Wakacyjny paw

Wakacyjny paw

Widzę jedną, lśniącą jak benzyna – spaceruje po krawędzi szklanki. Jest gorąco. Zaraz podniosę szklankę do ust. Po czym wcześniej chodziła ta mucha? Ile razy wczoraj piłam z tej szklanki? Siła bezwładu jest większa niż obrzydzenie. Odganiam muchę, przewracam stronę książki, kładę się na drugim boku. Upał. Słyszę głębokie sapnięcie, potem mokry, szeroki język przykleja mi się do stopy, drży zabawnie i odkleja się (znów z sapnięciem). Na pościel wskakuje 40 kilo psa. Na nim nimfy kleszczy, wesołe w gęstej sierści, prawie słyszę ich syki i szepty. Przewracam stronę książki („Uderzyli głucho o drzwi pokoju Klamma i legli w małej kałuży piwa wśród różnych odpadków, którymi cała podłoga była pokryta”).

Kończy się woda, w upale lekkie zawroty głowy, podróż do kuchni po wczorajszy chleb. Dotykam papierowego worka, czuję zapach pleśni, w niektórych miejscach przerosła papier – siwe i zielonkawe, wątłe włosy, coś jak wojłok, stary filc. Wyrzucam wszystko do śmieci, zostawiam otwartą szafkę. Kuchnia oddycha pleśnią.

Podchodzę do stołu – nad metalowym sitkiem z malinami unosi się rój muszek owocówek. Kwaśny zapach, sfermentowane powietrze w kuchni wykonuje salto mortale. Te mdłości nie mają nic wspólnego z Sartre’em i jego mdłościami, których źródłem były defetyzm, apatia, aporia. To są mdłości lipcowo-sierpniowe, latem rozkład jest szybki jak duch. Za aberracją materii idzie muszy swarming. Swarming – czytam – zbijanie się w rój. Rój much przy śmietniku – w ich ruchu nieprzyjemny chaos. Na betonie przy trawniku leży lizak – obłęd mrówek, niespokojnych, zawziętych. Teraz myśli się już tylko o czerwiach.

W radiu blok reklamowy: „Pieczenie, upławy, ból przy stosunku”. Dotykam ziemi w doniczkach: jak się macie, grubosze, „pieniążki”, hoje, skrzydłokwiaty? Na parapecie trochę ziemi i białego kurzu; chwytam ostrożnie owalne ciało biedronki azjatyckiej – suche jak łupina słonecznika. Zaraz, czy one miały jakiś inwazyjny alergen? Z żalem wyrzucam pancerzyk.

Krople wody spadają na brokuły. Płuczę każdą różyczkę; są rozgotowane, rozpadają się i przyklejają do ścianek umywalki. Tymczasem muchy nie dają za wygraną. Rzucam ścierkę na krzesło (przypomina mi się praca Josepha Beuysa „Krzesło z tłuszczem”) i wracam na łóżko.

W szklance pływa mucha. W telewizji dają ulubiony film, „Synekdocha, Nowy Jork” – Philip Seymour Hoffman drapie się po łydce. Kamera robi zbliżenie na jego dziwne strupy. Jest tak gorąco. Odwracam się od łydki Hoffmana. Mdłości lipcowo-sierpniowe nie pozwalają mi zasnąć. Zza okna słychać kaszel sąsiada albo listonosza, nie wiem. Ktoś stoi na dole, słychać: „Kh, kh”. To nawet nie kaszel, tylko jakieś spółgłoski zbite w kulkę w gardle. „Kh, kh”. Czy on coś próbuje odkrztusić? Wypluć? Czy może tak bawi się krtanią, jak znudzone dziecko, które kręci loczek, czekając w kolejce po lody? Dni, dajcie trochę cienia – i miastu, które już prawie się spaliło i sczezło, i naszym ostrym rysom. Odwrócić by mogło od nas swój zoom i swój skalpel to słońce, co nam grozi.

Na zdjęciach piękni ludzie, z czystymi włosami, czytają książki o formie w malarstwie. Wyprasowane ubrania. Trawa z filtrem zielona jak jabłko. Ciepłe światło, kontrasty. Śniadanie na trawie. Nie wierzę tym zdjęciom z wakacji, dobrze wiem, czym to pachnie.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy