Wdowy jadą do Strasburga

Wdowy jadą do Strasburga

10 lat po katastrofie promu „Jan Heweliusz”

14 stycznia 1993 r. na Wybrzeżu za oknami huczał wiatr, a radio mówiło, że na Bałtyku jakiś polski prom „ma kłopoty”. Wkrótce pojawiły się pierwsze szczegóły i nazwa: „Jan Heweliusz”. Ludzi liczono do wieczora – dziewięciu uratowanych, 55 ofiar. Od tamtej chwili minęło 10 lat, ale kłopoty z zatopionym statkiem wciąż trwają. I minie jeszcze wiele czasu, zanim się skończą. Tego typu sprawy ciągną się latami. Zakończone niedawno postępowanie o przyczynach zatonięcia masowca „Derbyshire” trwało 20 lat i dwa miesiące, a spory wokół brytyjskiego trawlera „Gaul” ciągną się już ćwierć wieku.

„Brudnicka i inni przeciwko Polsce”

Jednak przyczyny tych przewlekłości są różne. W przypadku „Derbyshire”, trzeba było czekać, aż rozwój techniki pozwoli odnaleźć i zbadać wrak zaginiony w czterokilometrowej głębi Pacyfiku. W przypadku „Heweliusza” postępowanie przed trzema izbami morskimi (rodzaj specjalnych sądów) trwało prawie siedem lat. Sprawa musiała być rozpatrywana aż dwa razy w pierwszej instancji, bo Izba Morska w Szczecinie orzekała w składzie sześcioosobowym – parzystym, czego prawo zabrania. Kilkanaście miesięcy zajęło sędziom pisanie pięciu uzasadnień, kilka miesięcy pochłonęły różne formalności. Dopiero w styczniu 2000 r. 11 wdów po marynarzach i ojciec zmarłej stewardesy mogli złożyć skargę w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu. Potem sprawa pod nazwą „Brudnicka i inni przeciwko Polsce” czekała dwa lata na pierwsze czynności trybunału, bo taka jest tam kolejka. Rozprawa w kwestii tzw. dopuszczalności skargi została wyznaczona na 16 bm. Jeśli tę przeszkodę uda się pokonać, wyrok zapadnie w 2005 r. Jeżeli będzie pomyślny dla wdów, ponowne postępowanie przed zreformowanymi izbami morskimi rozpocznie się dwa lata później…
W przypadku „Derbyshire” na początku był tylko jeden dowód: fotografia dryfującej po oceanie szalupy, na której można było odczytać nazwę statku i jego portu macierzystego. W przypadku „Heweliusza” dowodów nigdy nie brakowało. Najważniejszy – wrak jest blisko i leży płytko, ale go nie zbadano. W szafach różnych firm i instytucji leżą dokumenty o jego historii technicznej, ale ich nie szukano. Żyją oficerowie i marynarze, którzy pamiętają, co i jak robiono na statku, lecz do dzisiaj ich nie przesłuchano. Już podczas pierwszego procesu w 1993 r. wyszło na jaw, że „Heweliusz” ważył o 112 ton za dużo. Jednak nikt nie próbował określić, skąd się wzięła nadliczbowa masa ani – co najważniejsze – gdzie się znajduje. Bo jeśli na dnie statku, było to korzystne dla jego stateczności. Natomiast jeśli umieszczono ją na górnych pokładach, to siła potrzebna do wywrócenia statku zmalała poniżej dopuszczalnych granic.

Beton na dnie

Jedna z plotek głosi, że podczas remontu w Hamburgu, gdy usuwano skutki pożaru, w celu wyrównania pokładu w nadbudówce mieszkalnej wylano do niej 30 ton betonu (17 m ponad dnem!). W ub.r. płetwonurkowie sportowcy próbowali zbadać prawdziwość tej wiadomości. Beton znaleźli w wielu miejscach, a nawet wydobyli 50-kilogramowy odłamek. Obliczenia wykonane na podstawie informacji nurków sugerują, że betonu mogło być nawet 60 ton. Ile może kosztować profesjonalne zbadanie tego zagadnienia? Bo badawcza wyprawa na „Derbyshire” kosztowała 4 mln funtów (połowę pokryła Unia Europejska).
Wdowy zarzucają w skardze do trybunału, że „dochodzenia (…) i procesy przed izbami morskimi były prowadzone w taki sposób, aby ukryć rzeczywiste, najprawdopodobniej techniczne przyczyny wypadku oraz uwolnić od zarzutów i winy organy administracji państwowej i przedsiębiorstwa (…), których państwo było właścicielem”. Jednak na rozprawie 16 bm. trybunał nie będzie zajmował się treścią skargi, gdyż musi zacząć od rozważenia, czy izby morskie są sądami w zrozumieniu Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, czy prawa skarżących wdów są chronione konwencją, czy wyczerpano prawne możliwości odwołania się w kraju. Właściwy proces rozpocznie się tylko wtedy, gdy odpowiedź na wszystkie te pytania będzie brzmiała: tak. Stanowisko sędziów trudno przewidzieć, bo w swej 50-letniej historii Trybunał nigdy nie orzekał w podobnej sprawie i nie zajmował się organami podobnymi do polskich izb morskich. I tutaj dochodzimy do zasadniczej różnicy między „Derbyshire” i „Heweliuszem”. Sprawa brytyjskiego masowca i podobne nie trafiają do międzynarodowych trybunałów, gdyż są badane rzetelnie, między innymi dlatego, że sądy morskie znajdują się pod społeczną kontrolą sprawowaną przez związki i stowarzyszenia zawodowe. Rodziny ofiar nie usłyszały tam nigdy tego, co prezes Stowarzyszenia Rodzin „Heweliusza”, Irena Brudnicka, od związkowego bosa: „Nas to nie dotyczy”. Wokół stowarzyszenia rodzin „Derbyshire” powstał krąg sojuszniczych organizacji, przyjaciół, ekspertów i polityków. Należał do niego nawet wicepremier rządu JKM.
Ale niezależnie od wyników rozprawy z 16 bm. (po tym terminie szerzej wrócimy do tematu) skarga wdów przyniosła już pierwsze owoce. Rząd skierował do Sejmu skromny projekt nowelizacji ustawy o izbach morskich. Od orzeczeń izb morskich będzie można odwoływać się do sądu apelacyjnego. Czy ci, których „to nie dotyczy”, zdobędą się na słowo „dziękujemy”?

Wydanie: 3/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Marek Błuś

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy