pomieścił swoje utwory z lat 80. nagrane zupełnie na nowo. W tym przypadku gdzieś prysnął dawny ich czar, choć znany hymn pokolenia dzisiejszych 40-latków „Młodość walcząca” z hasłem „Bunt jest naszym obowiązkiem”, wyśpiewywany przed laty przez 20-letnich muzyków Karcera, a dziś wykonywany przez ich dzieci, to interesujący zabieg stylistyczny. W tym wypadku muzycy mówią wprost: „Prezent zrobiliśmy samym sobie, bo praca nad tym materiałem wywoływała niespodziewane emocje i wspomnienia, które podziałały jak atomowe paliwo”. A swoją drogą, miło popatrzeć na kolorową okładkę płyty zespołu, który z podziemia wskoczył właśnie ze starymi utworami na półkę w Empiku.
Czy mamy do czynienia z syndromem inżyniera Mamonia, który w „Rejsie” Piwowskiego mówił, że podobają mu się tylko te piosenki, które już raz słyszał? Bez wątpienia wiele zespołów buduje czy też podtrzymuje swoją aktualną popularność, wykorzystując stary i dobrze znany repertuar – co by zrobił na przykład współczesny Perfect bez „Autobiografii” albo Rolling Stonesi bez „Angie”? A jednak odgrzewanie staroci dotyczyło dotychczas na ogół tylko koncertów albo osławionych już występów unplugged (bez prądu), gdzie stare utwory wykonywane są wyłącznie na instrumentach akustycznych, co nadaje im nowy charakter i brzmienie. Niedawno taką płytę z największymi swoimi przebojami w nowych wersjach nagrał zespół Hey. Czy czeka nas teraz fala starych albumów w nowych aranżacjach studyjnych? Pierwsze jaskółki już są.

 

Wydanie: 49/2007

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy