Zawsze odpowiadam – jestem Unia Pracy

Zawsze odpowiadam – jestem Unia Pracy

Ludzie wiedzą, że działamy na rzecz tych naprawdę biednych i nie robimy z tego żadnego happeningu

Elżbieta Zakrzewska – przewodnicząca Rady Krajowej Unii Pracy

Czy opłaca się dzisiaj działać w partii lewicowej?
– W zależności od tego, jakie kto ma poglądy, tak działa. Generalnie ludzie mają dosyć partii, dosyć kłótni, przede wszystkim parlamentarnych, bardziej utożsamiają się z lokalną społecznością, z lokalnymi grupami działania. W efekcie na naszym terenie jest kilka takich organizacji, nie noszą one wprawdzie nazwy partii, żeby ludzie nie uważali, że to partie, ale są takie jak one, przejmują ich funkcje.

Pani jednak chodzi z szyldem Unia Pracy. To pomaga czy przeszkadza?
– W wielu przypadkach to mi zaszkodziło. Niektórym bardzo się nie podoba, że taka partia funkcjonuje. Ale też w wielu bardzo pomogło. Ludzie wiedzą, że działamy na rzecz tych naprawdę biednych i nie robimy z tego żadnego happeningu, na zasadzie: piszcie o nas! Od elit są inni.

Zawsze przyjemniej jest zajmować się celebrytami.
– Każdy ma swoją naturę. My, Unia Pracy, zajmujemy się tymi, którzy potrzebują. Trafiają do mnie przede wszystkim ludzie chorzy. Współpracuję z rodzinami osób z zespołem Downa, autyzmem. Potrzebują różnej pomocy, choćby napisania pisma o pomoc socjalną lub materialną czy w załatwieniu środków ortopedycznych. To może się wydawać banalne, ale tylko zdrowym i takim, którzy dobrze się poruszają w sprawach urzędowych. Dla zwykłych ludzi przygniecionych chorobą najbliższych to trudne.

Ci potrzebujący często chowają się w domach, zamykają się.
– Staram się ich aktywizować. Jest u nas tzw. Karkonoski Sejmik Osób Niepełnosprawnych, który prowadzi Stasiu Szubert. Sejmik skupia kilkanaście organizacji osób niepełnosprawnych, od ślepych – jak on sam mówi, bo jest osobą niedowidzącą – poprzez tych, którzy nie słyszą, którzy mają zaawansowaną cukrzycę, po amazonki i inne stowarzyszenia. Oni przychodzą ze swoimi problemami. Jakimi? Na przykład takimi: „Pani Elu – pytają mnie – czy udałoby się zorganizować, żebyśmy mogli się spotkać z takim i takim lekarzem?”. Ludziom z dużych miast, którzy mają dostęp do lekarzy wszystkich specjalności, wydaje się to banałem, ale u nas na wsi – niech pan znajdzie endokrynologa czy urologa! Ze świecą szukać! Jak raz na rok ktoś taki do nas zawita, to wszyscy go po nogach całują!

Ktoś musi do takiego lekarza dotrzeć i go zaprosić.
– Nie chodzi tylko o lekarza. Mam zawiązane stowarzyszenie amazonek. Dziewczyny potrzebują, żeby ktoś z nimi porozmawiał, żeby miały przyjazną duszę. Nie tak dawno jedna miała iść na dwunastkę, tzn. przez 12 tygodni, tydzień w tydzień, miała brać chemię. W tej chwili jest na dalszym etapie leczenia. Siedzieliśmy w kręgu, ona taka niewyraźna, i nagle jedna z dziewczyn do niej zagadała: „Słuchaj, czy ty wiesz, że jak pójdziesz na pierwszą chemię, to wcześniej powinnaś zjeść kanapkę wieczorem? I później z samego rana, przed podaniem chemii?”. A ona tak się patrzy: „Nam powiedzieli, żeby nic nie jeść”. I słyszy: „Jedz, ja ci to mówię, bo już jestem po tej chemii! Spróbuj!”. Wczoraj z tą dziewczyną rozmawiałam, pytałam, jak daje sobie radę. Mówiła: „Wiesz, przeżyłam tę chemię bez problemu. Te kanapki były rewelacyjne. Naprawdę, nie wymiotowałam!”. Ona najbardziej się bała wymiotów. Zwykłe babskie gadanie ile jej pomogło!

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 27/2017, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Wydanie: 27/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy