Bo do tanga trzeba dwojga

Żart kursujący po Krakowie głosi, iż najlepszym przedstawieniem Teatru Słowackiego w minionym miesiącu było rozpoczęcie kampanii prezydenckiej przez Andrzeja Olechowskiego. Publika dopisała, klaka zresztą też. Na widowni zasiedli notable krakowscy, wiceministrowie z Krakowa, poprzedni rektor Akademii Krakowskiej, noblista Miłosz. Spektakl poprzedzał afisz w formie listu otwartego podpisany przez 25 osobistości, niemal wyłącznie z Krakowa, w tym 16 eminentnych profesorów, w dodatku zwyczajnych, choć sam protegowany to zaledwie doktor.
Inaugurację wokalnie ozdobił bard krakowski – Andrzej Sikorowski. Gala byłaby więc na miarę wielkich imprez galicyjskich, od pogrzebów różniąc się brakiem hierarchów kościelnych, gdyby w loży zasiadł najbardziej krakowski z krakowian – Sławomir Mrożek. Jednak Mrożek, jak to Mrożek, nie pozwala się obsadzać w roli wszechwiedzącego besserwissera. Red. Katarzyna Jankowska z “Polityki”, podaje, iż, gdy raz udało się namówić autora “Tanga” do udziału w debacie publicznej o zagrożeniach i obawach wobec nadchodzącego tysiąclecia, Mrożek uparcie milczał. Wywołany do odpowiedzi po prostu jęknął: “Jezus Maria”.
I tak zapewne należałoby skomentować wysunięcie kandydatury Olechowskiego przez intelektualistów. To jakby powtórzenie końcowej sceny z “Tanga” (niezapomnianego spektaklu sprzed lat właśnie w Teatrze Słowackiego), kiedy to postawny Edek mówi do mizernego Eugeniusza – “Zatańczymy?!”.
Przecież trudno założyć, że to intelektualiści krakowscy sami z siebie wynaleźli tę kandydaturę – związki Andrzeja Olechowskiego z Grodem Kraka ograniczają się do miejsca urodzenia i edukacji podstawowej. Karierę zaczął robić dopiero w Genewie, potem Waszyngtonie, a wreszcie w Warszawie. Musi zatem zastanawiać, że intelektualiści krakowscy, tak rygorystyczni w przypadku Romana Polańskiego, że nawet wybranie go do grona nieśmiertelnych Akademii Francuskiej nie zmazało plam amerykańskiej przeszłości, w tym przypadku chcą “Wygrać przyszłość”, stawiając na byłego ministra (między innymi) finansów. Czyżby Mrożek genialnie przewidział, że inteligencja polska musi mieć szefa – w minionym ustroju proletariackiego naturszczika, a w obecnym – bywałego w świecie wirtuoza sceny biznesowej? W materiale promocyjnym stwierdza się wprost: “Gdyby prawo głosu miały tylko środowiska biznesu – nie miałby (Olechowski) konkurentów. Biznesmeni i menedżerowie go uwielbiają, jest na “ty” z setkami właścicieli firm, prezesami banków i funduszy inwestycyjnych w Polsce i na świecie”. Więc tu może kryje się tajemnica i motor tej kampanii – w końcu na scenie Teatru Słowackiego jawnie prezes Goliszewski informował, że kandydata popiera zdecydowanie większość członków Business Center Club.
Nie ma nic złego w tym, że biznes, a nawet – jak powiadają Amerykanie – big business, ma własnego kandydata. I że ten kandydat przedstawia program, w którym nie znalazło się miejsca na likwidację sfer strukturalnej nędzy, redukcję bezrobocia, ograniczenie dysproporcji zarobkowych. Jednak nawet biznes musi zdawać sobie sprawę, że jego kandydat nie ma żadnych szans na wygraną, a jedynie na umocnienie lobby probiznesowego poprzez bezpłatną promocję wyborczą w telewizji. Na razie dali się do tego przedsięwzięcia wciągnąć intelektualiści, lecz dzisiaj oni są równie podatni na ukąszenie mamony, jak niegdyś na ukąszenie heglowskie. Jakże łatwo przekonać osoby uczciwego, ale i naiwnego serca, że gdy biznesmenom będzie się powodziło lepiej, to po pewnym czasie poprawi się i biedniejszym, więc i im samym. “Nieważne, że resztki, ważne, że z pańskiego stołu”, pisał Jerzy St. Lec. Jednak ci intelektualiści nie wiedzą, że aktualną tendencją nawet w krajach najbardziej rozwiniętych (demokratycznych wedle profesora Geremka) jest pogłębianie rozwarstwienia, rosnący dystans między elitą pieniądza i masą biedaków. Ostatecznie nawet w Kalifornii, symbolu komputeryzacji i internetyzacji, więcej jest bezdomnych niż programistów komputerowych, a profesorom uniwersytetów żyje się coraz trudniej.
Czy jednak program wielkiego biznesu ma w Polsce jakieś szanse? Hasło kampanii Olechowskiego brzmi: “Przejdźmy do konkretów”. Przejdźmy zatem do nich, stosując instrumenty analizy rynku i pomiaru jakości pozycji marki na rynku.
W “Gazecie Prezydenckiej” nr 1 (egzemplarz bezpłatny, wydany sumptem kandydata) sondaż internetowy z dn. 28 czerwca daje pretendentowi pierwsze miejsce – 31,01%. Podane dane mają dowodzić, że pretendent góruje nad resztą nie tylko, czy nie wyłącznie, wzrostem. Nie ma jednak ani słowa o liczbie internautów, którzy głosowali (nie mówiąc o ich składzie społecznym). Sugeruje jednak, że produkt markowy (Olechowski) jest na rynku e-prezydentury numerem 1, wyprzedzając o sześć punktów produkt “zwykły prezydent”. Niestety, już w sześć dni później, w dniu 4 lipca, utrzymując pierwsze miejsce, udział w rynku kandydackim produktu markowego “Andrzej Olechowski” spadł do 25,4% (kosztem istotnego wzrostu produktu “Jan Łopuszański” i “Janusz Korwin-Mikke”). W dziale marketingu taki trend wywołałby panikę, w polskim sztabie wyborczym – zapewne nie. Ostatecznie produkt “Marian Krzaklewski” ma notowania dziesięciokrotnie niższe i, co więcej, stabilne (2,91 w pierwszym, 2,6 w drugim e-sondażu). Było to jednak przed wjazdem husarii i przejażdżką bryczką. Chłopak z Kolbuszowej ma tak niskie notowania, że mogą one jedynie wzrosnąć.
Wszakże popularna piosenka przypomina: “Do tanga trzeba dwojga”, w tym przypadku pretendenta i elektoratu. Kandydaci już są, jednak elektorat to coś więcej niż rozumne i sympatyczne środowiska intelektualne, które łączy niechęć do uznania, że obecna prezydentura jest najlepsza z możliwych. Elektorat to mieszkańcy biednych wsi, także podkrakowskich, to mieszkańcy małych miast i osiedli przy bankrutujących fabrykach, to mieszkańcy czynszowych kamienic w ruinie, blokowisk, itp. Czy dziesięć lat doświadczeń restauracji kapitalizmu nic ich nie nauczyło i czy oni będą nie tylko publiką, ale czy dadzą się zaprosić do wyborczego tańca? Na pewno nie głosowali w Internecie, bowiem nie miałby wówczas sensu punkt czwarty programu Olechowskiego dopiero zapowiadający “Powszechne udostępnienie Internetu”. Czy Internet rzeczywiście jest dobry na wszystko?
Warto pamiętać o casusie sprzed pięciu lat pewnej finansistki konkurującej do fotela prezydenckiego. Miłe były początki, lecz koniec…
Czyżby pan Andrzej miał stać się panią Hanną w spodniach? Stawiając kropkę nad i – pani Hanna przystojną kobietą była i jest, a pan Andrzej to mężczyzna, jak się patrzy. Czy jednak image fotograficzny kieruje ołówkiem wyborcy? Przypuszczam, że wątpię – jak mawiał wiechowski pan Piecyk z Targówka.

Wydanie: 28/2000

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy