Wygrani, i przegrani

Kto zyskał, kto stracił, a kto wypadł z gry, czyli politycy 2000

Najważniejszym politycznym wydarzeniem roku 2000 były, oczywiście, wybory prezydenckie. Wyłoniły one prezydenta RP na następne pięć lat i równocześnie pokazały, kto na polskiej scenie ile jest wart. Tu Aleksander Kwaśniewski znokautował rywali, z kolei Marian Krzaklewski poniósł dramatyczną porażkę. Skutki tamtych wyborów odczuwamy do dziś. I Aleksander Kwaśniewski, i partie wówczas go wspomagające brylują w sondażach, natomiast Marian Krzaklewski, krok po kroku, spychany jest w AWS-ie na boczny tor.
Drugi element to dokonania rządu – premiera, ministrów – i związane z tym nastroje społeczne. Nie należą one do najlepszych, Polacy są rozczarowani rządem Buzka, mają go dosyć i to wszystko przekłada się na złe notowania premiera i rządzącej partii AWS.
Na nasz ranking wpłynęły i inne czynniki – badania popularności polityków (na nich wypłynął Lech Kaczyński) i rozgrywki wewnątrzpartyjne – z których z sukcesami wyszli Bronisław Geremek, Donald Tusk i Jarosław Kalinowski.
Polityczne gry roku 2000 miały jeszcze jedną cechę. Otóż były one przygotowywaniem się do najważniejszej batalii – wyborów parlamentarnych w roku bieżącym. Tu wytoczona zostanie najcięższa artyleria, tu gra będzie toczyć się o największą stawkę. Tu nastąpi prawdziwa weryfikacja.


NA PLUSIE

Aleksander Kwaśniewski
prezydent

Patrząc na zimno, rozjechał rywali. Wygrał wybory prezydenckie już w pierwszej turze. Od lat cieszy się wśród Polaków największym zaufaniem. W ankiecie CBOS-u 31% Polaków uznało go za polityka roku 2000. Następny na liście był Andrzej Olechowski – z 4% wskazań.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Powiedzieć, że Kwaśniewski wygrał, to jest tak, jakby pochwalić słonia, że był najsilniejszy w menażerii, w której z kolei drugi był szczur, a trzecia była mysz. To nie jest wielkie osiągnięcie.
Natomiast, poważnie mówiąc, Kwaśniewski też ma przed sobą pasmo kłopotów. Już się zaczęły i będą się potęgować kłopoty w SLD. Tarcia na linii Kwaśniewski-Miller, Kwaśniewski-i jeszcze paru innych działaczy. Teraz prezydent będzie gromadził w SLD, jak mówił Wałęsa, plusy ujemne. Przy każdym tekście, którego nie zawetuje, będzie się tam rozlegał groźny pomruk. Bo im bliżej jest wyborów, tym bardziej panuje wśród nich opinia, że on jest po to, żeby pomagać im je wygrać. A Kwaśniewski z kolei jest zdania, że po schodach, którymi chodzą wyłącznie mężowie stanu, on sam już wkracza do historii. Może być bardzo niedobrze, jeżeli prezydent Kwaśniewski nauczy się rozmawiać tylko z dyplomatami i biskupami, podczas gdy prezydent jest prezydentem praczek, ekspedientek, zamiataczy, robotników i w ogóle zwykłych ludzi.

MACIEJ PŁAŻYŃSKI
bohater jednego sezonu

W minionym roku Maciej Płażyński ugrał wiele, choć walczył o więcej. Chciał być kandydatem koalicji w wyborach prezydenckich, a potem liderem odnowionej prawicy – i to mu się nie udało. Z drugiej strony, z jednego z wielu ważnych ludzi w AWS-ie stał się liderem antykrzaklewskiej opozycji. No i wiele zyskał w oczach opinii publicznej. Dziś deklaruje zaufanie do niego 41% Polaków. Rok temu – tylko 31%.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Płażyński to jest taki wielki sukces jednego sezonu. Bo teraz, w nowej konstrukcji AWS, to on jest już obstawiony. Dostał Buzka nad sobą, to znaczy, w praktyce, Krzaklewskiego.
Myślę, że ta nowa konstrukcja AWS-u nie wytrzyma presji czasu. Bo cóż oni osiągnęli? To, że mogą mówić: jesteśmy zjednoczeni. To nic nie znaczy. Bo oni nie są w stanie wyprodukować żadnego koherentnego programu. Ich energia wyczerpała się na czterech reformach. I nic już więcej nie mają do zaproponowania. Ale właśnie dlatego mogą trzymać się kupy, bo nie mają się o co kłócić. Więc teraz chcą ludziom zaproponować, żeby AWS wygrał wybory. A ponieważ nie mają programowo nic do zaoferowania, o sukcesach też trudno mówić, w związku z tym będą próbowali wygrać wybory na personaliach. I tu zaczynają się schody: kogo AWS może zaproponować jako atrakcyjne postaci dla wyborców? Tu jest miejsce Płażyńskiego. Bo on jest tym, który nie jest spalony, mówi sympatycznie do ludzi, nie budzi agresji. Więc Płażyński to jest jedna z ich propozycji kadrowych. Druga to Kaczyński.

LECH KACZYŃSKI
gonić gangsterów

Lech Kaczyński osiągnął w roku 2000 wielki sukces. Z politycznego niebytu przebił się do czołówki. Hasła zaostrzenia kodeksu karnego i rozprawy z bandytami dały mu, niespodziewanie – zważywszy niewielką ich skuteczność – wysoką popularność. Dziś ufa mu 60% Polaków i w klasyfikacji polityków budzących największe zaufanie zajmuje drugie miejsce, za prezydentem Kwaśniewskim.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Kaczyński, tak jak Płażyński, to jest gwiazda jednego sezonu. Płażyński jest kulturalny, a Kaczyński woła: gonić gangsterów! No i robi to z takim przytupem, że być może, wielu ludziom zaimponował. Ale z Kaczyńskim już zaczynają się kłopoty, bo nagle zaczął dawać słowo honoru za ministra Widzyka. A tymczasem Widzyk, który bryluje w rządzie Buzka, może się potknąć na swoim protegowanym Zbigniewie Bugaju, wójcie Swinnej w Beskidzie Żywieckim, który z jego poruczenia likwidował skutki powodzi. Z takim sukcesem, że po dwóch latach jest jednym z najbogatszych ludzi na Żywiecczyźnie… Na miejscu Lecha Kaczyńskiego, ministra i prokuratora generalnego, nie poręczałbym za nikogo, kto miał do czynienia z powodzią, nawet za kaczką.

LESZEK MILLER
rozgrywający

SLD, partia przez niego kierowana, osiągnęła w sondażach rekordowe wyniki. Wcześniej była główną siłą kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego. Do tego Millerowi udało się kilka dobrych ruchów – podpisał umowę z Unią Pracy, jednocząc lewicę. A podczas głosowania nad kandydaturą Balcerowicza na stanowisko szefa NBP zaprezentował się jako jeden z najbardziej otwartych polityków SLD, najbliższych prezydentowi.
Ale tak naprawdę, egzamin prawdy, i dla SLD, i dla Millera, nadejdzie podczas tegorocznych wyborów. Jeżeli wypadnie dobrze – Miller będzie premierem, jeżeli źle – Millera nie będzie.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Millerowi w roku 2000 rosło poparcie. Ale jednocześnie jego sytuacja w partii się nie polepszyła. Z chwilą, kiedy partia ma takie sukcesy, to jej lider powinien już bezwarunkowo wyrosnąć na przywódcę przez duże P. A Miller nie jest niekwestionowanym przywódcą. Wszyscy wiedzą, że to jest nasz motorniczy, więc niech się męczy na otwartej platformie – wiatr, deszcz ze śniegiem, Miller jedzie, a my w środku się grzejemy i jedziemy razem z nim. To nie jest dobra sytuacja. Myślę, że jest to wynik zarówno konfliktu z Kwaśniewskim, jak i tego, że tam, wewnątrz partii, są już różne układy pokoleniowe. Krzysztof Janik, który wydaje mi się lojalnym partnerem Millera, powiedział niedawno: ”U nas w partii nie mamy średniego pokolenia, w związku z czym musimy tym młodym odstępować miejsca, ale to jest trudne, bo oni nic nie umieją i tak dalej”. To powoduje, że ciśnienie narasta. Bo ci młodzi tylko czekają z rozdziawionymi dziobami. Nakarm nas – wołają do Millera. A Miller tymczasem nie ma czym karmić.
Tutaj wiele wyjaśnią wybory do Sejmu. Jeśli AWS osiągnie w nich chociaż tyle, że SLD nie będzie miało w Sejmie bezwzględnej większości, to zacznie się inna gra. SLD stanie wtedy pod murem i będzie musiało wybierać – Unia Wolności czy PSL. I będzie musiało decydować się szybko i za ciężką cenę. Każdy z tych dwóch partnerów każe sobie zapłacić trzy razy więcej, niż sam waży.

BRONISŁAW GEREMEK
na złym fotelu

Nie jest szefem MSZ-etu, ale jest szefem Unii Wolności. Po to stanowisko szedł jako praktycznie jedyny poważny kandydat, tym więc większe zaskoczenie, że wygrał z Donaldem Tuskiem ledwie 6:4. Geremka czeka więc teraz trudna sztuka zabliźniania ran. W każdym razie widać, patrząc z perspektywy lat, że Bronisław Geremek posuwa się wolno, ale wciąż do przodu.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Bronisław Geremek nie jest typem przywódcy partyjnego. Polski przedstawiciel w Radzie Ministrów Unii Europejskiej – to jest w sam raz dla niego. Sam cymes. Natomiast przewodniczenie partii w końcówce kariery mu nie pomoże, a tylko zaszkodzi. Bo jako przewodniczący partii nie może żyć ze wszystkimi dobrze. Pokopie Millera, to SLD zaraz mu zaliczy kreskę. Coś powie o AWS, to kreska następna. I tak dalej. A to się gromadzi. W końcu to, co się ciągnie za Geremkiem, ten nieszczęsny syn rabina i mason z natury, a cyklista w wolnych chwilach, jest przecież wynikiem tego, że był on właśnie takim politycznym działaczem w pierwszej “Solidarności”, który zajmował stanowisko, który był eksponowany jako głowa pewnej frakcji. No i za to zapłacił całym ciągiem dalszej kariery. Przecież prawica “Solidarności” znienawidziła go nie za to, że był kiedyś w PZPR. Oni jego znienawidzili za to, co robił w “Solidarności”, od strajku gdańskiego do Grudnia, do samej końcówki.
Polityk może być znienawidzony, to należy do jego profesji. Ale nie można z tym przesadzać. Ja Geremkowi niczego złego nie życzę, ja po prostu uważam, że nie jest to posada dla niego. Aczkolwiek przyznaję, że w tej partii, tak bogatej w intelekty, jest puściutko… Jeżeli w Unii można było wpaść na pomysł wystawienia Donalda Tuska jako kontrkandydata Geremka i mógł on zgromadzić 40% głosów, to widzimy, jak ta partia wygląda naprawdę.

DONALD TUSK
skowronek

Jeszcze parę miesięcy temu mało kto pamiętał o Tusku. A teraz mówią o nim wszyscy, jako o tym, który zawalczył z Geremkiem o przywództwo w Unii i wylansował się na lidera wewnątrzunijnej, liberalnej opozycji. Czyż nie jest to sukces?

Komentuje Krzysztof Wolicki:
O Tusku jest mi bardzo trudno rozmawiać, bo ja tego faceta po prostu nie znoszę. Nie znoszę ani jego dętej elegancji, typu: pantofle z Londynu, a podeszwy z Pacanowa, ani jego mentalności niedokształconego liberała. Oni wszyscy, ta cała gdańska hodowla, są pod każdym względem niedokształceni. Największy orzeł spośród nich to jest Janusz Lewandowski. Więc jeżeli on jest największym orłem, to łatwo zrozumieć, jakie to są skowronki.
Teraz Tusk wyskoczył nam z niebytu… A przecież on siedzi w Senacie od trzech lat jako wicemarszałek i dokładnie nic nie robi. Natomiast jego rola w polityce, w jego własnej partii, będzie teraz rosła i będzie szkodliwa. On będzie się dopominał o stanowiska dla swoich ludzi, dla swojej frakcji, będzie starał się tę frakcję ukształtować. A Geremek, z kolei, będzie wszystko robił, żeby ją rozpuścić. Liberałowie to są gracze. Oni za bezdurno nie popuszczą. A Geremek nie ma specjalnie nic wielkiego do dania. Przypuszczam, że to wszystko skończy się na tym, że frakcja liberałów będzie ciągnęła Unię do ponownego sojuszu z AWS-em.

JAROSŁAW KALINOWSKI
pogromca Leppera

Taki sobie wynik w kampanii prezydenckiej, PSL w Sejmie też nie jest zbyt widoczny. Ale – kampania Kalinowskiego oceniona została jako jedna z najlepszych, a on sam zanotował w minionym roku jeden z najwyższych wskaźników wzrostu zaufania: z 32% do 52%.
To jest już bardzo dobry kapitał na tegoroczne wybory.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Kalinowski jest jednym ze zwycięzców roku 2000. Nie miał zbyt popisowego wyniku w wyborach prezydenckich, ale i grał w nich o coś innego – konkurował z Lepperem. I tę konkurencję wygrał o parę długości. Teraz, w wyborach parlamentarnych, to on jest wodzem chłopów. Więc Lepper, jak będzie chciał ulokować swoich ludzi w parlamencie, musi iść do Kalinowskiego i się dogadywać. Bo, poza nim, nie ma z kim.

NA MINUSIE

MARIAN KRZAKLEWSKI
głęboki dół

Wielki przegrany roku 2000. Czego

w minionym roku Krzaklewski się nie dotknął, to mu się rozpadało. Rozpadła mu się koalicja z UW, skompromitował się w wyborach prezydenckich, prawie rozpadł mu się AWS. I choć wciąż zachowuje wpływy, już jest tylko cieniem siebie sprzed dwóch-trzech lat. Rok temu ufało mu 33% Polaków, dziś jedynie 17%, o 4% mniej niż Lechowi Wałęsie.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Krzaklewski się już z tego nie podniesie, co nie oznacza, że jeszcze nie narobi “kuku” bardzo wielu osobom. To jeszcze może. Krzaklewski powrócił do swojego związku zawodowego. Ale już nie będzie tam tak ważny. W “Solidarności” związkowcy mają swoje interesy, patrzą, skąd chleb idzie i oni żadnego Mariana nie będą słuchać, jeżeli nie będzie to dla nich wygodne.
Krzaklewski będzie teraz potrzebny do tego, żeby przenosił na płaszczyznę polityczną postulaty związkowe. A związkowcy z “Solidarności” zdążyli się już poparzyć na strajku pielęgniarek, a przedtem na Karcie Nauczyciela. To są dwa przypadki, w których “Solidarność” branżowa wystąpiła w roli żółtego związku, popierającego pracodawcę. Otóż myślę, że “Solidarność” w roku 2001 zrozumie, że taka zabawa z tym rządem zgubi ich do cna. Bo nie jest tak, że interwencja związku zawodowego w politykę psuje politykę. Jest odwrotnie: to nieudolność rządu powoduje, że pozycja związku zawodowego “Solidarność” leci na łeb na szyję. Myślę, że teraz Krzaklewski weźmie się za podkopywanie swoich przyjaciół z rządu. Bo on już wcale nie ma ochoty, żeby wybory wygrał Buzek z Płażyńskim. Bez niego. Bo co to za wygrana?
Sęk też w tym, że teraz prawica nie ma już przywódcy. Do tej pory na tronie siedział Krzaklewski, ale został z niego zrzucony. Razem z nim posypał się i sam tron, bo był ze zbutwiałych desek. Więc teraz wodzowie ustawiają się do bitki, żeby zobaczyć, kto będzie najlepszy. Ale nie sądzę, że oni w ciągu tego roku zdołają wyłonić rzeczywistego przywódcę.

JERZY BUZEK
damski bokser

Niepopularny premier niepopularnego rządu. Gorszego wyniku w III RP nie miał nikt. Złości ludzi, wygłaszając komunały. O Buzku krążyły rozmaite opinie: że jest nikim, marionetką Krzaklewskiego, że nie wie, na czym polega rządzenie. Rok 2000 potwierdził ich zasadność.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Właśnie wszystkie media ogłaszają pokonanie pielęgniarek. To by oznaczało, że premier Buzek odniósł na swojej posadzie pierwsze zwycięstwo. Jak damski bokser. A inne partie, które rozgrywa? Jedyny sukces, jaki w nich osiągnął, to to, że został wybrany na kołek, którym ma się zatkać dziurę w AWS-ie.

JAN MARIA ROKITA
moralność pani Dulskiej

Jeden z najbardziej poobijanych polityków sezonu. Został szefem SKL-u, ale to nie zaspokoiło jego ambicji. Więc walczył dalej – o utrzymanie koalicji AS-UW (klapa), o wystawienie Płażyńskiego w wyborach prezydenckich (też klapa), o zmianę przywództwa w AWS i samego AWS (prawie klapa). W sumie o Rokicie w roku 2000 ciągle było głośno. I nic poza tym.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Rokita był człowiekiem inteligentnym i, myślę, jeszcze inteligencję jakąś ma, tylko że on powoli zamienia się w błazna. To się wyraża w tym, że Rokita na każdym zakręcie ma rację. On jest w ogóle niebywale zarozumiały. I równocześnie jest krakauerem. A ten jego ostatni wybryk z pielęgniarkami…. Z czego to się bierze? Tu trzeba sięgnąć do mentalności Jana Rokity. To jest facet z mieszczańskiego krakowskiego domostwa. Kiedyś zresztą powiedział, że jemu pani Dulska bardzo się podoba. A jak pani Dulska widziała świat? Czy dozorca dostawał u niej pensję? Nic nie dostawał. Miał żyć z tego, co mu dadzą za szperę. A ponieważ to było w Krakowie, więc wiadomo, wszyscy krakowiacy wracali do domu pędem przed dziesiątą, w związku z czym przymierał głodem. Ale pani Dulska mówiła tak, jak mówi Rokita do pielęgniarek: “Przecież pan, panie dozorco, bierze! Przecież Szmonkiewiczowa z drugiego piętra mówiła mi, że dała panu wczoraj 20 grajcarów!”. To jest mentalność Rokity. Zawód usługowy typu pielęgniarka, jest dla niego na poziomie służącej czy stróża. Takie traktowanie ludzi było normalne dla pani Dulskiej, dla tego całego mieszczaństwa, dlatego Rokita w swoim własnym odczuciu nic strasznego nie powiedział.

WIESŁAW WALENDZIAK
czyli kto?

Gdy ogłoszono, że Walendziak będzie szefem kampanii wyborczej Mariana Krzaklewskiego, komentowano, że były prezes TVP wygrał złoty los. Cele kampanii były, wydawało się, łatwe do osiągnięcia: Krzaklewski miał wejść do II tury. I tyle. Za wykonanie tego zadania Walendziak uzyskiwał status AWS-owskiego VIP-a, mającego wpływ na układanie list wyborczych i inne atrakcyjne rzeczy. Ale Walendziak koncertowo przerżnął kampanię, napędzając prymitywnymi atakami głosy Kwaśniewskiemu i Olechowskiemu.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Walendziak jest jak biedny szczur, który zaginął w korytarzach pod ziemią i siedzi w kanałach. Kampania prezydencka go skasowała, ale on liczy na to, że następna kampania wydobędzie go z tych kanałów. A Telewizja Familijna? To jeszcze się zobaczy, jak ona ruszy. Co będzie pokazywała, to wiemy, mamy przegląd możliwości pana Gaspera. I jakoś jestem pewien, że jeśli chodzi o katolicką stronę, to on nie przebije Roberta Kwiatkowskiego. Telewizja państwowa jest w tej chwili usłana katolikami.

MAREK KEMPSKI
upadek idola

Marek Kempski, nadzieja twardej prawicy, komplementowany przez “pampersów” i przez Lecha Kaczyńskiego, pękł jak wydmuszka. W zasadzie pękał przez cały rok, począwszy od ujawnienia PIT-a, aż po publikacje na temat korupcji w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. Spektakularny to upadek, choć dla tych, którzy znali wcześniej Kempskiego, nie było w tym nic zaskakującego.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Kempski to jest przecież “trup”. Oczywiście, przy irredentach solidarnościowych, które przewiduję i które będą pączkowały w różnych miejscach w Polsce, Kempski ma pewną szansę. Ale czy wróci do polityki? Tu większe szanse daję Januszowi Tomaszewskiemu. Ja nie wiem, w jakim miejscu targów jesteśmy z niezawisłym sądownictwem, ale coś tam się odbywa. Dlatego, że Sąd Lustracyjny miał już sprawę Tomaszewskiego kończyć i jakoś nie może. Wciąż przesłuchuje. Mam poczucie, że to wygląda tak jak w słabych farsach: że na scenę wprowadza się wciąż tego samego faceta, że on jednymi drzwiami wchodzi, a drugimi wychodzi i to jest coraz to nowy świadek.

NA ZERO

LESZEK BALCEROWICZ
wypłynął

To był dla niego bardzo burzliwy rok. Zrezygnował z fotela wicepremiera, zerwał koalicję, nie zgodził się na kandydowanie w wyborach prezydenckich, zrezygnował z kierowania UW (fakt – wyboru nie miał dużego), by na koniec zdobyć fotel prezesa NBP.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Leszek Balcerowicz wylądował na dobrej posadzie, ale to jest posada, na której człowiek z jego ambicjami czuje się jak na bocznym torze. Bo właściwie jego wpływ jest minimalny. Proszę pamiętać, że złotówki w Polsce pilnuje Rada Polityki Pieniężnej, a Balcerowicz pilnuje banku. Teraz wszyscy krzyczą, że to strasznie ważne, kto jest prezesem NBP. Ale powoływanie się na przykład Alana Greenspana jest od rzeczy, dlatego że tamten rządzi dolarem, natomiast tu rządzi się złotówką, do tego na spółkę z Radą Polityki Pieniężnej.
Balcerowicz, jako wicepremier, miał istotny wpływ na polską gospodarkę. Ale uznał, że ten wpływ miał za mały, bo AWS wjeżdżał mu w maliny, no i wobec tego postanowił zerwać koalicję. Potem rzeczy się potoczyły trochę nie tak, jak miały się potoczyć. Balcerowicz pewnie myślał, że AWS się ugnie i że wobec tego będzie można jakoś pokombinować, uzyskać większy wpływ itd. I przenieść się, po wyborach, na drugi brzeg. Wszystko to poszło w diabły. W ostatniej chwili Balcerowicza chytrymi zabiegami uratowała jego partia, wyciągnęła z wody i posadziła na drugim brzegu na łące i powiedziała: susz się. I Balcerowicz się suszy.

ANDRZEJ OLECHOWSKI
przystojny pan

Wystarczyło, by wyprzedził w wyborach prezydenckich Krzaklewskiego i już awansował do roli wielkiej gwiazdy. Był przez moment drugim politykiem w Polsce, jeśli chodzi o poziom zaufania, za Aleksandrem Kwaśniewskim. Mówiono nawet, że założy własną partię, która wchłonie i SKL, i UW. Nic takiego się nie stało, Olechowski wrócił do domowych pieleszy, znudzony rolą polityka. Kiedy z nich wyjdzie? Pewnie na czas kolejnej kampanii. To porządny człowiek do wynajęcia.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Olechowski przypomina mi postaci z powieści Colette. Taki przystojny pan chodzi po Ogrodach Tuilleryjskich, tam panienki siedzą na ławce, chichoczą i sikają z zachwytu, jaki to on przystojny. A on chodzi. I ma nic nie robić, tylko ma się podobać tym panienkom. Wtedy wszystko jest w porządku. Więc w tym roku zapiszmy Olechowskiemu plus. Dlaczego? Bo to jest wielki rozgrywający.

MAREK POL
gracz

W opinii publicznej Unia Pracy istnieje dlatego, że jest Aleksander Małachowski i dlatego, że Marek Pol, od czasu do czasu, celnie zabiera głos w telewizyjnych debatach. To wystarcza, na zebranie w sondażach poparcia 4-5-procentowego, ale wiadomo, że prawdziwe wybory, gdzie walczą partyjne machiny, zweryfikowałyby te estymacje w dół.
W takim kontekście podpisanie umowy z SLD to dla Unii Pracy sukces. Będzie w parlamencie, będzie miała własne koło, jej liderzy będą się liczyć w podziale stanowisk.

Komentuje Krzysztof Wolicki:
Można dać mu plusa, ale jest to plus na siłę. Marek Pol bardzo dobrze rozgrywa to, co może rozgrywać. Zawarł bardzo rozsądną umowę z Millerem, dającą mu więcej niż gdziekolwiek indziej mógłby uzyskać. Ale jednocześnie ta jego Unia Pracy to jest martwy twór, on musi ją ożywić. Dziś Unia to jest taki kawałek drewna na wodzie, który płynie, miotany przez wodę, nie wiadomo, po co. To kwestia braku koncepcji… Ta partia powstała z jakąś koncepcją, Bugaj ją po swojemu zniszczył, trochę ona sama siebie zniszczyła, trochę działacze, którzy ją zdradzili i przeskoczyli do Unii Wolności albo do SLD.

 

Wydanie: 1/2001

Kategorie: Wydarzenia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy