Wisła to mój Jukon

Wisła to mój Jukon

Nie rzuciłem się do rzeki od razu. Z trenerami pływania przez cztery lata uczyłem się porządnego kraula

Leszek Naziemiec – pionier zimowego pływania w Polsce. Współzałożyciel klubu Silesia Winter Swimming, mistrz Czech w pływaniu zimowym. W sztafecie przepłynął Bałtyk i kanał La Manche, w listopadzie 2018 r. pokonał dystans 1 km w wodach Antarktydy o temperaturze minus 1,5 st. C. Popularyzator pływania na otwartych akwenach. Wraz z Łukaszem Tkaczem postanowił przepłynąć etapami całą Wisłę, realizując autorski projekt Odyseja Wiślana.

Ma pan na koncie sukcesy w najzimniejszych wodach świata. Skąd pomysł, by przepłynąć Wisłę?
– Od pewnego czasu chciałem zimą przepłynąć jakąś dużą rzekę. Wymyśliłem, że będzie to Jukon na Alasce. Płynie przez cały półwysep, są na niej bardzo dzikie odcinki. Woda zawsze jest tam zimna, a ja najlepiej się czuję właśnie w takiej. Dlatego pomyślałem, że trzeba od czegoś zacząć, by się przygotować do tego wyzwania.

Dlaczego chciał pan, by była to rzeka?
– Były już morza, jeziora, zatoki – chciałem mieć i rzekę, zwłaszcza że pływałem w rzekach wcześniej, w Czechach, jako zawodnik klubu z Pragi. Na początku sądziłem, że u nas w Polsce tego się nie robi, bo musi być w tych rzekach bardzo brudno. Ale potem zacząłem o tym czytać i stwierdziłem, że spróbuję. Zaplanowaliśmy z Łukaszem Tkaczem próbny odcinek z Warszawy do Modlina. Gdy popłynęliśmy, byliśmy bardzo miło zaskoczeni. Nie powiem, że woda w Wiśle na tym odcinku jest I klasy czystości, ale przyznam, że jest naprawdę w porządku – bezzapachowa i przezroczysta. Dlatego gdy zaraz za Warszawą zaczęły się piaszczyste ptasie wyspy, pomyślałem, że to jest właśnie mój Jukon. Oficjalnie ogłosiłem wtedy Odyseję Wiślaną, a Łukasz Tkacz również zadeklarował, że przepłynie całą rzekę.

Śmiertelna pułapka

Od którego miejsca da się płynąć Wisłą?
– Zaczynaliśmy od tamy w Goczałkowicach – wcześniej rzeka jest zbyt płytka. Są tam różne przeszkody, kamienie, wypłycenia, które trzeba przejść, ale przez większość odcinka da się już płynąć. To jest jednak naprawdę dzikie i trudne pływanie. Zdarzyło nam się wpadać na zwalone drzewa – a pływamy przecież tylko w kąpielówkach i czepkach. Początkowo używaliśmy więc sonaru. Nie jestem pewien, czy gdybym wiedział, ile będzie nas kosztował ten pierwszy odcinek, jeszcze raz próbowałbym go przepłynąć. Ale się udało. Prawdę mówiąc, nie wierzę, że ktoś to powtórzy!

Ile etapów już za wami?
– Około 25. Zwykle mają po 30-50 km, zimą mniej, po kilka kilometrów. Nasza Odyseja Wiślana rozciąga się więc w czasie – płyniemy już drugi rok, ale sądzę, że również dzięki temu udaje nam się wzbudzić coraz większe zainteresowanie i promować pływanie w otwartych wodach.

Przepłynięcie 50-kilometrowego odcinka musi trwać bardzo długo. O czym wtedy się myśli?
– Zajmuje nam to osiem-dziewięć godzin. Oczywiście z przerwami. Pływam z boją, bo w razie czego można się jej złapać, schować tam coś do picia, także jedzenie czy ubranie. Dzięki niej jest się też lepiej widocznym. Nawet jeśli znajdę się pod wodą – bo np. dostanę zawału – to asekurujący zobaczy tę bojkę i będzie widział, gdzie jestem. Myślę natomiast przede wszystkim o technice pływackiej, bo ważne jest, by była dobra, by nie tracić rytmu. I podziwiam przyrodę, czuję z nią harmonię. Czytam tę rzekę, zatracam się w niej. Czasem moja uwaga musi być bardziej napięta – gdy woda jest wzburzona, coś z niej wystaje lub nurt jest nietypowy. To nadzwyczajna przygoda, nieporównywalna z kolejnymi długościami na basenie. Doświadczam jedności z przyrodą i radości. Również dlatego, że mogę robić coś, co mało kto może robić. Bo większość ludzi jest przekonana, że rzeka jest niebezpieczna. A przecież stopniowo, powoli, może się stać dostępna dla wielu z nich.

Nie boi się pan, że ktoś to przeczyta, pomyśli: „To ja też spróbuję” i rzuci się do rzeki tam, gdzie nie powinien, mając małe umiejętności?
– Dlatego przede wszystkim trzeba uczyć się pływać – i to staramy się promować. Najpierw basen, instruktor, technika. Ja nie rzuciłem się do rzeki od razu. Z trenerami pływania przez cztery lata uczyłem się porządnego kraula. Miałem 34 lata, gdy zacząłem.

Panowie płyną jednocześnie, obok siebie?
– Startujemy razem, ale w praktyce jest tak, że płyniemy osobno, bo pływam szybciej od Łukasza. Czasem zdarza się też, że Łukasz nie może w danym terminie płynąć, więc robi ten sam odcinek w innym. Na trudniejszych odcinkach asekuruje nas dr Michał Starosolski – mój przyjaciel, ratownik wodny i medyczny, a także konsultant krajowy ratownictwa medycznego. Pomagają nam też miejscowe WOPR-y. Zdarza się jednak, że miejscowi nam nie pomagają (śmiech).

Jak to?
– Gdy Odyseja przepływała przez Kraków, dostała dwa mandaty. Za pływanie po Wiśle.

Czyli pływanie po Wiśle jest nielegalne?
– W Polsce stawia się bardzo dużo tablic z zakazem pływania. Tablica powinna być okrągła, standardowa, ustawiana przez tego, kto ma do tego prawo. U nas jest jednak tak, że stawiają je wszyscy – każdy możliwy podmiot, łącznie z osobami fizycznymi. I jeśli taki zakaz stoi – policja wlepia mandat. Mimo że mieliśmy pełną ratowniczą obstawę i nikomu nie zagrażaliśmy, ktoś nas zgłosił. Przypłynęli policjanci i powiedzieli, że muszą nam dać mandat, bo tam jest zakaz pływania. Tyle że my tego nie mogliśmy wiedzieć, bo zakaz był na brzegu, a my płynęliśmy środkiem. Dali nam więc tylko 50 zł mandatu. Założyłem nawet fundusz mandatowy. Tyle dobrego, że zrobili nam reklamę. Napisała o nas wtedy „Gazeta Wyborcza”.

Co ciekawego jeszcze panom się przytrafiło?
– Spotkania z ludźmi są świetne. Dołączają do nas i płyną z nami niektóre odcinki, sporo tych ludzi już się przewinęło przez Odyseję. I dzięki tym wspaniałym spotkaniom zdecydowaliśmy z żoną, że kupujemy łódź płaskodenną i zostajemy flisakami. Ale zdarzyła nam się też jeszcze inna, przykra historia. W Rudołtowicach za Pszczyną – gdzie Wisła jest jeszcze dość wąska – był na mapie zaznaczony mostek na rzece. Okazało się, że ten mostek to w rzeczywistości rury wrzucone do rzeki wzdłuż nurtu. Jakieś 9-12 sztuk. Przez nie przepływa rzeka, a na górze są betonowe płyty, po których przejeżdżają ciężarówki z kopalni na hałdę. Prowizoryczna przeprawa, na którą ponoć wydano pozwolenie. W tym miejscu przy wyższej wodzie powstaje podciśnienie. Rury zasysają wszystko. Kiedy je ujrzałem, postanowiłem, że nie dam się wciągnąć. Uderzyłem klatką piersiową w mostek między nimi. Jedną nogę nurt już zaczął wciągać, ale zaparłem się, bo pomyślałem, że w środku rury może być jakaś krata i nie będę już w stanie wypłynąć.

Śmiertelna pułapka.
– Właśnie – dla każdego, kto chciałby tam się kąpać czy pływać kajakiem. W końcu ktoś, kto stał na mostku, razem z pewnym wędkarzem wyciągnął mnie na mostek. Potem się okazało, że mam złamane dwa żebra. Parę chwil wcześniej ten nurt porwał jednak mojego ratownika, płynącego kajakiem. Rura go wciągnęła, wywróciła, ale przepłynął przez nią. Przyśpieszony nurt „wypluł” go na krzaki przy brzegu. Wisiał potem na tych krzakach, poturbowany, z raną na głowie, ale nic poważnego mu się nie stało.

Michał Starosolski, nasz ratownik, jest teraz legendą. Człowiekiem, który przeszedł przez rurę (śmiech). Koleżanka, która była świadkiem zdarzenia, mówiła mi potem, że kiedy jeszcze wisiałem na tym moście, powiedziałem: „Pomóżcie mi. Michał już nie żyje”. Byłem przekonany, że on tam umarł. Ale oni już wtedy wiedzieli, że wisi na krzakach i nic mu nie jest. On mówił zaś podobno: „Co ja powiem żonie, jeśli umrę?”.

Teraz się śmiejemy, ale przecież ta przygoda mogła się skończyć tragicznie. Dlaczego panowie to robią?
– Chcemy promować pływanie na otwartych wodach, które u nas praktycznie nie istnieje. Uważam, że właśnie dlatego Polacy tak często toną. Misją Odysei Wiślanej jest więc przywrócenie rzek ludziom i zwierzętom, zamiast stawiania zakazów i tablic. Człowiek zawsze będzie przecież dążył do tego, by się kąpać w rzekach czy jeziorach. Jedyne, co można zrobić, to uczyć ludzi pływać – i to na różne sposoby. Przede wszystkim na obowiązkowych lekcjach pływania w szkołach – najpierw na basenie, potem w otwartych akwenach.

Sądzi pan, że to poprawi statystyki?
– Kiedy się popatrzy na statystyki utonięć, dominują dorośli. W zeszłym roku zdarzyło się w Polsce ponad 500 utonięć. W Niemczech w tym samym czasie 300 – a Niemców jest 80 mln. W Wielkiej Brytanii – ok. 400 utonięć na 60 mln ludzi. W UE jesteśmy, niestety, krajem numer jeden. Jeżeli chodzi o grupy wiekowe – tu też jest bardzo ciekawie. Do 18. roku życia – 33 utonięcia. 18-30 lat – już ponad 90. Kolejne grupy – ponad 100, czyli coraz więcej. Najwięcej tonie mężczyzn od 35 do 45 lat. Dlaczego? Bo dorośli rzadziej umieją dobrze pływać. W tym roku – jak słyszałem w telewizji – od początku czerwca zdarzyło się 37 utonięć. I jak zwykle słyszymy potem komentarze, że przyczyną są „brawura i alkohol”. Tymczasem co mamy w statystykach? Cztery osoby na pięć były trzeźwe w momencie utonięcia.

Jednak mówi się też, że przyczyną są wiry czy prądy.
– Każda otwarta woda jest niebezpieczna, jeśli umiejętności pływającego są niedostateczne. Na Wiśle nie ma takich wirów, które by wciągały człowieka. Nie ma żadnych wirów ludojadów. To mit. Te naturalnie występujące wiry mogą najwyżej trochę przesunąć człowieka, ale da się normalnie przez nie płynąć, o ile się nie spanikuje.

Oczywiście nie powinno się pływać w niektórych miejscach – np. tam, gdzie jest budowa, wejście do portu, ujęcie wody pitnej czy własność prywatna. Tam powinny być tablice ostrzegawcze. Chodzi o to, by uczyć ludzi odpowiedzialności. Jeżeli dorośli i dzieci będą się uczyć pływać, rozwiniemy kulturę pływacką. Tymczasem my robimy coś zupełnie przeciwnego. A w Wielkiej Brytanii nastała moda na pływanie w otwartych akwenach i już widać poprawę statystyk.

Kaskady zabijają rzekę

Sądzi pan, że nasze wody są dostatecznie czyste, by w nich pływać?
– To kolejny temat. Dzięki temu, że ludzie idą do wody, zaczyna się częściej myśleć o ekologii. Płynę Wisłą i w miejscu, gdzie dopływają do niej Pszczynka oraz Przemsza, nagle ta woda robi się słona. To nic innego jak odwodnienie kopalni, mimo że te zapewniają, że dbają o ekologię. Albo spotyka się odpływ ścieków komunalnych i robi się okropnie. Od ujścia Przemszy zaczyna się natomiast system progów, tzw. Kaskada Górnej Wisły. Przed zaporami jest strasznie brudno, bo osiadają przed nimi zanieczyszczenia. Pływanie tam to żadna przyjemność. My z Łukaszem już jesteśmy przyzwyczajeni, ale dwie osoby, które do nas dołączyły na tamtym odcinku, miały potem żołądkowe dolegliwości przez trzy dni.

Jak panowie sobie radzą z tymi kaskadami? Nie da się przecież ich przepłynąć.
– Dopływamy do śluzy, wychodzimy i wchodzimy do wody z drugiej strony. Trudniejsze są dla nas właśnie te zanieczyszczenia. To ważny temat. Rzeka, która dopływa do takiej kaskady, nie ma szans sama się oczyścić. Jeżeli płynie dziko, wystarczy kilkanaście kilometrów, by się przefiltrowała
– dzięki temu, że w dzikich rzekach jest piasek, rosną wierzby, mamy tam cały naturalny ekosystem. Nawet jeśli wpuszczamy do rzek ścieki, oczywiście w pewnych granicach, rzeka potrafi sobie z tym poradzić. Jeżeli jednak prostujemy tę rzekę, budujemy zapory, traci ona możliwość samooczyszczania. Jest jeszcze jeden problem – tam, gdzie rzeka jest pogłębiona i wyregulowana, płynie szybko i nie nawadnia okolicznych gruntów.

Po co więc się reguluje rzeki, skoro już tyle wiadomo na temat szkodliwości tych działań?
– To idea z lat 30. XX w., a w wielu przypadkach nawet wcześniejsza. Na całym świecie powstawały wtedy plany kaskadyzacji rzek, bo uważano, że to będzie świetny sposób na transport wielkogabarytowy. Przykładem tak urządzonej rzeki jest Dunaj. My mamy zaporę we Włocławku, prowizoryczną i niebezpieczną. Mamy też tę wspomnianą Kaskadę Górnej Wisły. Rząd chce teraz kontynuować dzieło rozpoczęte w latach 30. Zbudować kaskady na całej długości Wisły, w ramach drogi wodnej E40. Tylko że taki plan nie jest właściwy w naszej epoce, kiedy już wiadomo, że w ten sposób niszczymy rzeki, pogłębiamy problem susz i powodzi.

Musimy też się zastanowić, co tą Wisłą będzie płynąć. Węgiel ze Śląska? Na barkach? Przecież tego węgla już się nie wydobywa tak dużo.

Raczej się importuje.
– Właśnie. Na przykład z Rosji. Poza tym koszty środowiskowe tej inwestycji są zbyt duże. Eksperci są tu zgodni – jeżeli chcemy odciążyć drogi i zabrać z nich tiry, rozwijajmy transport kolejowy, zamiast niszczyć rzeki. My jednak wciąż nie potrafimy dostrzec, że rzeka jest takim samym skarbem jak Tatry, polskie góry w ogóle, czy Białowieski Park Narodowy. A nasza Wisła jest przecież piękna, dzika, szczególnie w jej środkowym biegu.

Odyseja Wiślana jest więc manifestem przeciwko planom rządu?
– Tak. Droga wodna E40 to sztandarowy plan Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, realizowany przez Wody Polskie. Obejmuje przerobienie Dolnej Wisły na kanał dla dużych statków. Według tego planu obok rzeki ma być zbudowany tzw. kanał lateralny, na wysokości Modlina, wzdłuż Bugu, łączący Wisłę z Prypecią, Dnieprem i w końcu z Morzem Czarnym. Planuje się w to zainwestować ogromne sumy. Wielka inżynierska wizja, projektowana zgodnie z zasadą, że „moja budowla musi być widoczna z kosmosu”. Nowy jedwabny szlak czy coś w tym rodzaju.

Kolejna utopia.
– Tak. Stan Wisły zwykle jest niski. Jeśli zrobimy kanał lateralny – skąd będzie brała się w nim woda? Osuszy Bug, okoliczne wody gruntowe, trudno będzie w nim osiągnąć dostateczny poziom wody. Jak mówi wielu naukowców, to będzie wielka katastrofa ekologiczna. Natomiast prace już trwają, a w mediach do niedawna nikt o tym nie mówił. Dopiero teraz, po ostatniej fali wezbraniowej, w „Teleekspressie” przeciwko inwestycji wypowiadał się prof. Roman Żurek z Instytutu Ochrony Przyrody Polskiej Akademii Nauk. Nie wiem, czy pojawienie się w telewizji publicznej profesora walczącego z E40 to było czyjeś przeoczenie czy błąd systemu. Pewnie już ktoś za to został wyrzucony (śmiech).

Jest pan związany z jakimś stowarzyszeniem czy fundacją, która działa w tej sprawie?
– Formalnie nie, ale jestem zaprzyjaźniony z Koalicją Ratujmy Rzeki oraz z inicjatywą Siostry Rzeki. Ale nie jestem typowym aktywistą. Podam przykład. Do Siarzewa koło Ciechocinka, gdzie ma powstać tama, przyjechał premier, przekonywać ludzi do tej inwestycji. Zrobili piknik – bo będzie ładne nadbrzeże, most, piękna marina i ogromny zalew. To niewątpliwie szansa na rozwój dla miejscowości i okolic. Ale „zieloni“ aktywiści urządzili pikietę, by wyrazić swój sprzeciw, taką z megafonami i hasłami na banerach. Ich argumenty są słuszne, ale pomyślałem, że to nie jest dobra droga. Bo mieszkańcy tej gminy mogą pomyśleć, że protestujący to „lewaki”, które nie mają niczego do zaproponowania.

Ekoterroryści.
– Właśnie. Pomyślałem więc, że jeśli do nich się jedzie, dobrze byłoby napisać jakiś alternatywny program, zgodzić się na jakieś ustępstwo. Może nawet dałoby się tam pływać, choć łodziami innego kalibru, niż jest planowane? Może marina mogłaby powstać wraz z planem wykorzystania rzeki w celach turystycznych? Pogłębienie jej w małym stopniu to coś zupełnie innego niż tama, zalew i wielki transport. Dodam, że w okolicach Kazimierza Dolnego, na Powiślu Lubelskim już inaczej na to wszystko patrzą. Cenią wartość dzikiej rzeki, tradycyjnego flisactwa, turystów. Mimo że wielu mieszkańców tego regionu to wyborcy PiS, powiedzieli mi, że nie pozwolą na zrealizowanie rządowych pomysłów.

Czyli pan jest pokojowym aktywistą.
– Myślę, że nie do końca, bo wszystko zależy od tego, na jakim etapie jest inwestycja. Jestem konsekwentny. Jeśli teraz w Siarzewie zobaczę buldożery, wykorzystam to, że jestem obecny w mediach i zrobię coś mocniejszego, z jakąś prowokacją włącznie. Ale myślę, że dopóki się da, trzeba rozmawiać.

Jest tu jeszcze jedna kwestia, o której nie wspomniałem – zbiorniki retencyjne zwiększają parowanie, co jeszcze bardziej pogłębia problem suszy. Wiemy to już choćby z doświadczeń z Nilem – gdy powstała nowa tama, tereny żyzne zmniejszyły się o jedną trzecią. To wszystko już od dawna wiadomo. Mała retencja jest bardzo potrzebna, ale w zupełnie innej technologii.

Morsowanie to nie dla mnie

Wróćmy jeszcze do przyjemniejszego tematu. Jaka jest temperatura wody w Wiśle?
– Zimą woda w rzece zamarza. Ostatnio – w połowie czerwca – woda miała ok. 17 st. C. Tydzień wcześniej 13 st., jeszcze tydzień wcześniej 11. Odyseja trwa już drugi rok – pływamy minimum co dwa tygodnie, o ile rzeka nie jest zamarznięta. Chciałbym do listopada przepłynąć już całą Wisłą.

Jak pan się przygotowywał do tego? Był pan wcześniej morsem?
– Nigdy nie morsowałem. Kocham pływanie i nie rozumiem, że można wejść do wody i tylko w niej się taplać (śmiech). Wierzę, że to może być przyjemne, ale nie dla mnie. Zaczęło się od tego, że zobaczyłem w internecie, jak w Czechach ludzie zimą organizują wyścigi pływackie na jeziorze – pływają w samych kąpielówkach i czepkach, na różnych dystansach. To mnie zafascynowało. U nas nikt tego nie robił, zimowe pływanie nie istniało, nawet morsowanie było w powijakach. Pojechałem z kolegą, Arturem Kubicą, sprawdzić, jak to będzie. I tak się wciągnęliśmy. Pierwszy raz zimowo pływałem w 2007 r. w Jaskini Punkvy na Morawach. Woda nie była tam jeszcze taka zimna, bo miała ok. 9 st. C, ale na następnych zawodach, w których brałem udział, już tylko ok. 4 st. C. Zapisałem się do klubu i potem już regularnie, tydzień w tydzień, jeździłem do Czech. Zaczęliśmy pływać coraz dłuższe dystanse. Na pełną odporność trzeba jednak poczekać trzy-cztery lata. Potem zaczęliśmy organizować zawody w Polsce. Efekt naszych starań jest taki, że w 2021 r. w Katowicach odbędą się mistrzostwa świata w zimowym pływaniu.

Od czego zacząć?
– W pierwszym roku zaleca się pływać 100-250 m. W drugim roku treningów można już przepłynąć 500 m, w następnym nawet 1000 m, jeżeli umiemy dobrze pływać. Ale ważne jest, by pływać, a nie morsować. Jeśli się morsuje, ręce pozostają delikatne, bo morsy ich nie zanurzają. A jeśli od razu się pływa, jest to na początku bolesne, ale potem organizm się przyzwyczaja.

Wydaje się, że łatwiej pływać, niż morsować, bo w ruchu jest nam cieplej.
– Nie. Pływanie jest trudniejsze, bo bolą twarz i ręce, szybciej też się wychładzamy, jeśli zanurzamy całe ciało. Ale jeżeli tego się skosztuje, już nie chce się przestać. Wydaje się, że morsowanie jest naturalnym wstępem do pływania, ale to fałszywa ścieżka, bo morsy zyskują komfort bycia w grupie, skakania sobie w tej wodzie i nigdy nie zaczynają pływać. A ja jestem ideologicznie nieugięty! Choć oczywiście nie zwalczam morsowania. W ten sposób ludzie hartują przecież organizm, zachowują zdrowie.

Czyli nie umawiacie się z nimi na ustawki?
– Jasne, że nie!

Lepiej robić cokolwiek dla zdrowia, niż siedzieć na kanapie, popijając piwo.
– Właśnie.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 29/2019

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy