Chiny chcą być numerem 1 w świecie

Chiny chcą być numerem 1 w świecie

To jest kontynent i cywilizacja, a nie zwykły kraj

Prof. Bogdan Góralczyk – politolog i sinolog, były dyplomata, profesor i dyrektor Centrum Europejskiego UW. Właśnie wydał obszerny tom „Wielki renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje” – na 40-lecie chińskich reform, zapoczątkowanych w grudniu 1978 r.

Dlaczego Chińczykom się udało?
– Chińczykom jeszcze się nie udało. Chińczykom może się udać. Obecna władza, tzw. piąta generacja z Xi Jinpingiem, wyszła z wielkimi, ambitnymi planami, wewnątrz i na zewnątrz Chin. I jeśli chodzi o te na zewnątrz, to one już wywołały wstrząsy i turbulencje w postaci tego, że Amerykanie zrozumieli, że wyrasta pretendent, który chce ich wyrzucić z pozycji numer 1 na świecie. Obecne władze w Pekinie więc przeszarżowały. Zbyt szybko ujawniły światu swoje zamiary.

A Deng Xiaoping ostrzegał właśnie przed tym. W swoim testamencie 24 znaków nakazywał m.in. zachowywać ostrożność i nie wywyższać się, nie usiłować być liderem, ukrywać własne możliwości i zamiary…
– Odrzucenie spuścizny Denga przyszło, jeśli chodzi o arenę zewnętrzną, zbyt wcześnie. Kiedy w listopadzie 2012 r. Xi Jinping doszedł do władzy, powiedział jedynie, że podpisuje się pod hasłem, które już wtedy było modne, szczególnie w kręgach wojskowych, że będzie chińskie marzenie, chiński sen. A po dwóch latach wypełnił je treścią. Nakreślił strategię państwa do 2021 r. – że do tego czasu Chiny mają się stać społeczeństwem umiarkowanego dobrobytu, czyli siłą napędową państwa ma być nie eksport, jak dotychczas, bo tanie Chiny już się skończyły, tylko kwitnąca i dobrze uposażona klasa średnia.

Której konsumpcja ma napędzać gospodarkę.
– To jest pierwszy cel na stulecie, tzn. stulecie rządzącej KPCh, czyli na 1 lipca 2021 r. Natomiast drugi cel na stulecie (kto w Polsce czy w Europie myśli takimi kategoriami!), ale tym razem ChRL, czyli na 1 października 2049 r., to wielki renesans narodu chińskiego, trzeci największy w dziejach. Do tych dwóch celów na stulecie Xi Jinping na ostatnim, XIX Zjeździe KPCh, w październiku 2017 r., dodał trzecią datę – rok 2035. Do tego czasu Chiny mają być społeczeństwem innowacyjnym. Problem polega na tym, że te cele wymagają zmiany modelu rozwojowego, który Chiny stosowały według testamentu Deng Xiaopinga po rozpadzie Związku Radzieckiego, od początków 1992 r.

Czyli?
– W tamtym czasie konsensus waszyngtoński (dokument będący podstawą poprawnie prowadzonej i zalecanej polityki gospodarczej USA, przedstawiony przez amerykańskiego ekonomistę Johna Williamsona pod koniec lat 80. XX w.; jest kanonem polityki gospodarczej Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego – przyp. red.) był dyktowany całemu światu. Prywatyzacja, państwo się wycofuje z gospodarki… U nas był to plan Balcerowicza, podobny przyjął Jelcyn. Chiny to odrzuciły, nie chciały dyktatu amerykańskiego, choć rozumiały, że reformowanie komunizmu nie jest już możliwe. Wobec tego Deng Xiaoping poradził, żeby naśladować cztery małe smoki, czyli Koreę Południową, Hongkong, Tajwan, a szczególnie Singapur.

Bo zaprzyjaźnił się z prezydentem Singapuru Lee Kuan-yew.
– Antykomunista z komunistą! A model państwa, który mu się spodobał, to wynaleziony przez Japończyków w latach 50. developmental state, państwo prorozwojowe. Czyli nie ma ważniejszego i bardziej uświęconego celu dla władz i administracji aniżeli walka o wzrost znaczenia gospodarczego państwa. To przyniosło niebywałe skutki. Chiny najpierw miały największe rezerwy walutowe na świecie, potem stały się największym państwem handlującym na świecie, a w roku 2014, licząc po kursie siły nabywczej, stały się najsilniejszą gospodarką świata, a nawet eksporterem kapitału. Niebywałe sukcesy!

Czas kolejnego zwrotu

Dlaczego więc Xi Jinping chce to zmieniać, modyfikować?
– Dlatego że kontynuacja tego modelu groziłaby wybuchem społecznym jeszcze większym niż ten na placu Tiananmen, ponieważ generował on, jak oni to nazywają, skutki uboczne. To znaczy ogromne rozwarstwienie społeczne – ono jest większe w Chinach niż w Stanach Zjednoczonych – uwłaszczenie nomenklatury, korupcję, totalne zniszczenie środowiska naturalnego i inne.

Co więc w Pekinie wymyślono? Jaki nowy model rozwoju?
– Oni na tak postawione pytanie odpowiadają, że nie mają żadnego modelu, żeby nie wzbudzać podejrzeń świata zewnętrznego. Ale jak człowiek się wkopie w ich materiały, a ja to zrobiłem, może ten model zrekonstruować. Zakłada on m.in., że klasa średnia ma być siłą napędową, a nie eksport, jak było dotychczas. Nadal będą to też inwestycje, ale w zieloną gospodarkę, a nie w infrastrukturę, no i ma być innowacyjne społeczeństwo itd. Przy czym problem polega na tym, że w trakcie wprowadzania tego modelu trzeba przejść najtrudniejszy z możliwych progów – od ilości do jakości.

A chcą przejść?
– Tak, ponieważ pretendują do bycia numerem 1 na świecie. Nie państwem numer 1, ale cywilizacją numer 1. Bo to jest kontynent i cywilizacja, a nie zwykły kraj. Ona chce wrócić do okresu świetności. Jeszcze przed wojnami opiumowymi, w roku 1829, Chiny dawały 32,8%, jedną trzecią, światowego PKB. Od czasów Chrystusa aż do XIX stulecia były numerem 1 na świecie, największą światową gospodarką. Z ich punktu widzenia ostatnie ponad 200 lat to aberracja, chwilowy odprysk.

Dwie wojny opiumowe, dwa powstania, tajpingów i bokserów, potem inwazja japońska, wojna domowa między Kuomintangiem a komunistami… W Chinach mówią o tym okresie: 100 lat narodowego poniżenia.
– Kiedy w 1948 r. Mao doszedł do władzy, Chiny wytwarzały już tylko 3,5% światowego PKB. Czyli dostały strasznego łupnia, więc wszyscy przywódcy chcieli wrócić do splendoru poprzedniej cywilizacji. Mao też. Tylko że zastosował rewolucyjne metody, które się nie sprawdziły.

A metody Deng Xiaopinga okazały się skuteczne.
– Przywróciły porządek rzeczy. Bo przecież w Chinach nawet kierunków jest pięć, a nie cztery. Wschód, zachód, północ, południe i jest środek. A w środku są Chiny. A nad nimi jest niebo, a pomiędzy niebem a Chinami jest cesarz. A kto do tego centrum nie należy, ten jest w kręgach barbarzyńców. Ci bliżsi barbarzyńcy płacą trybut, a ci dalsi się nie liczą. I już. To myślenie wraca. I jest w nim pewien element niebezpieczny z naszego punktu widzenia – poczucie wyższości kulturowej.

Zaczęło się dokładnie 40 lat temu

Rozmawiamy niemal w 40. rocznicę III Plenum KC KPCh, które zmieniło wszystko. W grudniu 1978 r. Deng Xiaoping przejmował władzę w Chinach. Czy miał już w głowie gotowy plan?
– W czasach rewolucji kulturalnej Deng Xiaopinga wysłano na kilka lat na wieś, do pracy. Wszystko sobie wtedy przemyślał. Miał czas, żeby zrozumieć, co się stało. A te 40 lat przyniosło rzeczy zupełnie niebywałe. Kiedy oni ruszali do reform, 83% społeczeństwa żyło na wsi. To była cywilizacja agrarna, chłopska i pod komunistycznym sztandarem. A dzisiaj jest to państwo zurbanizowane, 57% ludności żyje w miastach, docelowo, do 2030 r., ma to być 70%. Przeciętny roczny wzrost od grudnia 1978 r. do przyjścia piątej generacji przywódców wynosił 9,8% PKB rocznie. Przez ponad 30 lat! W sposób oczywisty w tym czasie zmieniło się położenie Chin na globie i zmieniła się mentalność Chińczyków. Jest zupełnie inne rozdanie.

Deng Xiaoping tuż przed przejęciem władzy był w Singapurze i zobaczył, co Chińczycy potrafią. Był też w Japonii.
– W Japonii przewieźli go shinkansenem. Podobało mu się, powiedział, że chciałby takie pociągi w Chinach. I proszę, w 2007 r. Chiny wprowadziły szybkie pociągi, w tej chwili mają 85% wszystkich szybkich pociągów na świecie. Łącznie z shinkansenem, pendolino i TGV. 85% światowych szybkich kolei jeździ w Chinach. To gdzie my jesteśmy?

Sam mam ochotę o to pana zapytać.
– Po pierwsze, mało kto rozumie, jaki jest ustrój polityczny w Chinach. Bo formalnie rzecz biorąc, to wypisz wymaluj PRL albo Związek Radziecki. Jest Komunistyczna Partia Chin, 88 mln członków, jest Komitet Centralny tej partii, ok. 370 osób. Jest Biuro Polityczne. Są czerwone sztandary, jest sierp i młot, a na zjeździe śpiewają „Międzynarodówkę”. Powiedzielibyśmy – przecież to jest realny socjalizm! Ale to są Chiny. W roku 1987 ówczesny sekretarz generalny KPCh Zhao Ziyang ogłosił… jaki ustrój? Socjalizm o chińskiej specyfice. Co to jest ta chińska specyfika? Co to znaczy? Trzeba wrócić do chińskiej tradycji, do yinyang. Pierwiastek męski i żeński, aktywny i bierny, ciemny i jasny. Socjalizm i kapitalizm. Razem tworzą jedność. U nas mówimy, że nie ma trzeciej drogi, a oni mówią: Paweł i Gaweł w jednym stali domu i zbudowali wielką przyszłość. I proszę teraz rozebrać, ile tam jest procent socjalizmu, a ile kapitalizmu! Mamy dekorację, realny socjalizm, ale w to wpakowano zasady czysto konfucjańskie, czyli merytokracji, pragmatyzmu.

Podobnie zrobiono, jeśli chodzi o system władzy.
– Żeby nie było jednego cesarza – jest zbiorowy cesarz. Siedmioosobowy Stały Komitet Biura Politycznego KPCh. I tych siedmiu ludzi decyduje o losach Chin. Następnie, w latach 90., kiedy upadł Związek Radziecki, wyłonił się problem: kto w Buckingham Palace czy w Białym Domu przyjmie sekretarza generalnego KPCh? Nikt. Dali mu więc drugi kapelusz – przewodniczącego ChRL. Czyli prezydenta Chin. A to już co innego, więc kiedy Xi Jinping składał oficjalną wizytę w Wielkiej Brytanii, spał w pałacu Buckingham, w łóżku, w którym książę Karol spędzał noc poślubną. I jeszcze trzeci kapelusz – kiedyś Mao powiedział, że władza z lufy karabinu się wywodzi, więc Xi jest jeszcze przewodniczącym komisji wojskowej przy KC KPCh, głównodowodzącym armią. Czyli ma armię, partię i jeszcze jest głową państwa. Ale tradycja chińska, konfucjanizm, merytokracja, zakłada, że przy dobrym cesarzu, a złym tym bardziej, stoi wierny wykonawca, główny administrator, czyli premier. On odpowiada za administrację, za gospodarkę, za reformy. Mamy więc tandemy: Jiang Zemin i Zhu Rongji, Hu Jintao i Wen Jiabao, Xi Jinping i Li Keqiang.

Jak działa ten zbiorowy, siedmioosobowy cesarz?
– Pomiędzy nimi jest równowaga sił, ale ich dyskusje, spory nie wydostają się na zewnątrz. Przypadkowo w tym gronie nie sposób się znaleźć. Trzeba wpierw mieć dwie albo trzy pełne kadencje na niższym szczeblu administracji, typu gubernator prowincji albo mer dużego miasta.

Prowincja Syczuan – 81 mln mieszkańców…
– Prowincje są jak duże kraje europejskie. Poza tym do Stałego Komitetu BP można wejść tylko na dwie pięcioletnie kadencje. I nie można wybierać starszych niż 68 lat.

Jest pokusa rządów jednej ręki

Ten układ rozbił Xi Jinping.
– Podyktował zbyt wiele planów, i na zewnątrz, i do wewnątrz, naruszył tyle interesów, m.in. rozwinął bezprecedensową kampanię antykorupcyjną, że jeżeli oddałby władzę, to po tygodniu zapewne sam by siedział. Wobec tego przedłużył ją do kilku kadencji. Tylko sobie, bo już nie pozostałym członkom tego zbiorowego cesarza. Stawiam twardą tezę: na krótką metę autorytaryzm może być skuteczny. Ale na długą – jest katastrofalny. Deng Xiaoping, który był ofiarą totalitarnych rządów Mao Zedonga, robił wszystko, żeby to nie wróciło. Jednak wraca. W Chinach znów jest coś, co Francis Fukuyama zdefiniował jako syndrom cesarza. Jest pokusa rządów jednej ręki.

Chiny mocno krytykują obecną zachodnią demokrację liberalną.
– Mówią, że to jest showdemokracja. Że wszystko poświęca dla widowiska.

I dlatego ten model ich nie interesuje?
– Prof. Zheng Yongnian to Chińczyk wychowany i wykształcony w ChRL, który od połowy lat 90. pracuje w Singapurze. Ma niezły dorobek w literaturze angielskiej, ale przez ostatnie kilka lat publikuje tylko książki w ChRL i tylko po chińsku. I ja je cytuję. Otóż Zheng Yongnian pisze, że chińska reforma odbywa się w trzech krokach. W pierwszym kroku, w latach 1978-2008, Chiny odbudowywały potęgę państwa. Drugi krok, do ok. 2035 r. – Chiny budują siłę nabywczą obywateli. Ale nie budują, broń Panie Boże, demokracji czy społeczeństwa obywatelskiego. I dopiero w trzecim etapie rozpoczną to, czego bezustannie domaga się Zachód. Czyli reformy polityczne, ale one też nie doprowadzą do liberalnej demokracji czy trójpodziału władzy. Będzie inaczej.

A ludzie co na to? Będą czekać?
– Agencja Pew przy Georgetown University w Waszyngtonie od początku tego tysiąclecia bada, jakie jest poparcie dla rządzących w poszczególnych państwach świata. W Europie często jest jednocyfrowe, poniżej 10%. A w Chinach non stop ponad 80%. Władza społeczeństwu się podoba. Klasa średnia jest dziś główną podporą partii rządzącej.

Choć ocenia się, że demonstracji i protestów jest w Chinach rocznie ok. 100 tys.
– Są dwie przyczyny, które wyprowadzają Chińczyków na ulice. Pierwsza to wywłaszczanie ich z ziemi, druga – zniszczenie środowiska naturalnego. A ono jest powszechne. W mleku w proszku dla niemowlaków znajdują się chemikalia, a w ziemi pierwiastki metali ciężkich! Dlatego na chiński rynek przebiła się Mlekovita. Jej mleko jest kilkakrotnie droższe od miejscowych, ale ludzie je kupują, bo wiedzą, że jest z Europy i że nie zawiera tych metali. A w Chinach nie ma nic cenniejszego niż dziecko, dobrze wykształcone, żeby było mu lepiej niż rodzicom.

Przypomina mi się konfucjańska maksyma: planujesz na rok – sadź ryż, planujesz na 10 lat – posadź drzewo, planujesz na 100 lat – kształć dzieci.
– To jest to! Stawiam tezę, że Chiny dzisiejsze są bardziej podobne do tych tradycyjnych, cesarskich, niż do maoistowskich. Mimo tych dekoracji ich esencja jest inna.

Jaka?
– Tam się toczą gorące debaty wewnętrzne, opisuję je i definiuję różne szkoły myślenia. W 99% toczą się one tylko po chińsku. Na angielski nikt tego nie tłumaczy. Są różne nurty myślenia. Pierwszy to marzyciele, chiński sen, dokopać Ameryce. Ten nurt jest szczególnie popularny w chińskiej armii, w bezpiece. Drugi – to esencjonaliści. Chiny są esencją, wracamy do korzeni i szukamy rozwiązań w wielkiej, niezgłębionej chińskiej tradycji. Bo przecież nie u Trumpa będą szukali. Już zresztą stwierdzili, że nawet Obama ze swoim doświadczeniem mógłby u nich zostać najwyżej szefem powiatu. Tak to wygląda, tak mówią! Kiedy więc jadę do Chin, pytają mnie, co będzie z moimi dziećmi, z moimi wnukami. Kto u nas myśli w takich kategoriach? A to jest jedna z ich przewag. Myślą zupełnie inaczej. Z tym że mają w swoim DNA zapisaną autokrację. To nigdy nie był system demokratyczny, przejrzysty. Ale przypadek Tajwanu dowodzi, że to może inaczej funkcjonować.

Mamy tam dwie partie wymieniające się u władzy.
– W Chinach bardziej podoba się Singapur. Bo niby pseudodemokracja, a tak naprawdę rządy jednej partii i jednego klanu. W latach 90. dorobiono do tego ideologię, że istnieje kodeks tzw. wartości azjatyckich. Że na Zachodzie najważniejsze są indywidualne wolności, swobody. A u nich ważniejsze są powinności wobec rodziny i wobec wielkiej rodziny, czyli państwa. Poczucie hierarchii, dyscypliny i swojego miejsca w szeregu. Okazuje się, że jeżeli to jest umiejętnie zarządzane, przez światłe, dobrze przygotowane elity, daje dobre skutki.

W co wierzą Chińczycy?

Wiemy już, że Chiny stoją przed największym od lat wyzwaniem. Jak to się skończy?
– Widzę trzy największe wyzwania przed Chinami. Pierwsze – rozjuszyły Amerykę, uświadomiły Amerykanom, że one chcą być numerem 1. A Stanom nie można powiedzieć, że są numerem 2, bo to koniec świata. Drugie wyzwanie to przejście z ilości do jakości, nie trzeba mówić, jakie to trudne i że musi być rozłożone na lata. I trzecie – czy uda się utrzymać w ryzach korupcję.

Od 20 lat czytam, że w Chinach z nią walczą.
– Korupcja może to państwo rozsadzić. Bo każdy, bez względu na to, jak jest wykształcony i jakie ma doświadczenie, ma pokusę nie tylko władzy, ale i pieniądza. Wykształciła się wielka warstwa superbogaczy. W Komitecie Centralnym KPCh jest więcej milionerów w amerykańskich dolarach niż w amerykańskim Kongresie. To już zostało policzone. A pierwsi milionerzy, zresztą wywodzący się z Hongkongu, na listach „Forbesa” pojawili się w 2004 r. To pokazuje tempo ekspansji. Dlatego Xi Jinping nie tyle chciał, ile musiał podjąć bezprecedensową kampanię antykorupcyjną. W jej ramach wsadził do więzienia na dożywocie szefa bezpieki w poprzedniej administracji. Nawet Mao Zedong nigdy nie odważył się ruszyć Kang Shenga, czyli swojego szefa tajnych służb. A Xi Jinping to zrobił, nie mówiąc o kilku najważniejszych generałach. Tu się odbywa walka na wielu frontach, bo te Chiny zbyt szybko się wzbogaciły.

A demografia? Chiny się starzeją. Starzejące się społeczeństwa nie myślą zaś o ekspansji.
– Napisałem, że Japonia się zmodernizowała, zanim się zestarzała, a Chiny już się starzeją, a jeszcze nie do końca się zmodernizowały. Ale korupcja jest ważniejsza. Dlatego że stoi za nią chaos myślowy i mentalny, pustka moralna. W komunizm nikt nie wierzy, konfucjanizm dopiero się odbudowuje, tak naprawdę po Tiananmen przyszła tylko wiara w pieniądz. Mamonizm. A okazuje się, że takiego kolosa na samych pieniądzach zbudować się nie da. Trzeba narodowi przy tak szybkich zmianach dać jakiś kościec, kodeks moralny. A to bardzo trudne.

Władza nie stawia na konfucjanizm?
– Stawia, bo jest poręczny, hierarchiczny, patriarchalny i autokratyczny. Ale społeczeństwo też szuka. Część idzie do chrześcijaństwa, jeszcze więcej – do taoizmu i buddyzmu, a inni mówią: wracamy do konfucjanizmu.

USA mówią: stop!

Czy Chiny to wszystko wytrzymają?
– Na razie widzę, że władza zaczyna się bać i działać zgodnie z rytuałem autokratyzmu. Coraz większa pała i coraz większy strach. To dowodzi, w jak newralgicznym jesteśmy momencie. Nie założę się, czy wyznaczone cele uda się Chinom zrealizować, bo włączył się element nieprzewidywalny, jakim jest Donald Trump. Chińczycy chcieli go rozegrać, grając na jego ego. Stąd spotkanie Xi Jinpinga na Florydzie, potem wielkie cesarskie przyjęcie, jakim uraczyli Trumpa w Pekinie. Wcześniej jego córka dostała wiele licencji na produkcję w Chinach. Ale okazuje się, że Trump przyjmuje chińskie umizgi, a równocześnie liczy – 375 mld dol. ujemnego salda handlowego za ubiegły rok. I jeszcze druga prawie identyczna suma – pisze Trump na Twitterze – w postaci ukradzionych praw autorskich. Na dłuższą metę takiej sytuacji nie da się utrzymać. Karty trzeba rozdać po nowemu i czy to Trump, czy ktoś inny, i tak musiałby powiedzieć Chinom: stop! Ameryka zaniedbała te sprawy, było jej wygodnie, bo dostawała tanie chińskie towary. A Chiny mają w tej chwili 3,3 bln dol. rezerw walutowych, przy czym 40% tej sumy to amerykańskie papiery wartościowe. Czyli mają Amerykanów w kieszeni.

A Europa?
– Dla Chin była i jest ważna, ale jako koncept. Obama zrobił słynny pivot, czyli przejście z Atlantyku na Pacyfik, bo centrum gospodarki światowej już się przeniosło z Atlantyku na Pacyfik. A jeśli tam się przeniosło centrum gospodarki i handlu światowego, to mamy zupełnie inny świat. Zbigniew Brzeziński w styczniu 2009 r. pojechał do Chin i zaproponował G2, takiego podwójnego światowego policjanta. Nie wiem, dlaczego Brzeziński, wielki strateg, nie znał maksymy Konfucjusza, że na niebie nie ma dwóch słońc, więc nie może być na ziemi dwóch cesarzy. Chińczycy tego nie przyjęli, natomiast przez parę miesięcy rozważali G3 – Stany, Chiny i Unia Europejska.

Potem z tego zrezygnowali?
– Przyszedł grexit, euro się zawaliło i przestaliśmy być traktowani jako partner. Choć Chińczycy do dzisiaj nie grają na rozbicie Unii. Bo jeśli czegoś się boją, to powrotu do zimnej wojny, czyli otwartego starcia dwóch największych słoni. Dla nich znalezienie trzeciego bieguna jest rozwiązaniem geostrategicznym. Putin, Rosja nie może być trzecim biegunem, Indie robią wszystko, żeby takim biegunem nie być, poręczna byłaby Unia Europejska, ale w jakim jest stanie, każdy widzi.

Jak to może się rozwinąć?
– Obecne kierownictwo przeszarżowało, poszło do przodu zbyt szybko i zbyt ambitnie. Wywołało efekt, którego nie przewidziało – rozjuszyło Amerykanów. Stąd te debaty o tzw. pułapce Tukidydesa, że jak mamy hegemona i szybko wyrastającego pretendenta do tronu, łatwo może to się skończyć wojną, nie tylko handlową czy celną. Sytuacja jest bardzo poważna.

Nie uspokoiło jej spotkanie Xi Jinpinga i Donalda Trumpa w Argentynie? Nowe porozumienie?
– Przełomu być nie mogło, bo zderzenie Chiny-USA jest zderzeniem strukturalnym. Wyzwanie ze strony Chin jest realne. Nie da się tego zatrzymać. Można tylko pewne rzeczy neutralizować, nie prowadząc do ich eskalacji, do prawdziwej wojny.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 1/2019

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. tak jest
    tak jest 6 stycznia, 2019, 11:40

    podstawa chińskiego sukcesu to zdecydowane działanie na Placu Tiananmen, inaczej mieliby polski scenariusz i agenturalny rząd, gdyby Polski rząd rozprawił sie z łobuzami solidarności podobnie, mielibyśmy kraj sukcesu, ale zbrodnia na Nicolae Ceaușescu skutecznie powstrzymała zdecydowane działania polskiego rządu przeciwko łobuzom.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 13 stycznia, 2019, 15:20

      Liczba ofiar masakry na placu Tiananmen to maksymalnie 1000 osób. Oczywiście można wierzyć w bajeczki o 10 tysiącach (tak samo, jak Wolna Europa opowiadała w stanie wojennym o „bojownikach Solidarności” rzekomo więzionych na stadionach i polewanych wodą na mrozie). Przekładając to na proporcje liczby ludności, w Polsce byłoby to góra kilkadziesiąt osób. Dla porównania, 30 lat „wolności” kosztowało w Polsce życie co najmniej kilkunastu tysiecy niewinnych ludzi – taką z grubsza liczbę dostaniemy, jeśli policzymy, jak po 1989 wzrosła w Polsce liczba samobójstw. I tę liczbę rzucam w twarz każdemu, kto mi opowiada, jak to „komuna zabijała robotników” – raptem 150-200, w takim samym okresie ok. 30 lat. No i czyja śmierć jest większą tragedią – demonstranta, który z własnej i nie przymuszonej woli wdaje się w uliczne burdy, czy wyrzuconej z pracy kobiety, która odbiera sobie życie i w liście pożegnalnym pisze, że nie miała z czego utrzymać dwójki małych dzieci?! Tak panowie działacze solidarnościowi – macie na rękach krew tysięcy takich niewinnych ludzi i przypomniam wam o tym, żebyście przynajmniej nie spali zbyt spokojnie – bo niestety na inną karę dla was liczyć nie można.
      Polska miała wszelkie szanse pójść chińską drogą, szczególnie, że w 1989 roku pod bardzo wieloma względami polska gospodarka wyprzedzała Chiny – rozkwitał sektor prywatny, jakość polskich produktów była znacznie wyższa od chińskich. Poziom wolności osobistych, politycznych, kulturalnych w Polsce był nieporównanie wyższy od chińskiego. Gdyby nie destrukcyjna polityka post-solidarnościowych rządów, ogarniętych obłędem nienawiści do „dziedzictwa komunizmu”, to nieporównanie więcej polskich przedsiębiorstw pozostałoby w polskich rękach – państwowych, prywatnych czy spółdzielczych. Dziś Polska byłaby średnio rozwiniętą, demokratyczna, kapitalistyczną gospodarką, w aspekcie społecznym opartą na zachodnioeuropejskim modelu państwa opiekuńczego.
      Zamiast tego była orgia gospodarczego kanibalizmu, który doprowadził do tego, że dziś Polska jest technologicznie zacofana wobec Chin o wiele dekad. Przypomnę tylko – Huta Stalowa Wola, perła przedwojennego przemysłu, na ogromną skalę rozbudowana w czasach Polski Ludowej, dziś jest w chinskich rękach!
      Jak zauważył w swojej książce prof. Karpiński, Polska staje się gospodarczą półkolonią, konkurującą jedynie tanią siłą roboczą. Moim zdaniem, całkowita kolonizacja jest nieuchronna, a doprowadzą do niej trwające nieprzerwanie od lat 90: zapaść demograficzna, degradacja opieki zdrowotnej i edukacji. Nie bawiąc się w eufemizmy – społeczeństwo stare, chore i głupie nie ma szans na samodzielne istnienie.

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. Robert Mikołajek
    Robert Mikołajek 12 stycznia, 2019, 10:34

    Świetny artykuł, gratuluję.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy