Zaryglowane drzwi do amerykańskiego snu

Zaryglowane drzwi do amerykańskiego snu

Wędrówka ludności Hondurasu, Salwadoru i Gwatemali jest pierwszym przypadkiem exodusu wywołanego przez zmiany klimatyczne

Kiedy 13 października wychodzili z honduraskiego San Pedro Sula, było ich parę setek. Trzy tygodnie później – już 8 tys. Przyłączyło się do nich wielu Salwadorczyków, Gwatemalczyków, Nikaraguańczyków i trochę Meksykanów. Szli dniem i nocą, spali po drodze, jedli to, co otrzymywali od ludzi, często tak samo biednych jak oni.

Kobiety, mężczyźni i dzieci. Wszyscy uciekają od biedy, od braku pracy. I od przemocy. Dawniej stosowanej przez wielkich właścicieli ziemskich i policję, a teraz przez maras – bandy handlarzy narkotyków, którzy zmuszają ich do pracy dla nich, grożą torturami i śmiercią.

Idą do Stanów Zjednoczonych, bo tam jest praca. Można zaoszczędzić i wysłać część zarobku rodzinom. Można posłać dzieci do dobrych szkół i czuć się bezpieczniej niż w domu. Wiedzą, że prezydent Trump nazwał ich prawdziwą plagą złoczyńców i gwałcicieli, mówił, że niosą choroby, brud i przestępstwa. Dlatego on przeciwstawi się tej inwazji, mobilizując 15 tys. policjantów i ponad 5 tys. żołnierzy. Jeśli migranci zaczną rzucać w nich kamieniami, policja i wojsko otworzą ogień. Dla nich jednak to nie ma znaczenia, wolą zginąć, starając się wejść do raju, niż powoli umierać w piekle stworzonym przez polityków i możnych.

Wojsko na granicy

W 2015 r. w Stanach Zjednoczonych mieszkało ok. 3,4 mln osób pochodzących z krajów Ameryki Środkowej, co stanowiło 8% z 43,3 mln imigrantów. Przy czym z Salwadoru, Gwatemali i Hondurasu wywodziło się 85% tej grupy. Wojny domowe, brak stabilizacji politycznej i trudności gospodarcze powodowały exodus ludności tych krajów do USA w latach 80. Chociaż w następnej dekadzie ustały konflikty polityczne, potrzeba łączenia rodzin, katastrofy naturalne i trudności gospodarcze wpływały na wzrost migracji, zarówno legalnej, jak i nielegalnej. W latach 1980-2015 liczba imigrantów środkowoamerykańskich w USA wzrosła prawie dziesięciokrotnie.

Ucieczka biednych do bogatych krajów Zachodu zrodziła rasizm, ksenofobię, nacjonalizm, populizmy prawicowe i lewicowe, a także rosnącą przemoc polityczną. Może się wydawać, że imigranci nie są tolerowani, bo pochodzą z obcych kultur. Nie o to chodzi, są odrzucani, bo są biedni. Jeśli imigrant ma pieniądze, jest przyjmowany z otwartymi ramionami.

Niechęć do imigrantów nie ma rozsądnego uzasadnienia. Bez nich kraje rozwinięte nie miałyby szans na utrzymanie wysokiego poziomu życia. Ponadto generalnie, choć mogą się zdarzać wyjątki, emigrujący przestrzegają prawa państw, w których postanowili się osiedlić, i ciężko tam pracują. Jest tak chociażby w Stanach Zjednoczonych.

Wydawałoby się, że antyimigrancka krucjata w USA ma się dobrze. W wyniku decyzji prezydenta Trumpa na terenie Kalifornii, Arizony i Teksasu zostały rozlokowane pierwsze oddziały wojska. Jego planowana obecność, w sumie liczniejsza niż w czasie interwencji w Iraku, ma powstrzymać zbliżającą się „inwazję” z Ameryki Środkowej. Tymczasem ofensywa Donalda Trumpa zaczęła tracić na sile. Sędzia federalny z San Francisco Jon Tigar zablokował bowiem kontrowersyjną decyzję prezydenta, która zakazywała przyjmowania wniosków o azyl w USA od imigrantów niemających dokumentów. Musiało to spowodować reakcję Białego Domu. Jak podał „Washington Post”, mieszkańcy Ameryki Środkowej, którzy przybędą na granicę meksykańsko-amerykańską i wystąpią o azyl w USA, na decyzję będą oczekiwać w Meksyku. Ci, którzy nie będą potrafili udowodnić, że ich strach przed niebezpieczeństwem w kraju pochodzenia jest racjonalny, zgody na wjazd nie dostaną.

Oznaczałoby to radykalną zmianę postępowania wobec imigrantów. Do tej pory przybysz, który tłumaczył niechęć do powrotu do kraju racjonalnym strachem, mógł pozostawać w USA do czasu podjęcia przez sąd decyzji o azylu. Prezydent ostrzegł, że może dojść do nieobliczalnej reakcji rządu, jeśli Kongres nadal będzie się sprzeciwiał sfinansowaniu muru na granicy z Meksykiem. Tymczasem demokraci, którzy po wyborach 6 listopada zapewnili sobie kontrolę nad Izbą Reprezentantów, nie są skorzy zaaprobować wydatków na budowę muru.

Groźby Trumpa

25 listopada Trump dolał jeszcze oliwy do ognia, twierdząc, że Meksyk powinien być „bardziej inteligentny” i zatrzymywać karawany migrantów, a wreszcie zagroził zamknięciem granicy, jeśli będzie to niezbędne. Liczba migrantów w Tijuanie rośnie z godziny na godzinę. Trump nie przestaje powtarzać, że są wśród nich bezlitośni przestępcy, i zwrócił się do Meksyku z żądaniem deportowania ich. Do pierwszych deportacji już zresztą doszło. 25 listopada po starciach na granicy zatrzymano 42 migrantów na terenie USA i 39 w Meksyku.

W wojsku decyzje Trumpa nie wywołały euforii. Wojskowi, podobnie jak demokraci, a nawet część republikanów, uważają, że to operacja czysto polityczna i nadzwyczaj droga. Gen. Jeffrey Buchanan, odpowiedzialny za rozmieszczenie 5,8 tys. żołnierzy na granicy z Meksykiem, zapowiedział redukcję sił. Skarżył się na wrogie przyjęcie przez część ludności lokalnej.

Przewodnicząca Zgromadzenia Ogólnego ONZ María Fernanda Espinosa w wywiadzie udzielonym hiszpańskiemu „El País” stwierdziła, że nie ma nic bardziej wstrząsającego od widoku zdesperowanych dzieci i dorosłych stawiających opór uzbrojonym po zęby żołnierzom amerykańskim. Jak twierdzi Espinosa, prezydent USA postanowił wykorzystać migracje do rozgrywek wyborczych. Exodus z Ameryki Środkowej jest jednak realny. Stoi za nim poważny spadek zbiorów drobnych rolników i ludności indiańskiej w Hondurasie, Salwadorze i Gwatemali, spowodowany zmianą klimatu. Wynikiem spadku produkcji rolnej są zaostrzający się głód i przemoc. Jest to według niej pierwszy przypadek exodusu wywołanego przez zmiany klimatyczne. I będą następne.

10 grudnia podczas szczytu w Marrakeszu 164 państwa przyjęły przez aklamację pakt ONZ o bezpiecznej, uporządkowanej i regularnej migracji. Zawiera on 23 cele, których osiągnięcie ma pomóc krajom członkowskim w poradzeniu sobie z napływem migrantów. Zdaniem przewodniczącej Zgromadzenia Ogólnego ONZ „zadanie jest gigantyczne i wymaga wysiłków całej społeczności międzynarodowej. Nie można rozpatrywać tematu migracji niezależnie od zmian klimatycznych. Są to problemy globalne”. Pakt nie będzie miał mocy prawnie wiążącej, ma upowszechnić standardy i normy dotyczące migracji oraz ułatwić współpracę w tym zakresie. Z podpisania paktu wycofało się wiele państw, m.in. Polska, Austria, Czechy, Węgry, Bułgaria, Australia, Słowacja, Izrael i Stany Zjednoczone. ONZ ocenia liczbę migrantów na świecie w 2017 r. na 258 mln.

Plan Marshalla dla Ameryki Środkowej

Tymczasem administracja nowego prezydenta Meksyku, Andrésa Manuela Lópeza Obradora, który objął urząd 1 grudnia, szuka rozwiązań wobec twardej polityki migracyjnej Trumpa. Nowe władze zdają sobie sprawę, że migracja może być poważnym problemem dla i tak wątpliwego bezpieczeństwa wewnętrznego kraju. Wobec tego zaproponowały Stanom przyjmowanie na swoim terytorium migrantów, którzy wystąpią o azyl w USA i będą oczekiwać na decyzję. Procedura jest na razie opracowana wstępnie, ale na pewno plan nie będzie się ograniczał do północnej granicy Meksyku. Rząd Lópeza Obradora ocenia, że obecnie przebywa na granicy ok. 9 tys. migrantów i że ich liczba szybko wzrośnie.

Czego Meksyk oczekuje w zamian od Stanów Zjednoczonych? Według źródeł z meksykańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych rozmowy z USA na temat stworzenia czegoś w rodzaju planu Marshalla dla Ameryki Środkowej powinny się zakończyć do maja 2019 r. Plan obejmuje zawarcie porozumienia o rozwoju i inwestycjach kapitału amerykańskiego na południu Meksyku. Mają to być inwestycje rzędu 20 mld dol. w okresie sześciu lat. Podobno prezydent Trump nie odrzuca tych propozycji, chociaż musi się liczyć z prawicowym odłamem swojej administracji, zwolennikami budowy muru granicznego.

Plan meksykański zakłada ponadto wzrost pomocy finansowej USA dla krajów północnego trójkąta Ameryki Środkowej. W ramach planu Sojuszu dla Dobrobytu kraje te miały otrzymywać 600 mln dol. rocznie, w rzeczywistości otrzymują 200 mln. Według źródeł meksykańskich pomoc ta miałaby wzrosnąć do 1,5 mld dol. rocznie. Rząd Lópeza Obradora ma nadzieję, że w ten sposób będzie można zatrzymać na miejscu przynajmniej część z prawie 200 tys. migrantów, którzy każdego roku przechodzą lub przejeżdżają przez Meksyk w drodze do USA. Pozostając w Meksyku, mogliby oni znaleźć pracę i osiedlić się w tzw. kurtynach rozwoju, tworzonych na południu kraju, poczynając od stanu Chiapas. W miejscach tych byłyby skoncentrowane duże inwestycje publiczne, ukierunkowane przede wszystkim na rozbudowę infrastruktury. W otoczeniu prezydenta Lópeza Obradora uważa się, że Meksyk jest w stanie wchłonąć środkowoamerykański exodus.

Granica meksykańsko-amerykańska jest dla większości migrantów granicą kończących się marzeń. Nie wiedzą, co dalej robić, co może się wydarzyć, i nikomu nie wierzą. Panuje frustracja. Drzwi do amerykańskiego snu są zaryglowane i chronione przez uzbrojonych żołnierzy.

PS Jak podał „Washington Post”, siedmioletnia dziewczynka z Gwatemali zmarła zatrzymana przez amerykańską policję graniczną. Dziecko przkroczyło granicę nielegalnie ze swoim ojcem. Policja poinformowała, że dziewczynka nie piła i nie jadła przez długi czas.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy