Wiele hałasu o podręcznik

Wiele hałasu o podręcznik

„Nasz elementarz” – nasz problem?

To już tradycja, że z nadejściem września pojawiają się kolejne zawirowania w szkolnictwie. Coroczne drenowanie kieszeni rodziców nikogo nie dziwi. Dziwi natomiast zamieszanie wokół darmowego ministerialnego podręcznika.
O planach przygotowania ujednoliconego elementarza dla klasy I wiemy od dawna. Rząd zapewnia, że to dopiero początek i z czasem powstaną następne podręczniki. W tym roku „Nasz elementarz” trafi do każdego ucznia, który rozpoczyna edukację. Powstał przede wszystkim po to, by odciążyć rodziców. Wyprawka pierwszoklasisty to koszt 200-400 zł. Suma zawrotna, szczególnie gdy rodzina jest wielodzietna. Ministerstwo postanowiło nie zwlekać i w trybie przyspieszonym opracować elementarz. I w tym tkwi największy problem.
Nauczyciele zajmujący się edukacją najmłodszych przyznają, że nie mieli za dużo czasu na zapoznanie się z nowym podręcznikiem. W przeddzień pierwszego dzwonka wiedzieli tylko, że „Nasz elementarz” jest czteroczęściowy i realizuje politykę oświatową państwa. Grażyna Rutkowska, nauczycielka jednej z podlaskich szkół, mówi wprost: – Każdy pedagog musi sam zadecydować, jak pracować z ujednoliconym podręcznikiem. Sama idea jego powstania jest słuszna, ale nie rozumiem tego pośpiechu. Potrzebujemy więcej czasu na opracowanie programu nauczania, który w pełni wykorzysta jego możliwości. Wcześniej, podobnie jak ma to miejsce teraz w przypadku starszych klas, wydawnictwa walczyły o pozyskanie jak największej liczby szkół zainteresowanych ich ofertą. W pakiecie takie placówki otrzymują pomoce dydaktyczne i już w marcu szkolą nauczycieli, jak efektywnie pracować z podręcznikiem. Ministerstwo oprócz elementarza oraz ćwiczeń dostępnych online nie zaoferowało niczego. Nie przeprowadziło szkoleń, bo nie było na to czasu. Wszystko działo się w zawrotnym tempie.
Elementarz, którego główną autorką jest Maria Lorek, ma rozwijać inteligencję dziecka i jego umiejętności społeczne oraz zachęcać do poszerzania wiedzy, również przy użyciu nowych technologii. Znajdziemy w nim zatem dziewczynkę uczącą się za pomocą tabletu, a numer alarmowy 112 dzieci poznają z rysunkowego ekranu telefonu komórkowego. W 24-osobowej klasie, która jest bohaterem podręcznika, jedna z uczennic jeździ na wózku inwalidzkim. Nie zabrakło też skośnookiego chłopca. Oswajanie najmłodszych z innością drugiego i zdobyczami techniki jest w pełni uzasadnione. Tyle że to nic nowego. Do tej pory było to realizowane przez nauczycieli w autorskich programach nauczania lub stanowiło treść książek oferowanych przez wydawnictwa.
Od 2015 r. MEN planuje wprowadzić e-podręczniki, tańszą alternatywę dla drukowanych. I znów pojawiają się wątpliwości, bo nie każdą rodzinę stać na zakup komputera. W takim przypadku z pomocą ma przyjść rząd.
Szkoły nie zostały zobligowane do korzystania z „Naszego elementarza”, mimo to zdecydowało się na niego 97% placówek. Większość nauczycieli przywołuje czasy, gdy książki służyły pokoleniom. (Najdłużej obowiązywał elementarz Mariana Falskiego, który nawet współcześnie jest doceniany za metodykę nauczania). Ujednolicenie podręcznika przez ministerstwo nie miało ograniczać wolnego wyboru nauczyciela czy szkoły. Większość pedagogów nie ma zresztą nic przeciwko „Naszemu elementarzowi”. Szum, jaki wywołał, jest tym bardziej niezrozumiały. Prawa strona doszukała się w nim nawet ideologii gender, a do krytyki przyłączył się Kościół. Gdzieś wszystkim umknęło, że szkolnictwo w Polsce ma dużo poważniejsze problemy. Jednym z nich jest biurokracja i stosy dokumentów, które musi uzupełniać każdy nauczyciel. Ewaluacje, programy nauczania, plan pracy z uczniem zdolnym, podsumowania – można wymieniać w nieskończoność. Czas, który można poświęcić nauce pisania i czytania albo rozwijaniu talentu dziecka, zostaje drastycznie okrojony. Do tego dochodzi problem licznej klasy. Podręcznik i jego zawartość merytoryczna to wierzchołek góry lodowej.
Tegoroczne zawirowania są jedynie kolejnym etapem zmian w edukacji. Rząd stara się wyjść naprzeciw oczekiwaniom i zbić kapitał polityczny przed wyborami. Zapewne do końca kadencji będziemy mieli do czynienia z wieloma ruchami maskującymi niedociągnięcia reformy przeprowadzonej przed kilku laty. O sukcesie nowego podręcznika można będzie powiedzieć dopiero za trzy lata. Wiele wskazuje na to, że nauczyciele nie zmienią diametralnie długo wypracowywanych metod dydaktycznych. A żeby nauczyć dziecko samodzielnego myślenia, potrzebny jest doświadczony pedagog, który będzie się cieszył zaufaniem i wsparciem rodziców.

Wydanie: 36/2014

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy