Tag "Donald Trump"

Powrót na stronę główną
Felietony Roman Kurkiewicz

Skąd wziąć jednego sprawiedliwego sędziego?

Od ataku Hamasu z października 2023 r. Izrael zabił w Strefie Gazy od ok. 40 tys. (szacunki Palestyńskiego Ministerstwa Zdrowia w Gazie) do 70 tys. osób (raport badaczy z London School of Hygiene and Tropical Medicine, opublikowany 10 stycznia 2025 r. w renomowanym piśmie naukowym „Lancet”). Szacuje się, że „59% ofiar śmiertelnych stanowiły kobiety, dzieci i osoby starsze”. W listopadzie 2024 r. Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał nakazy aresztowania premiera Beniamina Netanjahu i byłego ministra obrony Izraela Joawa Galanta.

Prezydent Andrzej Duda w ostatnich dniach wystosował (i celowo upublicznił) list do premiera Donalda Tuska z apelem, aby rząd zapewnił Beniaminowi Netanjahu nietykalność, by ten mógł przyjechać do Polski na 80. rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz. W odpowiedzi rząd Tuska przyjął napisaną ezopowym językiem uchwałę, w której czytamy: „Rząd Rzeczypospolitej Polskiej oświadcza, iż zapewni wolny i bezpieczny dostęp i udział w tych obchodach najwyższym przedstawicielom Państwa Izrael”.

Treść uchwały powszechnie odczytano jako zapewnienie, że w razie przybycia do Polski Beniamina Netanjahu nasz kraj nie wywiąże się ze zobowiązań wobec MTK i premiera Izraela nie zatrzyma, nie aresztuje i nie przekaże trybunałowi.

Tymczasem informacja, że na obchody 80. rocznicy wyzwolenia przez Armię Czerwoną 27 stycznia 1945 r. obozu Auschwitz miałby się wybierać premier Netanjahu, w żadnym miejscu się nie pojawiła. Cała zatem operacja przeciekowo-dyplomatyczno-polityczna zdaje się w oczach komentatorów dywersyjną inicjatywą ośrodka prezydenckiego, który upublicznieniem listu do Tuska chciał doprowadzić do kryzysu w relacjach z nowo wybranym prezydentem USA Donaldem Trumpem, najbliższym i najważniejszym sojusznikiem władz Izraela i samego Netanjahu. USA zresztą przeprowadzają akurat swój kolejny atak na MTK – Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę przewidującą sankcje dla urzędników trybunału za wydanie przez nich międzynarodowego listu gończego za premierem Netanjahu.

USA i Izrael nie uznają jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego od lat

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Historia pewnego wymierania

Stabilne rządy partii nieprawicowych stają się coraz bardziej nierealistyczne

Dla osób o poglądach lewicowych i liberalnych, lokalizujących się w samym centrum politycznego spektrum lub nieco na lewo od niego, początek 2025 r. jest jak dotąd kolejnym krokiem do piekła. Szybki rzut oka na polityczną mapę świata boleśnie o tym przypomina.

W pierwszych dniach stycznia rezygnację, chociaż nienatychmiastową, ogłosił premier Kanady Justin Trudeau. Kiedy w 2015 r. przejmował władzę, był światową nadzieją liberałów. Politykiem niezwykle popularnym w ojczyźnie, który w dodatku wydawał się zręcznie komunikować w dobie internetu i mediów społecznościowych. Innymi słowy, odnosił sukcesy tam, gdzie strona progresywna i centrum notorycznie dostawały bęcki od coraz silniejszych wtedy populistów. Dzisiaj po tamtym entuzjazmie nie ma już śladu, premiera Trudeau dobrze ocenia nie więcej niż jedna czwarta elektoratu. W marcu odda on kontrolę nad rządem i swoim macierzystym ugrupowaniem, Partią Liberalną. Kilka miesięcy później w Kanadzie odbędą się wybory, w których zwycięstwo już można przypisać Partii Konserwatywnej i jej liderowi, Pierre’owi

Poilievre. Jak zauważył niedawno Alastair Campbell, były rzecznik rządu Tony’ego Blaira, jesienią na spotkaniach grupy G7, formatu zrzeszającego największe gospodarki świata, jedynym nieprawicowym szefem rządu będzie Brytyjczyk Keir Starmer.

Odwrót lewicy

Rejterada lewicy i centrum to jednak nie tylko problem tych najzamożniejszych. Właściwie gdziekolwiek zatrzymać w tej chwili wzrok na mapie, władza jest w rękach prawicy lub sił konserwatywnych w jakiejś odmianie tej ideologii – często niedemokratycznej, autorytarnej lub powiązanej z instytucjami religijnymi, niemającej nic wspólnego z uniwersalnością praw człowieka. Poza Wielką Brytanią jedynymi państwami o co najmniej średnim znaczeniu strategicznym, w których lewica i/lub centrum mogą realnie sprawować władzę, czyli realizować przynajmniej część swojego programu, są Meksyk, Brazylia i Chile. Teoretycznie lewicowa jest też władza w Hiszpanii, ale w przypadku premiera Pedra Sáncheza trudno mówić o jakiejkolwiek sprawczości. Jego koalicyjny rząd ma minimalną większość w parlamencie, istniejącą tylko i wyłącznie dzięki korupcji politycznej i nieustannemu handlowaniu przywilejami dla partii regionalnych. Małe ugrupowania, z katalońskimi secesjonistami z Junts na czele, doskonale wiedzą, że to od nich zależy przetrwanie Sáncheza, regularnie więc go szantażują, chcąc uzyskać kolejne koncesje. W efekcie ogon od dawna macha psem, a rządząca Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) zachowuje się, jakby codziennie chodziło jej już tylko o przetrwanie.

Podobnie wygląda sytuacja we Francji, gdzie rząd w momencie oddawania tego tekstu do druku jeszcze funkcjonuje, ale chyba nikt w Europie nie zaryzykuje prognozy, jak długo ten stan rzeczy się utrzyma. Prezydentem jest tam nadal Emmanuel Macron, lecz trudno o nim mówić jako o polityku zdolnym do robienia czegokolwiek poza gaszeniem politycznych pożarów. Faktyczną władzę w swoich krajach sprawują jedynie Luiz Inácio Lula da Silva w Brazylii, Claudia Sheinbaum w Meksyku i Gabriel Boric w Chile. Z tej trójki zaś tylko Sheinbaum cieszy się prawdziwie silną legitymacją. Na urząd wybrana została w ubiegłym roku, a namaścił ją na swoją następczynię odchodzący gigant tamtejszej sceny Andrés Manuel López Obrador i wszystko wskazuje, że bez większych problemów przetrwa ona całą kadencję. Lula nieustannie wojuje z prawicową opozycją w cieniu walczącego o powrót do władzy Jaira Bolsonara. Ich rywalizacja przypomina w pewnym sensie rządy Joego Bidena

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Czy prezydent Zełenski uwolnił Europę od rosyjskiego gazu?

Donald Trump poinformował Unię Europejską, że musi kupować amerykańską ropę i gaz

W nocy z 31 grudnia 2024 r. na 1 stycznia 2025 r. Gazprom wstrzymał przesył gazu przez terytorium Ukrainy. Była to konsekwencja odmowy przedłużenia przez Kijów podpisanej w 2019 r. umowy na tranzyt „błękitnego paliwa” z Rosji do Słowacji, Węgier i Austrii.

Decyzja nie była zaskoczeniem, gdyż strona ukraińska od dawna deklarowała rezygnację z tego kontraktu, który, choć przynosił jej dochód od 800 mln do miliarda dolarów rocznie, jeszcze większe profity zapewniał Kremlowi. A działo się to w warunkach okrutnej wojny wywołanej rosyjską agresją.

Tranzyt rosyjskiego gazu do Europy przez terytorium Ukrainy był jedną z osobliwości tej wojny. Żołnierze obu stron zajadle mordowali się w Donbasie. Rosyjskie rakiety i drony niszczyły infrastrukturę energetyczną Kijowa, na co Ukraińcy odpowiadali atakami na rosyjskie rafinerie i magazyny paliw. Przez trzy lata żadna ze stron nie ważyła się jednak tknąć gazociągów i obsługujących ich stacji przesyłowych.

Gdy 6 sierpnia 2024 r. ukraińskie siły zbrojne podczas ofensywy w obwodzie kurskim przejęły kontrolę nad stacją pomiarową gazu w Sudży, w zachodniej prasie pojawiły się alarmistyczne publikacje na temat spodziewanych konsekwencji ekonomicznych. Obiekt ten był kluczowym elementem systemu przesyłającego gaz do Europy Zachodniej. Rzecz jasna, zgodnie z niepisaną umową nic się nie stało. Rosjanie stacji nie wysadzili, a Ukraińcy zadbali, by działała sprawnie. Bratysława, Wiedeń i Budapeszt mogły spać spokojnie.

Czy decyzja Zełenskiego o odmowie przedłużenia kontraktu z Gazpromem cokolwiek zmieniła?

Dla bogatych państw zachodnich niewiele, gdyż już wcześniej przestawiły się na droższy gaz amerykański i arabski. W bardzo trudnej sytuacji znalazły się natomiast Mołdawia i region Naddniestrza, które są w znacznym stopniu uzależnione od dostaw z Rosji. W Tyraspolu i Kiszyniowie zaczęto wyłączać światło, gdyż jedyna w regionie, należąca do rosyjskiego państwowego koncernu Inter RAO elektrownia mołdawska GRES znacząco zredukowała dostawy prądu. Co będzie dalej? Dziś władze w Kiszyniowie szukają gazu i energii elektrycznej u sąsiadów. Na pewno decyzja Kijowa zdenerwowała Słowaków, którzy kupując tani rosyjski gaz i sprzedając jego nadwyżki, zarabiali ok. 500 mln dol. rocznie, choć można trafić na informacje, że było to aż 1,5 mld dol. Co, jak na liczący 5 mln 427 tys. mieszkańców kraj, jest wynikiem przyzwoitym.

Poza tym relacje premiera Ficy z prezydentem Zełenskim oraz innymi ukraińskimi politykami od dawna były złe. W grudniu ubiegłego roku Bratysława zagroziła Kijowowi, że jeśli się nie opamięta, wstrzyma dostawy energii elektrycznej i przemyśli kwestię dostaw uzbrojenia. Zełenski tym się nie przejął.

Najmniej ucierpiały Węgry, które w rosyjski gaz będą się zaopatrywały gazociągiem Turecki Potok. Przyjdzie jednak bratankom zapłacić trochę więcej, gdyż koszty tranzytu przez Turcję są wyższe.

Za to europejscy politycy decyzję Kijowa przyjęli z uznaniem – niech Madziarzy dostaną po kieszeni, tak samo jak Niemcy, Francuzi, Polacy, Holendrzy i inni.

W zachodnich mediach pojawiły się publikacje, że prezydent Zełenski swoją decyzją „uwolnił Europę od rosyjskiego gazu”. Przy okazji miliony Europejczyków dowiedziały się, dlaczego w ostatnich latach tak bardzo wzrosły im koszty utrzymania i z jakiego powodu europejski przemysł znalazł się w kryzysie. To wina uzależnienia od taniego „totalitarnego” rosyjskiego gazu, który – ze względu na wprowadzone sankcje przyszło zastąpić droższym, „demokratycznym”, amerykańskim surowcem.

Bo Polska to niepewny partner

Wstrzymanie tranzytu gazu przez Ukrainę nie zamyka prawie 50-letniej historii gazociągów biegnących przez ten kraj. Warto ją przypomnieć. Największe gazociągi – orenburski i jamburski – budowane były na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku w ramach „kontraktu stulecia”, jaki Związek Radziecki podpisał z grupą najbogatszych państw Zachodu, w tym z Francją i Niemcami. W tamtym czasie paryska prasa zastanawiała się, dlaczego magistrale te nie biegną przez Polskę, co pozwoliłoby znacząco obniżyć koszty i skrócić czas budowy. „Bo Polska to niepewny partner”, brzmiała odpowiedź urzędników francuskich. Wolno podziwiać ich przenikliwość. W 1979 r. wojska radzieckie wkroczyły do Afganistanu, rok później powstała Solidarność, a w kolejnym roku nad Wisłą wprowadzono stan wojenny. Wydarzenia te nie opóźniły tempa budowy gazociągu orenburskiego biegnącego przez Uralsk, Iwano-Frankowsk, Użhorod do Słowacji, Czech, Austrii i Niemiec. Budowały go także polskie firmy. Gazociąg jamburski powstał nieco później. Jego budowę próbowała zatrzymać administracja prezydenta Reagana, oferując państwom Europy Zachodniej tani amerykański gaz.

Europejczycy odmówili, gdyż oferta Moskwy była korzystniejsza. W listopadzie 1981 r. kanclerz Niemiec Helmut Schmidt podpisał umowę RFN-ZSRR na dostawy10 mld m sześc. gazu rocznie, przez kolejne 25 lat, po promocyjnych cenach. Podobne kontrakty zawarły spółki francuskie, brytyjskie i holenderskie. Amerykanie nie mieli w Europie czego szukać.

Gdy w 1982 r., w ramach sankcji związanych z wprowadzeniem w Polsce

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Sprzedaj pan tę Grenlandię!

Grenlandia jest największą niekontynentalną wyspą świata o powierzchni ponad 2 mln km kw., zamieszkaną przez niespełna 56 tys. osób, w 90% przez rdzennych Inuitów. Nimi Trump głowy sobie nie zaprząta – na pierwsze spotkanie wysłał z wycieczką syna, którego witała garstka mieszkańców w trumpowskich czapeczkach. Sama Grenlandia obfituje w złoża bogactw mineralnych, takich jak np. gaz i ropa. Co jednak może jeszcze istotniejsze, pokryta dzisiaj lodem i śniegiem wyspa ma bardzo obiecujące pokłady metali rzadkich, na które zapotrzebowanie wciąż rośnie. O dostępne tańsze ich źródła woła głośno kilka interesów miliardera technologicznego Elona Muska (telefonia, rakiety kosmiczne, banki, energia).

Co prawda amerykańskie władze jeszcze nie ujawniły, by Inuici gromadzili broń masowego rażenia, co wymagałoby inwazji wojsk amerykańskich (vide Irak), ale argument o bezpieczeństwie ekonomicznym na stole już leży. Może nie argument, lecz fraza – w wiadomych ustach to żadna różnica. Nieprzewidywalność Trumpa tylko nakręca atmosferę kuriozalnego zagrożenia. Na tyle, że władze Francji zdecydowały się zabrać głos. I tak Jean-Noël Barrot, minister spraw zagranicznych, w kontekście wypowiedzi Trumpa powiedział we francuskim radiu: „Nie ma wątpliwości, że Unia Europejska nie pozwoliłaby innym narodom świata, kimkolwiek one są, zaatakować swoich suwerennych granic”. Premier Danii Mette Frederiksen powiedziała z kolei w duńskiej telewizji, że „Grenlandia należy do Grenlandczyków” i że jedynie miejscowa ludność może decydować o jej przyszłości. Nie można zapominać, że USA mają na Grenlandii bazę wojsk powietrznych Thule z elementami systemu wczesnego ostrzegania przed pociskami balistycznymi, którą wykorzystuje również dowództwo Sił Kosmicznych. Cała ta historia jest jak z kosmosu, ale taki przecież jest i Donald Trump.

W tle grenlandzkiej zadymy mamy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Nawet nietoperze nie śpią spokojnie

Nie spozieram już na wiadomości, zablokowałem kanały informacyjne – od kiedy Trump wygrał wybory, mam przeczucie graniczące z pewnością, że dożywamy końca antropocenu. Mój licznik wybił katastrofizm, dlatego wcale już nie piszę o polityce, piszę o doczesnych drobnych uciechach, o spożywaniu świata tuż przed jego końcem. Uciekam do jaskiń częściej niż kiedykolwiek, nieomal już tam mieszkam. To uspokaja, kiedy człowiek znajdzie się w przestrzeni starszej od wszystkich wojen, zagląda w wątpia ziemi starsze od ludzkości, świadom, że pozostaną takie same po jej wyginięciu. W tym przed- i powiecznym spokoju znajduję niejakie ukojenie.

Chodzić po jaskiniach zimą w zasadzie się nie powinno, by nie wybudzać nietoperzy, ale w obszernych systemach obecność mobilnego, parującego grzejnika o temperaturze 36,6 st. C ma znikomy wpływ na otoczenie, jeśli do hibernującego zwierzaka celowo się nie zbliży i nie będzie go dręczyć światłem. Naczytało się o gryzoniach dysponujących szóstym zmysłem, który pozwala im zawczasu przewidzieć niebezpieczeństwo i zwiać w porę przed trzęsieniem ziemi czy też wyjść na ląd przed ostatnim rejsem okrętu – pomyślałem. Napatrzę się na sen nietoperzowy, żeby się uspokoić – przecież nie kładłyby się spokojnie do hibernakulum, gdyby czuły, że coś się święci.

Tymczasem i pod ziemią jakieś nadzwyczajne poruszenie. Tysiąc jaskiń już odwiedziłem, dziesiątki tysięcy nietoperzy widziałem, ale nigdy mi się nie zdarzyło – jak pewnej soboty – żeby w środku zimy panowały takie chiropteroniepokój i dezorientacja. Na zewnątrz lodowato (w górach Słowacji, powyżej 1000 m n.p.m.), nietoperze mrożonych komarów

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Co przyniesie nowy rok?

Wszyscy chcieliby wiedzieć, a niektórzy nawet udają, że wiedzą. Tak czy inaczej, kilka spraw jest pewnych. Na przykład ta, że za mniej więcej miesiąc Donald Trump obejmie po raz drugi, choć po przerwie, urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Będzie „czynił Amerykę znów wielką”. Jak to będzie robił? Gdyby traktować poważnie wszystkie jego publiczne zapowiedzi, byłby z tym mały kłopot, bo wiele z nich jest wzajemnie sprzecznych. Na pewno jednak nie kupi Grenlandii, bo nikt mu jej nie sprzeda, na pewno też nie dojdzie do inkorporacji Kanady. Czy zakończy wojnę na Ukrainie? W to akurat wierzę. Jednak sama zapowiedź prezydenta, że zakończy wojnę, w której Stany Zjednoczone nie są oficjalnie stroną, powinna brzmieć dziwnie, ale nie brzmi. Podświadomie czujemy, że coś jest na rzeczy.

Putin rozpoczął wojnę, nazywając ją „specjalną operacją wojskową”. Rzeczywiście tak chyba miało być. Kreml liczył na to, że wojsko ukraińskie i ludność cywilna przejdą bez walki na stronę Rosji, tak jak w 2014 r. przeszły na Krymie. Sądził, że wystarczy demonstracja siły, desant na Kijów i zmiana rządu. Popełnił błąd, nie docenił komika w roli prezydenta Ukrainy, nie docenił Ukraińców, którym – mimo bliskości kulturowej i religijnej z Rosją – cywilizacyjnie zaimponowała Europa. Jej bogactwo i liberalna demokracja, jak się okazało, były bezkonkurencyjne wobec rosyjskiego dziadostwa i zamordyzmu. Nie docenił też Zachodu, który w czasie aneksji Krymu czy Donbasu wydał tylko kilka pomruków niezadowolenia

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Tylko uciążliwy czy jednak potworny?

Zarzekałem się: nie prognozować, nie przewidywać, nie wchodzić w buty autorów rutynowych tekstów po Nowym Roku. (Dlaczego właściwie piszemy to wielkimi literami? Nic mu przecież jeszcze się nie należy. Na nic sobie nie zasłużył).

Ale trudno, co poradzić. Będzie intensywnie, będzie inaczej, będzie jak zwykle, tylko bardziej, będzie się działo.

To, co nie podobało się w poprzednich latach, jeszcze bardziej zacznie doskwierać nam w tym roku.

Inni odczują to zresztą jeszcze intensywniej. Stanom Zjednoczonym, a tym samym całemu światu, „zwali się” na głowę Trump, a co gorsza – Musk i jego banda miliarderów. Wyznaczenie ich do roli osób zajmujących się państwem (państwami) jest nie tylko całkowitym nieporozumieniem, ale i tragedią niekompetencji, uzurpacji, przekonania o własnej wielkości, dbaniem o prywatne interesiki. W świecie zarządzanym technologicznie przez narcyzów, rzadko – jeśli coś w ogóle może pójść dobrze – cokolwiek wychodzi. Będzie zatem dużo gorzej. Projekt „człowiek” na tym zdecydowanie ucierpi.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Śmierć przez ciszę

Amerykańska lewica musi jak najszybciej odzyskać głos

Korespondencja z USA

Po klęsce w wyborach 5 listopada demokraci zamilkli i do dziś nie odzyskali w pełni głosu. Wybrzmiewają jedynie wzajemne oskarżenia, wyliczanie win i roztrząsanie, „co by było, gdyby”. W dodatku obrażony na wszystkich prezydent Biden zaczął się troszczyć wyłącznie o siebie i swoją rodzinę, a sądy i media podkuliły ogon. Przed Trumpem ściele się czerwony dywan.

Nigdy nie zapomnę nocy z 8 na 9 listopada 2016 r. Moja 17-letnia wówczas córka, zamiast iść spać, trwała z nosem przyklejonym do telewizora. O trzeciej w nocy obudził nas jej krzyk. Stacje telewizyjne ogłosiły, że w wyścigu o fotel prezydencki Hillary Clinton przegrała z Donaldem Trumpem.

Choć wielu z nas długo nie mogło zaakceptować faktu, że do Białego Domu wprowadzi się ktoś pokroju Trumpa, szok i złość szybko ustąpiły innym uczuciom. Lewica zwarła szyki, a nowy front walki i oporu gotowy był już pod koniec listopada. W takim tempie powstał bowiem projekt Marszu Kobiet, który organizatorzy, razem z 400 różnymi instytucjami i zbiorowościami, zaplanowali na dzień po zaprzysiężeniu nowego prezydenta. Marsz, który przeszedł 21 stycznia 2017 r. ulicami Waszyngtonu (prawie pół miliona osób), wspierany przez protesty w kilkudziesięciu innych miastach w całym kraju (kolejne ponad 4 mln osób), stał się największą jednodniową manifestacją w historii Ameryki. Palmę pierwszeństwa odebrały mu dopiero marsze po śmierci George’a Floyda w 2020 r.

Mobilizacja antytrumpowego frontu kobiecego nie pozostała bez wpływu na rzeczywistość. Dwa lata później w wyborach uzupełniających do Kongresu wystartowała – i wygrała! – rekordowa liczba Amerykanek. Demokraci odzyskali kontrolę nad niższą izbą Kongresu, w dodatku frekwencja w wyborach była najwyższa od stu lat (49%), szczególnie po stronie młodych. W 2020 r. do urn ruszyła kolejna rekordowa fala wyborców – ponad 155 mln, a ponieważ 83 mln zagłosowały na Joego Bidena, demokraci wrócili do Białego Domu.

Dziś wiem, że cisza, która zapadła w progresywnej części Ameryki po ponownej wygranej Trumpa 5 listopada 2024 r., będzie tak samo niemożliwa do zapomnienia jak okrzyki grozy mojej córki. Ów niemy szok wydaje się jedyną adekwatną reakcją na wieść o tym, że po wszystkim, czego doświadczyliśmy, Amerykanie znowu dali się nabrać na brednie, że ojczyznę można „budować” poprzez zamykanie, „rozwijać” przez regres i „stabilizować” przez wchodzenie na wojenną ścieżkę ze wszystkimi, nawet z przyjaciółmi. Jednak szok i stupor demokratów trwają o wiele za długo – stawka w grze jest bowiem nieporównanie wyższa niż osiem lat temu. Jeśli szybko się nie otrząsną, może się okazać, że sami przyłożyli rękę do demontażu demokracji, której tak bardzo chcą bronić.

Cisza zdradza i wypacza

Ich przedłużające się milczenie i brak działań są nie tylko oznaką słabości, ale też aktem zdrady wobec większości narodu. Trump nie dostał przecież większościowego mandatu władzy. Głosowanie powszechne wygrał, ale nie przekroczył progu 50% głosów – zdobył ich 49,79% (Cook Political Report, grudzień 2024). Jego przewaga nad Kamalą Harris również nie była spektakularna. Wyniosła mniej niż półtora punktu i w istocie była jedną z najniższych w prezydenckich starciach ostatniego półwiecza. Równie nikła będzie od stycznia 2025 r. przewaga republikanów w Kongresie: trzyfotelowa w stuosobowym Senacie i pięcio- lub nawet tylko dwufotelowa w liczącej 435 członków Izbie Reprezentantów. Niestety, jeśli demokraci nie będą o tym mówić, i to głośno, mogą stracić kontrolę nad rzeczywistością.

Ostatnie wybory dobitnie pokazały, że nie żyjemy już w czasach szacunku dla prawdy ani oczywistego stosowania się do norm. Trafnie ujęła to, podsumowując wybory, Jen Easterly, szefowa Cybersecurity and Infrastructure Security Agency: „Żyjemy w realiach, w których nie ma miejsca na milczenie, bo pustkę natychmiast wypełni ktoś inny, promując własną wersję rzeczywistości. Skala dezinformacji, która zalała Amerykę w przeddzień wyborów, była bezprecedensowa. Nie ma powodów myśleć, że to się skończy”.

Przedłużająca się po stronie demokratów cisza tworzy dodatkowo idealną przestrzeń do tego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Co powiedziałby Konfucjusz o amerykańsko-chińskiej rywalizacji?

Rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, najistotniejszy problem polityki światowej, po zwycięstwie Donalda Trumpa w wyścigu o amerykańską prezydenturę może przybrać na sile. To Trump zapoczątkował ostry kurs w stosunku do Chin. Na gruncie teoretycznym poszedł za zwolennikami powstrzymania, pokonania Chin, kiedy jeszcze jest to możliwe. Joe Biden w praktyce kontynuował kurs wyznaczony przez Trumpa, ale na poziomie teorii polegał bardziej na orędownikach tzw. zarządzanej rywalizacji. Na łamach „Przeglądu” prezentował ją w wymiarze publicystycznym były premier Australii Kevin Rudd. Dogłębnie zaś zrobił to w książce „The Avoidable War”.

Feng Zhang w swoim artykule proponuje chińską, konfucjańską perspektywę. Perspektywę, w której rywalizacja amerykańsko-chińska nie kończy się katastrofalną dla całego świata wojną. Oznacza raczej partnerstwo z poszanowaniem własnych, kluczowych interesów oraz współpracę w obszarach wymagających wspólnego zaangażowania potęgi amerykańskiej i chińskiej. Ludzie ostrożni, rekrutujący się z obozu realistycznego myślenia o polityce, mogą postawić pytanie, na ile ta konfucjańska perspektywa jest czymś autentycznym, a na ile zasłoną dymną, mającą uśpić czujność USA, póki Chiny nie będą gotowe do generalnej rozprawy. Pełnię gotowości chińska armia ma uzyskać w 2027 r.

Prezentujemy fragmenty artykułu, który ukazał się w witrynie internetowej Responsible Statecraft 4 listopada 2024 r. Z całością można się zapoznać pod adresem: responsiblestatecraft.org/us-china-competition/. Autor uzyskał doktorat ze stosunków międzynarodowych na London School of Economics and Political Science. W 2020 r. wraz z Richardem Nedem Lebowem opublikował pracę „Taming Sino-American Rivalry”. Obecnie – jako profesor wizytujący w Paul Tsai China Center w Yale Law School – pracuje nad nową książką o rywalizacji USA-Chiny. Łączy ona klasyczną chińską myśl polityczną ze współczesnymi zachodnimi teoriami stosunków międzynarodowych i ma pomóc w wypracowaniu nowych rozwiązań kluczowych kwestii definiujących stosunki amerykańsko-chińskie w Azji.

 

Pod wpływem opublikowanego w „Foreign Affairs” eseju prezentującego „teorię zwycięstwa” nad Chinami (artykuł autorstwa Matta Pottingera i Mike’a Gallaghera „No Substitute for Victory” ukazał się w kwietniu 2024 r., www.foreignaffairs.com/united-states/no-substitute-victory-pottinger-gallagher – przyp. P.K.) wielu prominentnych amerykańskich analityków przyłączyło się do debaty o tym, czy Ameryka potrzebuje „teorii zwycięstwa” w rywalizacji z Chinami. Niedawny raport Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (www.csis.org/analysis/defining-success-does-united-states-need-end-state-its-china-policy – przyp. P.K.), który (…) ukazuje zróżnicowane poglądy specjalistów ze Stanów Zjednoczonych, Azji i Europy, określa zasadnicze kwestie w debacie o zmaganiach między Ameryką a Chinami. Choć szeroko zakrojona, pomija ta dyskusja jeden kluczowy aspekt – zbadanie samego pojęcia rywalizacji. Jest to o tyle problematyczne, że różne koncepcje rywalizacji kształtują odmienne jej strategie. Skutkiem „strategicznej rywalizacji”, koncepcji administracji prezydenta Trumpa, była konfrontacyjna polityka wobec Chin. Propozycja administracji Bidena, „zarządzanej rywalizacji”, zbudowała stabilniejsze, lecz wciąż napięte relacje. Dzieje się tak, ponieważ strategia jest ze swojej istoty interaktywna. Rywalizacyjna strategia Waszyngtonu wpływa na percepcję i odpowiedzi Chin.

Pekin ze swej strony niechętnie używa słowa rywalizacja do scharakteryzowania stosunków między państwami. Chińscy urzędnicy próbują zmienić jego sens, dodając przymiotniki pozytywna lub zdrowa. Jednak muszą jeszcze przedstawić teorię – albo chociaż konkretne wskazania polityczne – określające „pozytywną rywalizację”. Gdyby Konfucjusz włączył się w tę debatę, przyczyniłby się do znaczącego jej poszerzenia, gdyż pokazałby radykalnie odmienną koncepcję rywalizacji. Byłaby to idea „budującej rywalizacji” (junzi zhi zheng)

Wstęp, wybór i przekład Piotr Kimla

Tytuł pochodzi od tłumacza

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kłótnia to kwestia czasu

Elon Musk i Donald Trump chcą zmienić nie tylko Amerykę, ale i świat – każdy w inny sposób

44 mld dol., które założyciel Tesli i SpaceX wydał na zakup Twittera, później przemianowanego na X, okazały się najlepiej zainwestowanymi pieniędzmi na kampanię wyborczą w historii nie tylko amerykańskiej polityki. Oczywiście nie był to bezpośredni datek na konto komitetu Trumpa. W takiej formie Elon Musk przekazał Donaldowi Trumpowi 277 mln dol., a więc ułamek kwoty wydanej na przejęcie platformy społecznościowej. Nikt jednak nie powinien się łudzić, że tamta transakcja była – jak często mówi sam Musk – heroicznym i altruistycznym aktem obrony wolności słowa w internecie. Miliarder zapragnął po prostu mieć własne medium. Częściowo dlatego, że inni miliarderzy, w tym jego największy konkurent Jeff Bezos, też własne media mają. Muska jednak nigdy nie interesowały tradycyjne formaty, ani w biznesie, ani w innych obszarach życia. Dlatego nie kupił sobie „New York Timesa” czy innej redakcji z głównego nurtu jak Bezos, który w 2013 r. przejął „Washington Post”. Musk wziął sobie Twittera, bo chce bezpośrednio komunikować się z fanami. Co zresztą robi – na X śledzi go 200 mln osób. Od marca ub.r. jest najpopularniejszym użytkownikiem tej platformy, przegonił wtedy Baracka Obamę. I prawie za każdym razem, kiedy coś napisze, zwłaszcza o polityce, w przestrzeni publicznej wybucha awantura.

Włączenie go przez Trumpa do struktur rządowych – choć to nie do końca tradycyjna nominacja – jest bodaj najszerzej komentowaną decyzją personalną odnośnie do nowej administracji. Casey Michel, amerykański dziennikarz i analityk Human Rights Foundation, zawodowo zajmujący się korupcją oraz oligarchizacją krajów demokratycznych, w portalu New Republic nazwał działania Trumpa „szczytem kleptokracji”. Podobnie o amerykańskiej rzeczywistości powyborczej pisze Martin Wolf, główny komentator ekonomiczny „Financial Timesa”.

Działanie poza strukturami

Trudno nie przyznać im racji, bo relacja Muska z Trumpem to klasyczny przykład kupowania sobie wpływów politycznych. Po nowym roku założyciel Tesli ma zostać współprzewodniczącym tzw. DOGE – komisji ds. weryfikacji wydajności rządu federalnego. Jak zauważa Casey Michel, już na tym etapie widać spory paradoks, zaprzeczający idei demokracji. Oto prezydent, całkowicie omijając proces akceptacji kandydatów przez Kongres, powołuje przedstawiciela sektora prywatnego na stanowisko nadrzędne wobec władz podlegających nadzorowi społecznemu. Krótko mówiąc, człowiek bez demokratycznej legitymizacji, w żaden sposób niepodlegający wyborcom, będzie kontrolował, czy urzędnicy z taką właśnie legitymizacją nie przepuszczają publicznych pieniędzy. Trudno mówić w tych warunkach o demokracji, jeśli realną władzę sprawuje satrapa.

W obliczu tych zależności fakt, że nowa instytucja zajmująca się wydajnością rządu musi być prowadzona nie przez jedną, ale przez dwie osoby naraz (oprócz Muska będzie to inny inwestor o konserwatywnych poglądach, Vivek Ramaswamy), jest już tylko nieśmiesznym żartem.

W tej chwili wydaje się, że Trump pokłada ogromne nadzieje w Musku i całym DOGE. Nie jest jednak pewne, czy twórcy nowej jednostki będą w stanie je spełnić, także z prawnego punktu widzenia. Komisja, choć w oficjalnej nazwie ma słowo departament, jak wszystkie amerykańskie ministerstwa federalne, tak naprawdę departamentem nie będzie. Do powołania takich jednostek potrzeba zgody Kongresu. A nawet przy kontroli Senatu i Izby Reprezentantów przez republikanów spod znaku MAGA nie jest powiedziane, że Trump

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.