Zmierzch systemu

Zmierzch systemu

Ideologia, która po 1989 r. miała w tej części Europy scalać „nowy ład” i zarysowywać przestrzeń działania społeczeństwa, składała się z dwóch prostych elementów: wolny rynek organizujący życie gospodarcze miał prowadzić do ekonomicznego dobrobytu, a demokracja miała gwarantować przestrzeń polityczną wolną od represyjnych i autorytarnych praktyk państwa.
Na naszych oczach obydwa te mity ulegają coraz bardziej erozji. Najpierw upadł mit kapitalizmu z pełnymi półkami hipermarketów, ale bez bezrobocia, podziałów klasowych, wykluczenia społecznego. Okazało się, że nie ma takiego systemu, a po wolnorynkowej utopii pozostały coraz większa niepewność socjalna obywateli, rosnące podziały społeczne, brak pewności zatrudnienia i narastające zniechęcenie. Brutalna konkurencja zaś spowodowała, że małych zjedli wielcy. Ci ostatni wiedzą, że wolny rynek to tylko religia dla mas, bo najlepsze interesy wielki biznes zawsze robi z państwem.
Później okazało się, że tzw. demokratyczne państwo nie pozbyło się wcale praktyk i ciągot występujących w systemach autorytarnych. Ba, w niektórych kwestiach kontrola państwa i instrumentalne wykorzystywanie jego organów zwiększyły się – rekordowa liczba podsłuchów telefonicznych, namierzanie miejsca pobytu obywateli po nadajnikach telefonii komórkowej, ścisła kontrola kont bankowych. Ostatnio w projekcie Ministerstwa Finansów pojawiła się propozycja zapisu o nakazie wpuszczania kontroli skarbowej do domu. Odmowa groziłaby karą finansową. Tego nie było w PRL. Postęp techniczny i przyzwolenie polityczne społeczeństwa spowodowały, że inwigilacja stała się powszechna. Po doświadczeniach z IV RP pewne nawyki służbom państwowym pozostały. Wchodzenie do mieszkań nad ranem różnych mundurowych przebierańców nie szokuje już nikogo, a uwikłanie polityczne prokuratur jest powszechnie znane. Jeśli ktoś jest oporny, to można nasłać na niego kontrolę skarbową. Nie ma wroga, to zawsze można go stworzyć, aby mieć pretekst do trzymania społeczeństwa na muszce – raz może nim być wymyślone zagrożenie terroryzmem, innym razem dilerzy narkotykowi. Piękny sen o wolnościach obywatelskich w nowym ładzie również się skończył.
John Keane, australijski politolog, opisując zagrożenia dla swobodnej komunikacji i demokracji, zwraca uwagę na nieograniczoną władzę rynku i sił ekonomii w tzw. społeczeństwach demokratycznych. Przestrzega jednak również przed zagrożeniem tradycyjnej władzy politycznej, która nie tylko w państwach autorytarnych, ale również w modelach demokratycznych może stosować praktyki autorytarne. Zdaniem Keane’a, „nierozliczana władza zawsze była uważana w krajach demokratycznych za sprawę haniebną, a mimo to kraje te de facto tolerują ten permanentny skandal. Wszystkie obecne systemy demokratyczne zawierają ziarno despotyzmu”.
Widać to szczególnie wyraźnie, kiedy spętana kryzysem finansowym Europa zapomina o swoich sztandarowych wartościach: wolności, równości oraz braterstwie, i chowa głowę w piasek w sprawie Snowdena. Niektórzy jednak zachowują szczególną gorliwość dla podkreślenia lojalności i służebności wobec sojuszu z amerykańskim hegemonem.
Minister Sikorski, meldując premierowi Tuskowi, że amerykański zbieg nie dostanie azylu w Polsce, rechotał z angielskim akcentem: „Daliśmy odpór Snowdenowi!”. Zapomniał, że we współczesnym świecie istnieją takie zjawiska i terminy jak: więźniowie polityczni, dysydenci czy bierny opór wobec nieracjonalnych decyzji władzy. Chyba że w polskim języku polityki już zapomniano o tych słowach.
To byłby kolejny argument za tym, że panujący system jest już tak zmurszały i niezgodny z realiami, że warto go coraz bardziej kontestować. Nie tylko z powodów ekonomicznych i politycznych, ale również moralnych.
Bo już chyba nie chodzi o sprawiedliwszy udział w toczącej się grze, ale o zmianę reguł i zasad tej gry. A przy okazji o wymianę aktorów występujących w tym spektaklu – w większości wciąż tych samych od 20 lat. I takiej bardziej zdecydowanej i odmienionej oferty politycznej oczekuje coraz bardziej znużone społeczeństwo polskie. Szczególnie lewica powinna wczuć się w to zapotrzebowanie społeczne, zamiast czekać na szansę wejścia na salony polityczne, które są coraz bardziej zatęchłe. Z rywalizacji między PO i PiS już nic nowego i wartościowego nie powstanie, a rzucanie jakiejkolwiek deski ratunkowej tym politycznym zombie nie jest w interesie ani lewicy, ani społeczeństwa. Lepiej się trzymać od nich z daleka, nawet za cenę długiego marszu i budowania własnej pozycji na zupełnie nowych fundamentach.

Wydanie: 29/2013

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy