Wieś bez lekarza

Wieś bez lekarza

Obsada w ośrodkach zdrowia jest jednoosobowa, doktorzy pracują bez urlopów, czasem nie mogą nawet zachorować

W pociągu z Białegostoku do Bielska Podlaskiego toczy się dyskusja na temat ochrony zdrowia. Jedna z kobiet w średnim wieku opowiada, że jej mąż kilka razy próbował umówić się na wizytę u lekarza rodzinnego, a gdy się nie udało, zaczął się leczyć sam, aż zasłabł i trafił do szpitala. – Okazało się, że miał ciężkie zapalenie płuc. Z powikłań po nim wychodzi do dziś. Gdyby od razu trafił do gabinetu, gdyby porządnie go zbadano, osłuchano i zaordynowano odpowiednie leki, pewnie byłby zdrowy i wrócił do pracy – podsumowuje.

Najważniejsze, żeby lekarz przyjął osobiście – podkreślają zgodnie wszyscy, opowiadając każdy z osobna o własnych zmaganiach z dostępem do służby zdrowia. Inna kobieta, ze wsi pod Hajnówką, zgłosiła się do ośrodka zdrowia z bólem brzucha. Lekarz ją zbadał i od razu wypisał skierowanie do chirurga. – Miałam szczęście, bo zdarzają się lekarze, co kierują do specjalistów niechętnie – podkreśla. – Od nas do Hajnówki jeżdżą trzy autobusy dziennie, zdążyłam na ostatni, w szpitalu też mi się udało, zastałam jeszcze chirurga. Natychmiast trafiłam na stół operacyjny i dlatego żyję.

Starsi ze wzruszeniem wspominają czasy, gdy lekarze i pielęgniarki byli dostępni na miejscu. – Teraz jest wielki krzyk, że mamy covid, ale epidemie zdarzały się i wcześniej – dodaje jeden z seniorów. – Pamiętam ciężkie grypy w latach 60. i 70., ludzie w chałupach padali jak muchy. Lekarze z pielęgniarzami przebijali się od wsi do wsi przez zaspy, w 20-stopniowym mrozie nie mieli ani masek, ani rękawiczek, ani kombinezonów. Znam lekarkę, co potrafiła dotrzeć wszędzie, jeszcze pracuje, choć jest na emeryturze; gdy to pokolenie lekarzy odejdzie, będzie bieda.
Jak donoszą media branżowe, w 132 gminach nie ma lekarza rodzinnego. Według Federacji Związków Pracodawców Ochrony Zdrowia Porozumienie Zielonogórskie 60% lekarzy rodzinnych w województwie podlaskim osiągnęło wiek emerytalny, w opolskim 70% to emeryci, w lubuskim 40%.

Śmierć małych poradni

Od dwóch miesięcy podlaska gmina Trzcianne nie ma lekarza, gdyż ten zmarł. Bez opieki zostało ok. 2 tys. pacjentów. Włodzimierz Bołtruczuk leczył mieszkańców od 1987 r., był także prezesem podlaskiego oddziału Porozumienia Zielonogórskiego. Krzysztof Sulima, zastępca wójta, mówi, że nowa lekarka już podpisała umowę, ale jeszcze nie podjęła pracy. Tymczasowo będzie przyjmować pacjentów w świetlicy wiejskiej w Nowej Wsi. Budynek przychodni w Trzciannem przechodzi generalny remont, ma tam powstać Gminne Centrum Usług Medycznych. Krzysztof Sulima zapewnia, że centrum będzie podmiotem publicznym wpisanym do rejestru przy wojewodzie, zależnym tylko od gminy.

W Jaświłach, też w powiecie monieckim, w grudniu ub.r. zachorowała lekarka rodzinna. „Mamy się zgłaszać do Jasionówki, ale tam nikt nie odbiera telefonów. Podobno lekarz przyjmuje tylko w wybrane dni i krótko. Ludzie starsi, schorowani, bez samochodów, nie wiedzą, co robić. Żeby chociaż raz w tygodniu lekarz był”, skarżył się dziennikarce „Gazety Współczesnej” jeden z mieszkańców Jaświł.

Dzwonię do przychodni w Jaświłach, która jest filią monieckiego szpitala powiatowego. Telefon odbiera pielęgniarka, wyjaśnia, że lekarz jest osobiście w poniedziałki i wtorki od godz. 8 do 11, w środy, czwartki i piątki zaś są teleporady. Podobnie jest w przychodni w Szymkach, która jest filią placówki z Michałowa, lekarz jest tu raz w tygodniu, w środy od godz. 10 do 18. W pozostałe dni w przychodni czuwa pielęgniarka, wypisuje recepty na powtarzające się leki, udziela ogólnych porad.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 42/2022, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Helena Leman

Wydanie: 42/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy