Zmarnowany rok

W czasie świąt Bożego Narodzenia komentatorzy radia TOK FM zapowiedzieli, że ponieważ chcą utrzymać miłą, świąteczną atmosferę, nie będą mówić o polityce nawet w serwisach informacyjnych. Stefan Bratkowski w swojej nowej książce „Kilka sposobów na niemożliwość” cytuje zdanie greckiego historyka Tukidydesa, który pisał o swoich współczesnych: „Jesteśmy jedynym narodem, który jednostkę nieinteresującą się życiem państwa uważa nie za bierną, ale za nieużyteczną”.
Zestawienie tych dwóch faktów określa dość dokładnie ten kawałek drogi, jaki przebyliśmy od demokracji ateńskiej do czasów obecnych. Obecnie bowiem za jednostki nieużyteczne uważa się nie tych, którzy nie interesują się życiem państwa, lecz raczej tych, którzy interesują się nim nadmiernie i przez okrągły rok zabawiają nas kryzysami rządowymi, wizjami nadchodzących wyborów, aferami seksualnymi deputowanych, donosami lustracyjnymi, gafami popełnianymi przez dwie głowy państwa zaraz po przekroczeniu granicy RP i tym wszystkim, co uchodzi u nas za politykę.
Rafał Kalukin, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, uważa to za sukces i pisze: „Polska demokracja jest stabilna. Na tyle, że stać nas na robienie głupot – na ekstrawagancką koalicję, absurdalne pogawędki o Darwinie, Macierewicza w służbach specjalnych, biało-czerwone krawaty na salonach władzy”, i zachęca, aby trwało tak dalej. Opinię tę podziela premier Jarosław Kaczyński, który ogłosił, że rok 2006 był najlepszym rokiem w dziejach III RP i jemu przynajmniej nie można się dziwić, skoro w tym roku osiągnął cel swego życia – władzę.
Niestety jednak pogląd obu panów jest raczej odosobniony.
Nawet wytrawni komentatorzy polityczni z trudem dopatrują się na przestrzeni minionych 365 dni jakichś faktów znaczących, nie mówiąc już o zdarzeniach pozytywnych, hierarchowie kościelni zaś, dotąd przychylnie przyglądający się umacnianiu władzy bliźniaków, zakończyli rok 2006 groźnymi zwrotami o „mrokach świata” (kard. Glemp), „mrocznych półkach” z teczkami (abp Głódź) i „insynuacjach” lustracyjnych (abp Życiński).
Sądzę, że najposępniejszym dorobkiem minionego roku jest pogłębienie się przepaści pomiędzy tym, co stanowi życie publiczne, a tym, co jest życiem codziennym, pozornie oddalonym od polityki. Zjawisko to nietrudno zrozumieć, dyktuje je zwykły zmysł estetyczny, nakazujący omijać miejsce śmierdzące i brudne, jakim w ciągu minionego roku pod patronatem Kaczyńskich stał się świat polityczny. Jednakże skutki tego rozdarcia mogą być zgubne.
Wielokrotnie już zdarzyło mi się czytać i słyszeć, że wprawdzie jako państwo, rząd i parlament znajdujemy się na dnie, nie ma to jednak istotniejszego znaczenia, ponieważ gospodarka rozwija się pomyślnie, rośnie eksport, a w dodatku czekają na nas kolosalne pieniądze unijne, największe, jakie którekolwiek z państw UE otrzyma w budżecie na lata 2007-2013.
Opinia ta jest pocieszająca, ale krótkowzroczna. Jakiś czas temu sam ulegałem takim złudzeniom, przyglądając się na przykład Włochom, gdzie rządy zmieniały się jak w kalejdoskopie, ale życie codzienne sprawiało wrażenie pogodnego i zasobnego, całkiem niezależnie od bałaganu politycznego. Ale dziś już nie trzeba zbytniej przenikliwości aby widzieć, jak znaczenie Włoch w Europie się zmniejsza, nie ma już wielkich włoskich marek, samochodowych na przykład albo takich jak Olivetti, podbijających świat, za to mamy tam coraz więcej korupcji, sięgającej nie tylko byłego premiera, lecz nawet wielkiej włoskiej piłki nożnej. Po prostu rozwój gospodarki bez ładu w państwie nie daje żadnej gwarancji, że jego owoce dosięgną kiedykolwiek zwykłych obywateli, a fundusze unijne w sytuacji, kiedy coraz gorsi kandydaci wyłaniani z PiS-owskiego klucza partyjnego obejmują coraz większe instytucje gospodarcze, mają wszelkie szanse utonąć w błocie. Wystarczy też kontynuacja obecnej polityki zagranicznej, abyśmy któregoś dnia obudzili się bez gazu i paliw, a w dodatku bez szans na niemiecką pomoc, która jedynie może być skuteczna w takiej sytuacji.
To dobrze, że poszczególni ludzie, nie bacząc na to, czym zajmuje się władza polityczna, robią swoje. Mogą z tego powstawać rzeczy imponujące, zwłaszcza w kulturze, np. niedawna europejska gala filmowa, która odbyła się w Warszawie, a także wystawa polskiej „sztuki XXI wieku”, którą oglądać możemy w Zachęcie nie jako zbiór dzieł wybitnych – bo takich tam nie ma – ale jako postawienie uniwersalnego pytania, czy malarstwo w ogóle przetrwa rozpoczęte właśnie stulecie. Tyle że bez sprawnego państwa większość z tych osiągnięć przemija bez żadnego echa, jesteśmy bowiem niemal w sytuacji, o której sto lat temu pisał Boy, nazywając ją „pańskością” polskiej kultury: mamy na własność Wyspiańskiego, co z tego jednak, skoro już za miedzą nikt o nim nie słyszał?
„Róbmy swoje” jest dobrym, nośnym hasłem na złe czasy. Pytanie jednak, gdzie kończy się to „swoje”, a zaczyna teren publiczny, opuszczany przez inteligentnych, wrażliwych ludzi, którym nie w smak jest pogrążanie się w naszych krajowych „mrokach świata”. Otóż obawiam się, że teren ten jest bardzo blisko i niełatwo go oddzielić od tego, co jest nasze.
Koronnym tego przykładem jest oświata. Na terenie oświaty i wychowania od roku już niemal hasa bezkarnie Roman Giertych i sam fakt pozostawienia tego obszaru w ręku wskrzesiciela Młodzieży Wszechpolskiej jest znamienny. Wynika on z kalkulacji politycznych bliźniaków, ale kto będzie o tym pamiętał, gdy do życia obywatelskiego wkroczy pokolenie nauczone, że szkoła nie jest po to, aby rozwijać ciekawość świata, lecz po to, aby dyscyplinować i skrawać myślenie. Że wychowanie polega na tym, aby dzielić, separując posłusznych od opornych czy trudnych, których przenosi się do szkół specjalnych. Ostatnio minister Giertych zarządził, aby szkoły wyśledziły i zewidencjonowały dziewczęta, które są lub były w ciąży. Na razie nie wiadomo po co, wiadomo już jednak, że sprawy ciąży nie są prywatną sprawą tych dziewcząt, lecz sprawą ministra Giertycha. W szwedzkich liceach nauczyciele upominają uczniów, aby byli troskliwi wobec ciężarnych koleżanek, u nas nauczyciele mają je wyśledzić. Ale w Szwecji nie uważa się też tygodniowego płodu za obywatela, co stwierdzać ma szykowana dla nas nowa konstytucja.
„Róbmy swoje” jest dobrym hasłem, dopóki nie powoduje społecznej apatii. W praktyce jednak tak właśnie się dzieje i sprawy, których z przyczyn estetycznych nie chcemy nawet dotykać, ciążą i będą ciążyć na naszym życiu. W końcu sam fakt, że rządzi nami obecnie PiS, nie jest zrządzeniem niebios, lecz skutkiem sytuacji, w której aż 60% dorosłych obywateli powiedziało, że nic ich to wszystko nie obchodzi, i nie poszło do wyborów, ustępując miejsca moherowym beretom.
Dlatego zmarnowaliśmy ten rok. Pytanie, czy podobnie zmarnujemy następny.

Wydanie: 1/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy