Z miłości do piękna

Z miłości do piękna

Odwiedzając sklepy IKEA, pokierowana durnymi strzałkami trafiam na końcu do pomieszczeń, gdzie nieodmiennie znajdują się sztuczne kwiaty. Jako towar, nie dekoracja. Leżą na półkach niczym pączki w piekarni, odkurzone i mocno kolorowe, albowiem zrobione są z plastiku. Zawsze mnie zadziwiają i łapię się na tym, że biorę je do rąk, pocieram liście i płatki. Za każdym razem mam ochotę po prostu przyłożyć je do twarzy i powąchać. Ech, zmysłowe przyzwyczajenia! Powinniśmy się ich wyzbyć w świecie, w którym serwują lody o smaku kiszonego ogórka, kiszone melony czy czekoladę z solą. Wszystko jest takie wysublimowane i zaskakujące, chodzi przecież o to, żeby wprawić znudzonego konsumenta w zachwyt i ekscytację, jaką czujemy, próbując po raz pierwszy czegoś zupełnie nowego.
Ale przecież sztuczne kwiaty to żaden wynalazek – kojarzą się z Peerelem, kiedy to prawdziwe damy brzydziły się nimi, traktując je jako przejaw złego gustu. I nigdy, absolutnie nigdy nie wolno było przynieść nikomu na imieniny sztucznych kwiatów, nawet zimą. Ale sztuczne kwiaty i tak znajdowały sobie drogę do naszych serc – z tym że przez cmentarz. Zwłaszcza latem takie sztuczne kwiaty świetnie się sprawdzały na cmentarzu, choć naturalnie były czasem podbierane i ponownie sprzedawane przez pomysłowych przedstawicieli małego biznesu. Sztuczne kwiaty widać także na polskich balkonach, gdzie czasem wychylają główki przez plastikowe przepierzenia. Wiszą i sterczą wśród wiatraczków jako wzbudzająca czułość i zażenowanie próba upiększania naszego najbliższego otoczenia. Sztuczne kwiaty jako skalniaczki, kolumienki, lampki, coś, co ma tanim kosztem pokryć niedoróbki, rozweselić jak krasnale przy autostradzie. Sztuczne kwiaty są jak randka w ciemno, jak porno – są o marzeniach i rozczarowaniach, są z cyrku, z teatrzyku variétés: „A oto już za 10 zł zabierzemy państwa do lepszego świata, gdzie kolory są bardziej nasycone, nie ma śmierci, a państwo poczują się wreszcie kimś innym”.
A jednak wzbudzają niepokój, dostrzegamy w nich jakiś paradoks dziwacznego przedmiotu, który jest w istocie zaprzeczeniem siebie. Kwiaty dlatego są piękne, że są żywe w dotyku, wilgotne, czuć pod palcami sok w łodydze, organizm. Są piękne przez swoją tymczasowość. Dziś je wręczamy, chcąc się jakoś wyrazić, coś wyznać i przecież liczy się właśnie ich słynna niepraktyczność, ich krótkotrwałość, chodzi bowiem o sam gest, bo czy można lepiej wydać pieniądze niż na wódkę i kwiaty? Sztuczne kwiaty byłyby zatem tym przedmiotem, który najlepiej wyraża naszą niedoskonałość, nasze śmiesznostki i pragnienia, nasze próby zatrzymania tego, co piękne, a co niechybnie przeminie. Chcemy ograć czas, ograć śmierć. Sztuczne kwiaty, fiołki, konwalie, róże – świadczą o naszej miłości do podróbek. Och, żeby tak mieć kolczyki jak Justyna Pochanke, tylko za 20 zł. Torebkę jak Monika Olejnik, ale za trzy dychy, perfumy jak Julia Roberts, ale takie z targu. Myślę o tym i widzę dziewczynę przejeżdżającą przez ulicę na rowerze. To czarna damka, wokół kierownicy, przy ramie i bagażniku jest mnóstwo kolorowych, sztucznych kwiatów, a cały rower wygląda zjawiskowo, jak sprzęt na lany poniedziałek.

Wydanie: 8/2015

Kategorie: Agnieszka Wolny-Hamkało

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy