Wszyscy Mesjasze są mi bliscy

Wszyscy Mesjasze są mi bliscy

Czuję, że przyśpiesza się koniec polskiej kultury, w tym sztuki współczesnej

Katarzyna Kozyra po raz kolejny jedzie do Jerozolimy. Poszukuje Mesjasza, Jezusa. Jej projekt „Looking for Jesus” trwa. Pod koniec lutego w Jeleniej Górze prezentowała ok. 1,5 godz. materiału z ponad 100 godz. nagrań spotkań z „Mesjaszami”. Inspiracją dla projektu stała się informacja o „syndromie jerozolimskim”, dotykającym wierzących w Ziemi Świętej. „Jak każdy z nas – szukam. A to, czy wierzę, czy nie, nie jest istotne”, mówi artystka.

Co trzyma cię jeszcze w Polsce? Jesteś artystką z renomą, nazwiskiem, możesz tworzyć za granicą – w Berlinie, Londynie, Nowym Jorku…

– Miejsce, które lubię, z ogrodem.

Studiowałaś germanistykę. Skąd niemiecki w twoim życiu? Otworzył ci jakieś specjalne drzwi? Czy świat niemieckojęzyczny dał ci jako artystce jakieś zaplecze, bezpieczeństwo, przywileje?

– Jestem dzieckiem „placówkowiczów” (pracowników dyplomacji – przyp. red.). Dorastanie dwujęzyczne i dwukulturowe bezsprzecznie dało mi dużo, choćby wyczucie i dystans do dwóch kultur, ale też przyjaciół z obu kultur, od których się uczę… Dzięki niemieckiemu stypendium miałam szansę ubezpieczyć się w Niemczech i tak zrobiłam.

Szczęściara. Jak to jest być artystką w Polsce, gdzie klasa rządząca nie martwi się uregulowaniem spraw waszych emerytur, kwestii socjalnych. Przecież polscy artyści pracują na umowach śmieciowych.

– Oczywiście, że artyści w Polsce nie powinni być zostawieni na pastwę losu, bo każda grupa społeczna jest potrzebna i trzyma w kupie to „coś”. Tzw. dzisiejsze państwo nie tylko artystów nie trzyma, ale wręcz wyrzuca poza nawias społeczny…

Jak się mają prawa rynku do wypłacania bądź niewypłacania artystom honorariów za wystawy w galeriach?

– To dwie różne sprawy. Wszystko jest częścią rynku, więc niestety sztuka też bywa. Na szczęście nie każda. Jeśli idzie o honoraria za wystawy, to np. Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Zachęta, Muzeum Sztuki w Łodzi podpisały, trochę PR-owo, zobowiązanie wypłaty honorariów artystom. Ale to zobowiązanie stawia z kolei inne placówki w beznadziejnej sytuacji, centralizując wystawy w dużych miastach. Skutkiem jest ograniczenie rozprzestrzeniania się kultury, bo to, do czego zobowiązują się dyrektorzy instytucji w stolicy czy dużych muzeów, jest niewykonalne dla małych. Np. Janina Hobgarska w jeleniogórskim Biurze Wystaw Artystycznych, kobieta, która naprawdę robi dużo dla widzów, dla całego życia kulturalnego w swoim regionie, nie jest w stanie płacić artystom za każdy udział w każdej wystawie, bo nie ma z czego – po prostu. Małe instytucje na prowincji (a tam dzieją się często ciekawsze rzeczy niż w „centrach”) nie mogą płacić z prostej przyczyny – nie dostają tyle środków. To co, mają nie organizować wystaw? Dla mnie najważniejszy jest kontakt z widzami i pokazanie swoich prac. Oczywiście, jeśli dostanę za to honorarium, będzie to miłe. Ale jeżeli go nie ma, to też wystawię, bo tworzę dla ludzi. Tak się komunikuję z resztą, i to nie z resztą artystów czy nomenklatury (kuratorów, dyrektorów, krytyków), ale z resztą społeczeństwa.

Zdaje się, że zawsze sobie radziłaś w tej czy innej rzeczywistości.

– Moja sytuacja jest i była zawsze trochę inna. W podstawowym wymiarze przeżycia (jeść, pić, spać) zawsze mogłam być niezależna. Ale nie znaczy to, że mogłam zrobić wszystkie prace. W tym pomagała mi matka albo państwo. A ostatnio mecenasi prywatni. Projekt „Looking for Jesus” nie byłby możliwy bez Joerga, który finansował mój pierwszy wyjazd do Jerozolimy, a kolejne wyjazdy i montaż finansowałam dzięki Atlasowi Sztuki, który zaproponował mi wystawę. To rewelacja i ewenement, bo w obu przypadkach stoją za tym pozytywni szaleńcy, którym zależy na sztuce, a nie jakiś rynek i sponsor.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 15/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy