Tag "Donald Trump"

Powrót na stronę główną
Kraj Wywiady

Finis Europae?

Największe zagrożenie dla Starego Kontynentu to rosnący konflikt USA z Chinami

Prof. Andrzej Karpiński – były zastępca przewodniczącego Komisji Planowania przy Radzie Ministrów, a potem sekretarz naukowy Komitetu Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium PAN. Staraniem „Przeglądu” ukazały się wspomnienia profesora „Jak ja to widziałem”.

Czy Europejczycy zdają sobie sprawę z gwałtownie rosnących zagrożeń dla przyszłości ich kontynentu?
– Europejczycy – opinia publiczna, a i większość polityków – nie zdają sobie sprawy z wagi zagrożeń dla pozycji Europy w świecie, dla jej przyszłości w najbliższych 30-40 latach. Nigdy dotąd, może od XIII w. i najazdów ze Wschodu, Europa nie stała wobec tak wielkich zagrożeń. Nie przypadkiem w „The Economist” przy omawianiu tego problemu obok słowa niebezpieczeństwo po raz pierwszy pojawiła się ocena „mortal” – śmiertelne.

Europa traci znaczenie, bo znalazła się między USA a Chinami?
– Rzeczywiście z politycznych czarnych chmur zbierających się nad Europą za największą uważam coraz silniejszy konflikt pomiędzy USA a Chinami. W przeszłości nigdy ani USA, ani Chiny nie były zagrożeniem dla Europy. Teraz mogą nim się stać w związku z wyborem Trumpa oraz kontynuowaniem obecnej polityki Chin. Europa nie jest w stanie uniknąć uczestnictwa w tym konflikcie w jakiejś formie, a tym bardziej jego konsekwencji dla gospodarki. Niewątpliwie zaangażowanie się Ameryki w ten konflikt będzie prowadzić do zmniejszenia jej zainteresowania problemami Starego Kontynentu. W tej sytuacji niemałe znaczenie będzie miał sposób podejmowania decyzji. Czy będą zapadały na szczeblu całej Unii Europejskiej jako równorzędnego partnera, jednego z pięciu głównych podmiotów gospodarki światowej, obok USA, Chin, Indii i Rosji, czy też będą one wynikiem bezpośrednich negocjacji Ameryki z poszczególnymi krajami Unii. Bo to może być dla Unii mniej korzystne. Mogłoby bowiem zaangażować jej środki i zasoby potrzebne do wspólnych własnych inwestycji w Europie.

Co ten konflikt oznacza dla Europy?
– Nieuchronną i bezpośrednią konsekwencją zmian w układzie sił w świecie jest konieczność budowy własnego przemysłu zbrojeniowego Europy i tym samym zwiększenia zdolności do obrony. Wybór Trumpa w zasadniczy sposób wzmacnia tę potrzebę.

Jakie są główne zagrożenia gospodarcze dla Europy?
– „The Economist” wyróżnia trzy zagrożenia o największym znaczeniu i nazywa je potrójnym szokiem. W jego ocenie to: 1) koniec dostępu Europy do taniej energii; 2) konieczność przebudowy całego jej transportu na inny napęd niż benzynowy; 3) przejście USA do polityki aktywnego oddziaływania państwa na rozwój własnej gospodarki i przemysłu, nazwanego neointerwencjonizmem, co utrudni ekspansję Europy na tym rynku. Jeżeli Unia nie znajdzie korzystnych rozwiązań dla każdej z tych trzech kwestii, to znacznie osłabi wciąż jeszcze mocną pozycję Europy w przemyśle i gospodarce światowej.

Prześledźmy ten potrójny szok. Zacznijmy od dostępu do taniej energii.
– Wzrost kosztów energii, głównego czynnika napędowego rozwoju gospodarki, może utrudnić lub nawet spowolnić rozwój przemysłowy Europy. Dotychczasowa strategia pozyskiwania taniej energii z Rosji i krajów tego regionu, pochodzącej z eksploatacji węgla, ropy i gazu, nie może już być kontynuowana, z przyczyn politycznych i ekonomicznych. Przechodzi do bezpowrotnej przeszłości. Utratę dostępu do tanich źródeł energii może w jakimś stopniu zastąpić rozwój energetyki odnawialnej, zwłaszcza energii wiatrowej. To już czyni Ameryka, która zakłada, że udział tej ostatniej w produkcji energii elektrycznej zwiększy się w 2035 r. do 50% zapotrzebowania. W USA za szczególnie atrakcyjną uznaje się lokalizację elektrowni wiatrowych w strefie przybrzeżnej na morzu.

Elektrownie wiatrowe nie rozwiążą chyba w przyszłości problemu ciągłości dostaw.
– Dlatego w Ameryce bardzo stawia się na postęp badań w nauce nad atomem, a także nad

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Karnowski na kolanach przed prezesem

Jacek Karnowski z „Sieci” jednym tekstem znokautował armię lizusów, którzy wytrwale i od lat schlebiali prezesowi Kaczyńskiemu. Przebił wszystkich. Zaczął od pochwał pod adresem Trumpa: „Wykazał się wspaniałą odpornością, wytrwałością, dzielnością”. Te słowa potrzebne mu były do napisania o Jarosławie Kaczyńskim i „jego nieprawdopodobnej determinacji, woli walki, skupieniu na celu, politycznym talencie itd.”. Karnowski kończy swoją laudację niepowtarzalną perełką: „Polityczne sukcesy prezesa PiS są znacznie większe niż sukcesy 47. prezydenta USA”. To prawda. Ale w liczbie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Latynoski listek figowy

Marco Rubio zostanie nowym sekretarzem stanu USA. I wygląda na to, że będzie po prostu figurantem

„Nie dajcie się zwieść. Wszyscy macie rodziny, przyjaciół. Rozmawiajcie z nimi. Nie dajcie im zagłosować na oszusta” – tymi słowami w lutym 2016 r., na wiecu kampanijnym, republikański senator z Florydy Marco Rubio próbował namówić wyborców, by poparli go w walce o nominację prezydencką. A dokładniej, żeby poparli jego, a nie Donalda Trumpa. Innym razem zwrócił uwagę, że przyszły prezydent „ma małe dłonie”, co wszyscy, z Trumpem na czele, odebrali jako aluzję seksualną. Po drodze była jeszcze seria mniej lub bardziej krytycznych komentarzy pod adresem rywala i wytykanie mu niekompetencji. To jednak rzeczywistość sprzed ponad ośmiu lat – w dzisiejszej polityce cała epoka. Wtedy Rubio, polityk wciąż młody, ale już rozpoznawalny, zasłużony dla Partii Republikańskiej, o sprecyzowanych, czasami ostrych jak brzytwa poglądach, naprawdę wierzył, że to on będzie rywalem Hillary Clinton w walce o prezydenturę.

Ani w 2016 r., ani nigdy potem to marzenie się nie ziściło, a jego pozycja na scenie politycznej, zamiast się wzmacniać, słabła. Głównie dlatego, że Rubia można nie lubić, można się z nim nie zgadzać, ale trzeba mu oddać, że jest bliższy tradycyjnemu postrzeganiu republikanizmu, zwłaszcza pod względem funkcjonowania samej partii i działania administracji federalnej. To nie jest antysystemowy radykał z ruchu MAGA ani kleptokrata chcący przekuć pieniądze we władzę. To po prostu konserwatysta, co w bieżącym układzie sił za oceanem tylko komplikuje sytuację.

Ostatnia szansa na karierę

Od wejścia Trumpa do głównego nurtu polityki minęła już dekada i z pełną odpowiedzialnością trzeba stwierdzić, że zmienił on Partię Republikańską na dobre. Powrotu do tego, co Martin Wolf z „Financial Timesa” niedawno nazwał „republikanizmem z werandy klubu dla gentlemanów”, już nie ma i nie będzie. Politycy tacy jak Mitt Romney, Liz Cheney czy nawet George W. Bush w dzisiejszej GOP już by się nie odnaleźli. Zresztą GOP pod rządami Trumpa ich nie chce. Dzisiaj ugrupowanie to przechodzi fazę jednowładztwa, w której dominuje pomysł wysadzania instytucji w powietrze zamiast zarządzania nimi – w czym właśnie Romney albo John McCain byli akurat całkiem nieźli.

Rubio, wywodzący się raczej ze starej szkoły, musiał być tego świadom.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Czemu prawica się cieszy?

Kłamstwo jest zawsze pierwsze. „Imigranci w Springfield zjadają wasze psy i koty!”, oświadczył w debacie prezydenckiej Donald Trump. A popierający Trumpa Elon Musk wyświetlał w dwóch stanach USA dwa wzajemnie wykluczające się sądy: w Pensylwanii, że „Kamala popiera Arabów”, w Michigan, że „Kamala popiera Izrael”. Wszystkie te kłamstwa – czy to opierające się na plotce, czy produkowane z cynizmem – wyborcom Trumpa nie przeszkadzały. A Trumpowi się opłaciły.

W roku 1974 prezydent Richard Nixon został zmuszony do ustąpienia w konsekwencji afery Watergate. Dziś poważniejsze zarzuty ciążące na Trumpie nie stanęły mu na drodze do zwycięstwa. I prawdopodobnie nigdy nie będą osądzone. Jak bowiem rozmyła się granica między prawdą a kłamstwem, tak przestała ona istnieć między cnotą a występkiem.

Kłamstwo w ustroju demokratycznym było zawsze. Istniało też w nim nadużywanie władzy. Ale demokratyczny polityk miał naprzeciw siebie prasę, ta zaś sytuowała się między poszukiwaniem sensacji a szacunkiem dla wiarygodności, między – mówiąc umownie – newsem, że „człowiek ugryzł psa”, a deklaracją: „Podajemy wiadomości dobre i złe, ale zawsze prawdziwe”. Dziś, wobec zalewu informacji w internecie, wobec treści, za które często nikt nie odpowiada, rozróżnienie „prawda czy fałsz” jest trudne. Żyjemy w czasach postprawdy, a wobec fałszu bywamy bezbronni. Tym bardziej że o atrakcyjności decyduje tak często tylko klikalność. Jednakże świat bez prawdy musiał się stać światem bez zasad.

Wszystko to znamy także z polskiego podwórka. Pamiętamy hasło „Polska w ruinie”, które niegdyś utorowało PiS drogę do władzy. Pamiętamy insynuacje: „kondominium rosyjsko-niemieckie”, „zakamuflowana opcja niemiecka”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Prawica kocha Trumpa. Za wszystko

PiS jest serwilistycznie nastawione do Ameryki i nie wyobraża sobie innej polityki niż służenie USA

Mamy prawicę rozgrzaną do czerwoności. Dosłownie. W Sejmie posłowie PiS założyli czerwone czapeczki z hasłem wyborczym republikanów „Make America Great Again”, wstali z miejsc i skandowali: „Donald Trump! Donald Trump!”. Nigdy wcześniej w polskim parlamencie nie widzieliśmy takich scen, takiej manifestacji, nie wykrzykiwano nazwiska zwycięzcy wyborów w innym kraju. Euforia była powszechna.

„Cieszymy się ze zwycięstwa Donalda Trumpa. Sądzę, że to jest powszechne w naszej partii”, mówił Jarosław Kaczyński. Radość tę prezes PiS mógł śmiało rozciągnąć na resztę prawicy.

Najwierniejszy z wiernych

Konfederacja wypuściła okolicznościowy klip, w którym możemy usłyszeć: „Donald Trump wraca do Białego Domu. Pokonał Kamalę Harris, chociaż miał przeciwko sobie siły zła, stronnicze media, cenzurę, międzynarodowe korporacje, celebrytów i aparat państwa. Ta walka niemal kosztowała go życie, ale Trump się nie poddał. Wstał i zagrzewał ludzi dobrej woli do walki przeciwko rewolucji kulturowej, cywilizacji śmierci, masowej imigracji i ekoterroryzmowi”. Końcówka klipu zachęcała do działania: „Ciężką pracą i determinacją można osiągnąć rzeczy wielkie i zmieniać rzeczywistość. Wkrótce wybory prezydenckie odbędą się także w Polsce. Nie pozwólmy wmówić sobie, że ich wynik jest już przesądzony. Nigdy się nie poddawajmy, niemożliwe nie istnieje”.

Cieszyli się też przedstawiciele ugrupowań mniejszych. Jarosław Sachajko z trzyosobowego koła Wolni Republikanie wszedł na mównicę sejmową, by pogratulować Donaldowi Trumpowi zwycięstwa w wyborach.

Ale i tak wszystkich przebił Andrzej Duda. „Chciałem moim rodakom przekazać najlepsze życzenia od pana prezydenta elekta USA Donalda Trumpa. Dosłownie przed chwilą rozmawiałem z panem prezydentem. Dzwonił, by złożyć życzenia w związku z naszym Świętem Niepodległości – powiedział prezydent w poniedziałek, 11 listopada, przed wylotem do Azerbejdżanu. I dodał: – Osobiście pogratulowałem mu zwycięstwa wyborczego. Rozmawialiśmy wstępnie o najważniejszych tematach”.

Duda pochwalił się, że zaproponował Trumpowi spotkanie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Nasze lokalne Trumpiki

Nie słabną skrajne oceny ani wielkie emocje po amerykańskich wyborach. Radość polskiej prawicy z wyboru Trumpa można porównać do zachowania karpi cieszących się z nadchodzącej Wigilii. A próby budowania pod Trumpa kampanii prezydenckiej potwierdzają tylko bezradność i hipokryzję polityków. Podobnie jak fałszywe i mylące są nazwy partii, począwszy od monopartii Kaczyńskiego Prawo i Sprawiedliwość, a na Wiośnie Biedronia kończąc, także znak równości między tym, co według słownika znaczą słowa prawica i konserwatyzm, a tym, co ze sobą niesie Trump, jest wręcz modelowym oszustwem.

Od patologicznego kłamcy Macierewicza zarażają się kolejni politycy. I nawet gdy on trafi tam, gdzie powinien, odpokutować winy za zdemolowanie armii i szaleństwa wyprawiane nad ofiarami katastrofy pod Smoleńskiem, będzie miał naśladowców. Nie brakuje przecież cyników, którzy będą nieśli w lud kolejne wersje historii o zamachu. Takie są te nasze lokalne Trumpiki. Zapatrzeni w niego jak w święty obrazek. Jakże musi im imponować. Bogactwem i bezczelnością. Rozwodami i aferami seksualnymi. Trump pokazał, że skromna wiedza i lewe interesy nie są przeszkodą w marszu po Biały Dom. Nie dostałby się tam jednak, gdyby nie postawa liderów Partii Demokratycznej. To, co robili przez ostatnie dwa lata, to gotowa recepta na przegranie każdych wyborów. Nawet z kimś takim jak Trump.

W Polsce po tych wyborach zaczęto pilniej obserwować sytuację tych grup społecznych, które w Stanach poparły Trumpa. Dlaczego miliony biednych zagłosowały na miliardera? A na kogo mieli? Jaki program miała dla nich Kamala Harris? Poparły ją te grupy społeczne, do których trafiała z sensowną ofertą.

Ciągle nie widzę takich pomysłów koalicji rządowej, które miałyby trafić do części elektoratu PiS. Żelazny elektorat tylko wtedy jest żelazny, gdy partia zabezpiecza jego interesy. Przede wszystkim te ekonomiczne, bytowe. I nie grzebie mu drągiem w świecie wyznawanych przez niego wartości. Czy tak trudno to pojąć? Może wydrukujemy mapkę z miejscami, w których poparcie dla partii Kaczyńskiego przekroczyło 35%, i pojadą tam politycy koalicji? Nie raz, ale co miesiąc. Do skutku. Aż lokalne problemy zostaną choć w połowie załatwione.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Media

Pięknoduch z bejsbolem

Nie musisz się interesować polityką, ale na pewno polityka zainteresuje się tobą

To stare powiedzenie winno budzić pięknoduchów, którzy, jak to śpiewał Młynarski, chcieliby „Pszczele mleczko duszkiem pić / I po mieście hasać”. Przyznam, że i ja, i duża część redakcji magazynu „Kraków i Świat” do takich pięknoduchów należy. Och, czytać poezje Ewy Lipskiej i chodzić do Teatru STU. Tyle że gdy dopadła nas polityka, zostaliśmy ze swoimi wyrafinowanymi smakami jak Himilsbach z angielskim. Bo przez osiem lat pałkarze z Nowogrodzkiej glajchszaltowali kulturę: musiała być katolicka w formie i narodowa w treści.

Lecz jest jeszcze gorszy przejaw pięknoduchostwa – wciskanie go w świat polityki.

Na przykład nie brakowało opinii, że Trump nie ma szans z Kamalą, bo ona jest miła. Ale przecież to już Franklin Delano Roosevelt, gdy w trakcie kampanii usłyszał, że mądry człowiek na pewno na niego zagłosuje, zaripostował: „To za mało. Potrzebuję poparcia 51% wyborców”. Dziś w Polsce trwa debata, kto z koalicji będzie prezydentem RP. Ba, przeczytałem apel pięknoduchów, że będzie im równie dobrze z prezydentem Trzaskowskim, jak i prezydentem Sikorskim.

Halo, czy jest na sali lekarz? Bo zamki na piasku to pięknoduchostwo najgorsze. Nie potrafimy wprowadzać zmian w zdewastowanym państwie, bo wszystko blokuje nieduży geniusz ziemi małopolskiej, Andrzej Sebastian. A my już wiemy, że wygramy, i jedynym problemem jest to, czy przyszły kandydat pozyska życzliwość nowego prezydenta USA! Wygląda na to, że niektórzy pozamieniali się na mózgi z papugą kakadu i potrafią tylko bezmyślnie potakiwać Większemu Bratu. A może najpierw się zastanówmy, co mamy do zaproponowania? Jak skłonić już dziś rozczarowanych wyborców wolnościowych, aby jutro w ogóle wzięli udział w wyborach?

Dla jasności: Trzaskowski to w stu procentach mój światopogląd. Ale to Sikorski daje nadzieję (niedużą) na ewentualne zwycięstwo. Może dlatego, że nie jest ładny i sympatyczny. Bo kampania Trumpa nauczyła nas jednego – idzie czas większej polaryzacji, negatywnych emocji i bejsbola. Do kosza z mrzonkami o przemarszu środkiem polskiej drogi i o kandydacie łączącym – te czasy skończyły się wraz z chwilą, gdy brat zabił brata (i nie ma tu żadnych aluzji do 10 kwietnia).

Oni wystawią – bo łakną wojny – pana Czarnkopodobnego i będzie się liczyła tylko bezwzględna walka na noże. Tak, to fatalne. I mamy na to wpływ jak na tornado. Jedyne co, to trzeba liczyć, że po katastrofie szybko odbudujemy kraj.

Jako ludzie kultury i mediów deklarujemy w winiecie magazynu „Kraków i Świat”, że kultura ma być otwarta, ale przede wszystkim bezpartyjna. Co nie znaczy – obojętna. Na szczęście konstytucja nie wymusza kochania przeciwników. Nie. Różnimy się i to jest piękne. Ba, mamy prawo do mocnych emocji: miłości, a nawet nienawiści (w granicach prawa).

Jeśli też tak uważacie, zaprenumerujcie magazyn „Kraków i Świat”. Pierwszy nowo-stary numer ukaże się 20 stycznia 2025 r. Ci, którzy do 30 grudnia wpłacą 300 zł na przedpłatę prenumeraty, otrzymają dodatkowo piękną krakowską, dziękczynną grafikę autorstwa Beaty Malinowskiej-Petelenz.

Zerknijcie więc na www.PanaceumStudio.pl. A na wszelki wypadek: Bereś Media sp. z o.o., nr konta: 38 1240 4575 1111 0011 3361 8881, z dopiskiem „redakcja Kraków i Świat”.

Mamy obowiązek okazywać swój światopogląd. Za różnymi wartościami demokratycznymi. Ale zawsze przeciwko łajdactwom autorytaryzmu.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Trump w Białym Domu

Chyba jeszcze nigdy Polacy nie byli tak przejęci wyborami prezydenckimi w USA. Nawet przed czterema laty, gdy Donald Trump przegrał z Joem Bidenem, zainteresowanie amerykańskimi wyborami było w Polsce mniejsze, a dopiero szturm na Kapitol w wykonaniu zwolenników przegranego wówczas Trumpa pokazał, że w polityce amerykańskiej coś się skończyło, nastaje nowa, niebezpieczna epoka, której twarzą jest właśnie Donald Trump. Stąd to rozemocjonowanie ostatnimi wyborami. Ale mamy je już za sobą.

Dla zwolenników Trumpa w Polsce, skupionych głównie wokół konserwatywnej prawicy, nic zupełnie nie znaczy to, że jest on rozwodnikiem, rozpustnikiem i oszustem podatkowym. Nawiasem mówiąc, te akurat cechy nie odróżniają wielu prominentnych polityków polskiej konserwatywnej – jak sami deklarują – prawicy od prezydenta elekta Stanów Zjednoczonych Ameryki. No, może jeszcze takiego jak on majątku nie udało im się zrobić. Mniejsza z tym. Jakikolwiek by ten Trump był, przez cztery najbliższe lata sprawować będzie urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Prezydenta największej potęgi militarnej i gospodarczej świata, najpotężniejszego członka NATO

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Trumpie, ufam tobie

Nikt na polskiej prawicy nie budzi takiego zachwytu

„Mój Ty kochany Donaldzie, Jeźdźcu Bez Trzymanki i Jeźdźcu Bez Głowy, pomarańczowy populisto, wariacie, megalomanie i trybunie ludowy. To będą cztery piękne lata”, zapowiadał jeden z prawicowych publicystów tydzień przed wyborami w USA. Czy trzeba więcej? W kwestii amerykańskich wyborów prawicowe media zaprezentowały wielki zestaw namiętności, nadziei i strachów. Warto było to przeczytać, żeby lepiej zrozumieć ślepą miłość polskiej prawicy.

Zacznijmy jednak nie od miłości, lecz od nienawiści. Prawicowe media bardzo chętnie podkreślały te fragmenty wystąpień Donalda Trumpa, w których padały stwierdzenia antyunijne. Serwis wPolityce.pl przywołuje fragment jego przemowy w stanie Michigan, z zarzutami, że Unia Europejska wykorzystuje USA w stosunkach handlowych: „W wielu przypadkach nasi najwięksi wrogowie to nasi tzw. przyjaciele. Wiecie, nasi przyjaciele, Unia Europejska potężnie nas wykorzystuje”. W tym samym artykule przytaczane były też wypowiedzi członków amerykańskiej Polonii o wspieraniu Trumpa. Powody? James jest przeciwko „globalizmowi”, Maureen uważa, że za Trumpa „ludziom żyło się lepiej, a gospodarka aż huczała”. Z kolei Susan twierdzi, że Biden z Harris kupują głosy, wpuszczając do kraju nielegalnych imigrantów.

To nie koniec promowania „świetnych relacji” Trumpa z Polakami. TV Republika postanowiła miesiąc przed wyborami przeprowadzić wywiad z kandydatem na amerykańskiego prezydenta. „Polacy mnie kochają, a ja kocham Polaków. Żaden amerykański prezydent nie zrobił więcej dla Polaków niż ja”, mówił na antenie Trump, dodając: „Mam nadzieję, że (Polacy) pójdą na wybory i zagłosują na mnie, bo druga strona (Partia Demokratyczna) nie lubi Polaków; nie lubią religii, nic im się nie podoba”.

Czy te zaklęcia były skuteczne? W wahającym się stanie Pensylwania, w hrabstwie Bucks nazywanym amerykańską Częstochową, głosy Polonii rozłożyły się w stosunku 70% Trump i 30% Harris. Reszta niepolonijnego elektoratu głosowała prawie po równo, dając niewielką przewagę Trumpowi (51%). Czyli jedno hrabstwo Polonia Trumpowi dała, co pozwoliło szefowi „Gazety Polskiej” Tomaszowi Sakiewiczowi obwieścić, że to głosy Polonii przeważyły w amerykańskich wyborach. A te głosy to efekt „pracy” TV Republika i „Gazety Polskiej”, nawołujących do głosowania na kandydata republikanów. No to już wiemy, komu Trump zawdzięcza wygraną.

Siedział tuż za Trumpem

„To dopiero obrazki! Dominik Tarczyński wziął udział w wiecu kampanijnym Donalda Trumpa w Salem w Wirginii. Co więcej, europosła PiS można było zobaczyć na kadrach z tego wydarzenia, wśród publiczności… za przemawiającym kandydatem republikanów!”, entuzjazmował się portal wPolityce.pl.

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Niezrównane lęki

Zło wieszczyłem przed szkodą, teraz nie mam ochoty dołączać do chóru jęczących wujów – dość mi powiedzieć, że wygrana Trumpa wygląda na początek końca świata, ale świat już się zaczynał kończyć wielokrotnie, a mimo to dzieło globalnego zniszczenia wciąż się nie dokonało. Na nasze szczęście apokalipsa wyraźnie prokrastynuje. Nawet naczelna rodzinna pesymistka tym razem twierdzi, że przecież już raz go przetrwaliśmy, a „Amerykanie są głupi, ale to nie nasz kłopot”. To jednak dość niewyraźne egzorcyzmowanie lęku, bo trumpowski elektorat tak samo myśli o nas – „Europa to nie nasz kłopot” – a jeśli tym głosem ludu przemówi prezydent USA, to w kłopotach możemy się znaleźć. Jednakowoż ośmiolatka rządów Srawa i Prawiedliwości dała się Polsce we znaki bezpośrednio dokuczliwie, a mimo to potrafiliśmy z siebie strząsnąć tę gadzinę – może zatem zwycięstwo starego durnia za oceanem tak łatwo nas z nóg nie zetnie.

Wyposzczona polska prawica ma swój mały orgazm, pisłowie i konfederaci hucznie pokrzykują na Wiejskiej, Andrzejek wyrywnie składa gratulacje – ale to dla nich tylko nagroda pocieszenia, Trump nie może stosować prawa łaski w Rzeczypospolitej, dudni licznik dni Dudy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.