Znaczek FSM zardzewiał

Znaczek FSM  zardzewiał

Teraz widzą, że tylko Dziopak uratowałby ich fabrykę przed Włochami

Jeszcze na cmentarzu Andrzej Strykowski szepnął im, aby spotkali się w jego domu. Nie wyszło ze wspólnym wieńcem, to przynajmniej stawia kielicha.
Podjechali pod willę swymi drogimi samochodami. Nawet żałobne szarości garniturów od Bossa i stonowanych kostiumów małżonek nie mogły zmylić przechodniów, że to ludzie sukcesu.
Na tarasie domu Strykowskich powiedzieli sobie tyle, ile uznali za stosowne o własnych przedsiębiorstwach. Żadne nie kulało, nie było więc potrzeby wyrzekania na system podatkowy i inne hamulce gospodarki rynkowej. Mimochodem wspomnieli, gdzie który ostatnio bywał w interesach za granicą. Panie wymieniły się opiniami na temat masażystów w “Bryzie”, modnym hotelu w Juracie. Od kilku lat jeżdżą tam na odnowę biologiczną.
Jeszcze obgadali uczestników pogrzebu. Tłumów nie było. Przyszli wszyscy jego dawni i najbliżsi współpracownicy. I ci bezimienni mieszkańcy Bielska-Białej, którzy zakotwiczyli się w tym mieście za sprawą Ryszarda Dziopaka, jawiącego się im niczym olbrzym, wyrwidąb, skaczący po górach. Stworzył fabrykę, zrył buldożerami miasto, doprowadził z Tychów czteropasmówkę, która – wbrew pierwotnym planom – tam się urywała, łącząc Śląsk z Warszawą. Poza tym – zapewnił kiedyś pracę, a często i mieszkanie kilkudziesięciu tysiącom ludzi.
Wielu więc towarzyszyło mu w ostatniej drodze z wdzięczności za syte lata; ale byli i tacy, których przywiodła ciekawość, kto też ze znanych osób stanie koło trumny.
Czekało ich rozczarowanie. Aktualni prominenci obecność przedstawiciela ich instytucji na pogrzebie Dziopaka ocenili na poziomie rzecznika prasowego. Nie przyjechał nawet Ryszard Welter, niegdyś prawa ręka twórcy FSM, późniejszy jego nielojalny następca. Ktoś z obecnych widział Henryka Urbana, działacza “Solidarności” w fabryce, w czasie gdy rozliczano naczelnego dyrektora, dziś we władzach Bielska-Białej.

W uścisku kobry

Na tarasie zeszło im na wspomnienia. Gospodyni, Blanka Strykowska, przyniosła ze strychu zakurzony album, który fabryka wydała w roku 1979 w nakładzie 30 tys. Lakierowaną okładkę przebijała zardzewiała szpilka od znaczka (stylizowany splot liter: FSM). Mężczyźni pochylili się nad tym kawałkiem metalu. Ktoś zaproponował: “Przepijmy. Nosiliśmy go wpięty w klapy marynarki, pamiętacie?”.
Kartkowali ten album, wizytówkę epoki sukcesu Gierka. Ze zdjęć patrzyły bezimienne, w większości młode twarze w roboczych fartuchach. I jeden z nich: Andrzej Strykowski. Komentarz: “Ten jeden spośród tysiąca. Zawód – inżynier mechanik. Wiek 31 lat. Stanowisko – kierownik wydziału montażu silników”.
Na zdjęciu okrągła twarz z sumiastym wąsem. Czapka leninówka. Właśnie wjechał maluchem: on, żona, troje dzieci plus sanki, narty, prowiant – na górską polanę. Z albumu: “Andrzej Strykowski kończył studia, kiedy powstawała fabryka. Wraz z innymi mieszkał w hotelu, gdy trwała budowa, działał w organizacji młodzieżowej. Kieruje ludźmi bardzo młodymi, wykonującymi odpowiedzialną, lecz monotonną pracę, sam ma aspiracje, więc rozumie aspiracje innych. Jest współtwórcą naukowego systemu ocen i awansów dla pracowników montażu. (…) Żona, magister polonistyki, pracuje w Zespole Szkół Zawodowych, gdzie uczy się ponad 5 tysięcy młodzieży. Z trójki dzieci najstarszy, Krzysztof, chodzi już do przedszkola, bliźniacy – Piotr i Paweł – dopiero do tego dorastają”.
Śmieszy ich napuszony język. Ale rozparci na skórzanych kanapach z rozrzewnieniem wspominają swoje pierwsze kroki w tym bardzo prowincjonalnym wówczas mieście o poplątanych uliczkach i dwóch liniach tramwajowych. (Jedna kupiona jeszcze za dobrotliwego cesarza Józefa).
Strykowscy przyjechali pożyczonym motocyklem. Byli świeżo po studiach, on z legitymacją działacza młodzieżowego. Dostali pokój w hotelu. Pierwsze, co kupili, to słomiankę w Cepelii, aby powiesić nad wersalką, bo ciągnęło od nie wysuszonej ściany.
Potem był przydział do “enerdowca”, znacznie lepszego już bloku, choć ciągle jeszcze z, zalecanymi przez Gomułkę, ślepymi kuchniami. Urodziły się bliźniaki, Strykowski wystał w nocy pralkę automatyczną. Przy piaskownicy Blanka ubiła z innymi młodymi matkami interes. Opierał się na umowie: Ja ci przyprowadzę na godzinkę dzieci do pilnowania, a ty dasz pranie, wrzucę do pralki.
Musiały sobie same radzić. Mężów zabrał im na całe dnie, a często i kawał nocy ten kat, Dziopak. Na nic zdało się straszenie rozwodem, powrotem do mamusi. Dyrektor naczelny nie miał dla kadry litości. Znany był z tego, że nie przyjmował nikogo powyżej 40 lat. Gdy ktoś przeszkadzał, usuwał bez skrupułów… I nie bez powodu odbywające się zawsze w czwartki narady z nim nazywano kobrami (jak ówczesny teatr sensacji w TV); często się zdarzało, że człowiek wchodzący na tę operatywkę w funkcji kierowniczej opuszczał ją jako szeregowy pracownik.
– A pamiętacie – wspomina Zygmunt Smrek, dyrektor finansowy w czasach Dziopaka – jak zaprosił nasze żony na uroczystą kolację? Bo wyczuł, że przebrał miarę. Po raz pierwszy zobaczyły z bliska człowieka, przez którego nawet na poród do szpitala musiały jechać jedynie w towarzystwie współczującej sąsiadki.
– I co się okazało? – wspominają po latach panie – dyrektor Dziopak był czarującym mężczyzną. Każdą obtańcował, a w toaście pożegnalnym wyraził zdumienie, że ich mężowie nie pomagają w domu tak jak on swojej Teresce. (Uśmiechnięta Dziopakowa kłamstwa męża, do czego mi się przyznała w roku 2000, przyjęła bez mrugnięcia powieki).
I skończyło się wypominanie ślubnym, że widzą tylko fabrykę.
Oni wtedy nie wszystko rozumieli z taktyki Dziopaka. Smrek był bliżej naczelnego, zarówno z racji funkcji, jak i wieku. Widział, jak naczelny walczył ze zjednoczeniem, z wiecznymi niedoborami. Zawsze były dwa plany: jeden dla resortu, drugi dla fabryki. Pod koniec grudnia rezerwę samochodów chowali w jednostkach wojskowych. Po Nowym Roku była jak znalazł.
Jedyny gość z Warszawy na tej stypie – Marian Soczyński, który w czasach Dziopaka reprezentował FSM w stolicy (dziś też jest prywatnym przedsiębiorcą), opowiada, jak sobie ich pryncypał radził z jakością.
Był kwiecień 1976 r. W styczniu dostali zamówienie na eksport samochodów do RFN. – Włosi chcieli nas utopić na tym rynku, twierdząc cynicznie, że “jakość obiektywnie ocenią wasi starzy przyjaciele”. A tamci urządzili całe widowisko. Do oceny lakieru np. mieli szkła powiększające na stojakach. Cała partia, 500 sztuk, została odrzucona. Po kilku godzinach takiego wybrzydzania Ryszard Dziopak powiada do Włocha: “Panie Perlino, dziękuję panu za przedstawienie, teraz jedziemy na obiad i jeśli pana interesuje, co ja o tym sądzę, to ja panu powiem…”. Skończyło się na tym, że Fiat musiał dać swojego człowieka do Bielska w roli ostatniej instancji decydującej o eksporcie. I wprawdzie w owym roku nie wyeksportowali zaplanowanych 8500 samochodów, ale takie reklamacje nigdy więcej już się nie powtórzyły.
A z drugiej strony – uświadamiają sobie żałobni biesiadnicy – ciągnął się za ich dyrektorem bagaż socjalny. Wobec pustych półek w sklepach fabryka hodowała ryby w swoich stawach, miała swoje sady itd. W Igloopolu Dziopak załatwiał szynki dla zakładowych bufetów.

Nie byli leniwi

Koniec oglądania się na siermiężne lata. Bliźniaki Strykowskich kończą studia, średni syn, ten wychowany w “enerdowcu”, jest wybijającym się naukowcem-informatykiem. Tatuś pracuje naukowo na uczelni, ma własne przedsiębiorstwo. Pani Blanka zrobiła to, co większość ówczesnych inżynierowych, które dyr. Dziopak zaplanował jako nauczycielki w szkole zawodowej. Pewnego dnia zajrzała po sąsiedzku do jednej z nich i zobaczyła, że ślęczy nad wykrojami sukienek. Okazało się, że inżynierowa, sama też magister, postanowiła porzucić szkołę i zająć się szyciem oraz sprzedażą konfekcji dziecięcej. Strykowska poszła w jej ślady – dziś jest właścicielką poważnej firmy, której klientami są duże markety.
– A pamiętacie – woła gospodarz do zbierających się do odjazdu gości – jak w 1980 roku któregoś z kierowników rozliczała “Solidarność”? On się kajał, zapewniał, że w odróżnieniu od Dziopaka niczego się nie dorobił, nadal mieszka w M-3. Wtedy głos z sali: “Boś, ch…, był leniwy”.
Byli już przy furtce, gdy jeden z gości wyznał w ciemnościach ogrodu: – Z tabliczki na trumnie obliczyłem, że gdy szefa wyrzucali z fabryki, miał tyle lat, co my dzisiaj. Właśnie przekroczył 50-kę. Czy wy sobie możecie wyobrazić, że teraz jakiś kacyk odbiera wam stanowisko, władzę, pracę i urabia w mieście opinię przestępcy?

Przed prokuratorem

Pod koniec 1980 roku “Kronika Beskidzka”, będąca jeszcze ciągle propagandową tubą ówczesnego KW PZPR, rozpoczęła totalną nagonkę na Dziopaka. W jednym z numerów ukazał się rysunek wilii Dziopaka z basenem na dachu. Wynurzał się z niego krokodyl. Do tego był komentarz, że taki potwór pożera dziennie 7 kilo mięsa, podczas gdy w sklepach nawet ochłapy wydawane są na kartki. Dziennikarz wyrażał nadzieję, że sobiepaństwo dyrektora FSM skończy się i jego willa zostanie zamieniona na przedszkole.
Tak zaczęły się nowe porządki w Bielsku-Białej, gdzie Dziopak, który nigdy nie tańczył koło żadnej miejscowej władzy, był najlepszym celem ataku zarówno dla starych, jak i nowych prominentów. “Kronika” naturalnie nie zamieściła sprostowania, że przyczepiony do muru budynku krokodyl był wypchaną morską trawą zabawką, podarowaną dyrektorowi kombinatu przez towarzyszy kubańskich. I że willa nie miała basenu. Towarzysz Dziopak był już na widelcu prokuratora Wyciszczaka. Ale przed zarzutami o nadużywanie stanowiska broniła go jeszcze fabryczna “Solidarność”, wykazując tym samym niesubordynację wobec Regionu Podbeskidzie.
Inż. Henryk Urban, pod koniec sierpnia 1980 roku przywódca komitetu strajkowego, który głodował “w celu odsunięcia skompromitowanych dygnitarzy”, mówi mi dzisiaj o byłym dyrektorze jako o człowieku wyrastającym ponad przeciętność. To Ryszard Dziopak, choć zdecydowanie opowiadał się po partyjnej stronie, pomagał im połączyć się z Gdańskiem. Wiedział też, co powielano nocą w drukarni zakładowej. Nie kluczył, jeśli już coś ustalili, nie chapał, jak mówią na Śląsku pod siebie; jego wielką ideą była fabryka.
Urban był internowany (na trzy miesiące, wypuszczono go na skutek interwencji ojca, komunisty) i to w czasach “Solidarności” procentowało mu w fabryce liczącą się funkcją przewodniczącego rady pracowniczej. Gdy na miejsce Dziopaka wszedł jego nielojalny zastępca, Welter, Urban obalił go w głosowaniu zakładowego samorządu jednym głosem. A po konsultacje w sprawie zarządzania fabryką, polityki kredytowej, jeździł do zdegradowanego Dziopaka.
Naczelnego FSM atakował przede wszystkim Komitet Wojewódzki, którego Dziopak był członkiem. – Mój ojciec – twierdzi Leszek, jeden z jego trzech synów, dziś blisko związany z motoryzacją – zdawał sobie sprawę, że rewolucja zżera własne dzieci. Gdy był u władzy, nie za bardzo liczył się z miejscowymi kacykami, bo przeszkadzali mu w wykonaniu tego, co sobie zamierzył. Póki miał oparcie w Gierku, był nie do ruszenia; jego fabryka stanowiła koło napędowe dla całego Bielska. W 1980 roku towarzysze postanowili ratować się, wyrzucając ojca z hukiem jako prominenta minionej epoki.
Chciała to zrobić Wojewódzka Komisja Kontroli Partyjnej, ale sprzeciwiła się macierzysta organizacja partyjna na wydziale montażu i KW musiał ustąpić. Tyle tylko, że na publiczne rozliczanie do fabryki wysłano 30 obserwatorów z innych zakładów Bielska. Dwie godziny oskarżali, półtorej tłumaczył się Dziopak. Wniosek WKKP nie przeszedł.
W marcu 1981 roku, czyli na długo przed procesem, Dziopak zwołał naradę dyrektorów FSM i poinformował ich: “Wczoraj złożyłem rezygnację ze stanowiska, proponując na swego następcę dyr. technicznego, Jana Jelonka. Dziękuję za współpracę w budowie FSM. Odchodzę, bo nie mogę pozwolić, aby moi wrogowie, chcąc mnie dopaść, zniszczyli fabrykę”.
Jelonek nie wytrzymał presji i po kilku miesiącach zrezygnował z funkcji. Na jego miejsce przyszedł Ryszard Welter.
Tymczasem pragnący przypodobać się Regionowi “S” towarzysze z KW uruchomili organa śledcze. Akta oskarżenia Ryszarda Dziopaka liczą kilkadziesiąt tomów. Gdy dzisiaj się je czyta (a przesiedziałam nad nimi dwa dni), sprawiają wrażenie czegoś tak absurdalnego, że miejscami trudno powstrzymać się od parsknięcia śmiechem. Ale w roku 1981 Ryszardowi Dziopakowi nie było do śmiechu. Ani jego rodzinie. Leszek Dziopak może już teraz mówić bez emocji: – Wkrótce potem wzięli mnie do wojska. I tam, podczas dziennika telewizyjnego, usłyszałem, że rozpoczyna się proces ojca. Od tej chwili miałem w wojsku przerąbane.
Dyrektora FSM oskarżono o niegospodarność państwowymi milionami złotych. Uderzenie zapowiadało się na celne, bo w papierach tak wielkiej inwestycji można było oczekiwać pewnego bałaganu, a poza tym na sali sądowej bardzo obciążał oskarżonego człowiek, który zajął jego miejsce, niegdyś prawa ręka w fabryce i przyjaciel, Ryszard Welter. Dziopak jednak zaskoczył śledczego. Miał na wszystko dokumentację. Nawet taki zarzut jak wynajęcie w Szczyrku, na potrzeby reprezentacyjne przedsiębiorstwa, willi Macieja Szczepańskiego, prezesa TVP (właśnie osadzonego w więzieniu za nadużycia), okazał się łatwy do odrzucenia. Po przepytaniu 94 świadków, zapełnieniu maczkiem kilkudziesięciu tomów akt okazało się, że właściciel willi dopłacał do tego interesu.
Potem prokurator dobrał się do bratków, sadzonych rękami ogrodnika z fabryki, na grządce pod oknem kuchni Teresy Dziopakowej. Szczegółowo liczono flance i czas ich pielenia. Oskarżony tłumaczył, że płacił ogrodnikowi z własnej kieszeni, a ponadto podarował fabryce, którą uważał za swój drugi dom, ozdobne drzewa z własnej plantacji.
Wezwany do sądu na świadka Marian Soczyński, który był przedstawicielem FSM w Warszawie i m.in. zajmował się kontaktami naczelnego z zagranicą, gdy doszło do wypytywań o bratki, stracił panowanie nad sobą. Krzyczał, że to skandal, dlaczego prokurator nie wystawił najwyższym władzom partyjnym rachunku za te kolacje, które odbywały się w domu Dziopaka, gdy przyjeżdżały delegacje np. ze Związku Radzieckiego. Bo nie było na nie funduszu reprezentacyjnego, zresztą oskarżony nie znosił dziadowania. I chyba wysoki sąd nie myśli, że goście z Moskwy byli podejmowani oranżadą. Ponadto Soczyński zauważył, że naczelny FSM harował za marne pieniądze, bo taki dyrektor Bielecki z FSO w Warszawie miał dwa razy tyle…
Upadł zarzut, że Dziopak wykorzystywał willę w Szczyrku do własnych celów. Oskarżony zdołał też przekonująco wyjaśnić, co zrobił z 14 talonami (spośród 2000 rozdanych), które wyszły z fabryki bez dostatecznie grubej dokumentacji. Oto rachunek: 9 talonów dostała załoga “Batorego” w 10. rocznicę pływania pod polską banderą. W rewanżu robotnicy z FSM popłynęli do Leningradu. Dwa talony wydano dla architektów Politechniki Warszawskiej za opracowanie projektu wnętrz w wilii dla gości zagranicznych, bo nie chcieli przyjąć wynagrodzenia. Jeden dla policjanta. Jeden dla montera, który zainstalował jakiś bardzo skomplikowany alarm i jeszcze jeden dla firmy budowlanej.
Była też sprawa rachunków za budowę domu Dziopaka. Czy aby nie kosztem przedsiębiorstwa, które wznosiło kombinat. – Ojciec – wspomina jego syn – wielokrotnie powtarzał, że gdyby budował w warunkach gospodarczych, za te pieniądze mielibyśmy dwie chałupy. Ale, z ostrożności, zlecił państwowej. I to go uratowało.
– Gdyby w szufladzie naszego biurka – twierdzi Leszek Dziopak – nie było rachunku choćby na wyłączniki prądu, ojciec znalazłby się za kratkami. Prokurator nie chciał uznać swej porażki. Kazał kopać dół koło fundamentów, żeby wymierzyć, czy aby nie są głębsze, niż to napisano na fakturze.
Ryszard Dziopak został uniewinniony, ale stanowisko stracił. Innego przyjąć nie chciał. Zajął się sadem. Z takim samym samozaparciem i perfekcją w dążeniu do celu jak przy budowie FSM. Na niecałym hektarze miał kilka tysięcy drzewek. I niesamowitą wydajność – 50 ton jabłek rocznie.

Owocobranie

Sadownik, Ryszard Dziopak, miał wiele czasu na rozmyślania. Wbrew pozorom w fabryce nie zapomniano o nim, choć nie był zapraszany na jubileusze. Gdy w latach 90. rada pracownicza bardzo chciała zdjąć ze stanowiska naczelnego, Ryszarda Weltera, specjalni wysłannicy samorządu namawiali Dziopaka, aby wrócił do FSM, oni umożliwią mu wygranie konkursu. Odpowiedział: “Panowie, konkurs to ja wygrałem w chwili, gdy uruchamiałem fabrykę”.
Miał bardzo kuszące propozycje od firm polonijnych. Odrzucał te oferty. (Dopiero po śmierci ojca jego syn zobaczył wycinek emerytury budowniczego FSM: było to znacznie mniej, niż wynosiła ówczesna średnia krajowa). Ryszard Dziopak motoryzacyjnym spółkom joint venture sprzedawać swej wiedzy nie chciał, ale jeśli ktoś z młodej kadry pozostawionej w fabryce prosił o radę, nie odmawiał. Przychodzili więc do niego, nie za bardzo się z tym afiszując.
A czas pracował na korzyść twórcy FSM. Fabryka przeżywała kolejne kryzysy i dopiero te zapaści uświadamiały Strykowskiemu i jego paczce, w jak ogromnym przedsięwzięciu kiedyś uczestniczyli. Bo okazało się, że gdy zabrakło Dziopaka, wielu zamierzeń nie da się już powtórzyć. Ani w fabryce, ani w mieście.
Nigdy już Bielsko nie dostało takiego zastrzyku młodej krwi, jak w latach 1974-1977, gdy z dnia na dzień pod bramami kombinatu ustawiało się o świcie tysiące, jak ich nazywano, “dziopaków”, marzących o robocie przy taśmie. Wkrótce załoga liczyła 34 tysiące osób. Prawda, że przybysze wydłużali zasiedziałym bielszczanom kolejkę mieszkaniową (choć rocznie oddawano tam ponad dwa tysiące izb) i powiększali tłok w sklepach. I że w większości byli tacy jak Wacław L. ze wsi Żytkiejny, który na korytarzu działu kadr napisał życiorys (zachował się w papierach zmarłego dyrektora): “Urodziłem się dnia 11 lipca 1953 r. Roboty w domu za dużo nie ma, bo są tylko dwie krowy, 6 owiec i jedna świnia którą się zarżnie na święta. Dlatego po nocach nie mogę spać tylko myślę jak jest w tej fabryce nadmieniam że chciałbym do końca życia pracować u was”.
Ale miasto przeżyło bum inwestycyjny. Rzeka pieniędzy spłynęła na jego rozwój – w latach 1971-1975 około 20 miliardów zł.
Późniejsze kłopoty fabryki, te już po roku 1982, pokazywały, jakim menedżerem był jej założyciel. Jak nieprawdopodobne tempo narzucił w budowie samochodu dla Kowalskiego: FSM, skupiająca 12 zakładów, powstała z początkiem 1972 roku. W pół roku potem rozpoczęli seryjną produkcję syreny, a pierwszy fiat 126p zjechał z taśmy montażowej w 1973 roku. Wszystkie kredyty spłacono Włochom produkcją bieżącą, na półtora roku przed terminem. Bo Ryszard Dziopak tak to sobie zaplanował.
Jego syn: – Pamiętam taki moment, rok 1970, Gdańsk, Gierek w telewizorze. Ojciec akurat wrócił wtedy z delegacji we Włoszech. Wpadł do domu, wołając od progu: “Mamy fabrykę samochodów!”. Ani chwili wahania, gdybania. On wraz z grupą Gierka był gotowy od dawna.

Co pan na to?

Gdy w fabryce zaczęło powstawać cinquecento i po wyprodukowaniu pierwszych dziesięciu zabrakło pieniędzy na inwestycje, starzy robotnicy mówili: “Za Dziopaka coś takiego byłoby niemożliwe”. Wszyscy widzieli, że dyrektor Welter bezmyślnie zgodził się na zabójcze warunki kontraktu.
Tymczasem – to już rok 1991 – w FSM działo się coraz gorzej. Ryszard Welter zwrócił się do Fiata o 47 mln dolarów dodatkowego kredytu. Włosi zgodzili się na połowę, ale chcieli, aby drugą dali Polacy. Fabryka miała także kłopoty z kredytami krajowymi. Krakowski Bank Przemysłowo-Handlowy zażądał przedstawienia planu naprawy finansów.
Ryszard Dziopak patrzył na to wszystko ze swego sadu i odpowiadał na pytania syna, który też już nie pracował wówczas w FSM. (Świeżo upieczony inżynier Leszek Dziopak miał pecha: zjawił się w FSM w chwili, gdy w gabinecie naczelnego zasiadł Ryszard Welter. Nowy szef tępił stażystę tylko dlatego, że był synem twórcy kombinatu): – Nie kupiłbym – twierdził – akcji tej fabryki nawet za 5 groszy. Tam jest potrzebna zmiana dyrekcji. W ciągu ostatnich 10 lat włożono w kombinat tyle samo pieniędzy, ile kosztowała jego budowa, a mimo to produkcja zmniejszyła się z 250 do 200 tys. samochodów rocznie. FSM powinna produkować dwukrotnie więcej niż produkuje. Obniżyłoby to koszty i samochody byłyby tańsze.
Tymczasem polski minister przekształceń własnościowych podpisał z Fiatem list intencyjny, w którym zostały ustalone założenia przyszłej umowy. Z majątku bielskiej fabryki zamierzano wydzielić trzy spółki, w których Włosi mieli objąć 51%, a strona polska 49% – w tym 19,9% dla pracowników na zasadach preferencyjnych. Czternaście wynajętych firm konsultingowych wybranych przez Ministerstwo Przekształceń Własnościowych pracowało nad ekspertyzami pomocniczymi. Skarb państwa zapłacił za te ekspertyzy prawie 55 miliardów starych złotych. Ministerstwo rzuciło je za szafę.
12 grudnia 1991 roku Andrzej Strykowski pisze do dyrekcji, że odchodzi, bo ma odmienny pogląd na temat prywatyzacji. Jako pierwotny inicjator tego przedsięwzięcia nie może się zgodzić, że “wybór firm konsultingowych został dokonany według nieznanych kryteriów i bez udziału fabryki. Kierownictwo FSM jest ignorowane w działaniach prywatyzacyjnych. Jest częściowo ubezwłasnowolnione przez niekompetentną w sprawach wiedzy o przedsiębiorstwie Radę Nadzorczą. Przyjęta w memorandum propozycja prywatyzacji z udziałem FIAT-a jest nie przygotowana ze strony polskiej (…) i zawiera stwierdzenia, dyskryminujące załogę”.
Rezygnacja została przyjęta.
26 maja 1992 roku minister finansów przedłożył Radzie Ministrów projekt umowy, który liczył prawie 1000 stron tekstu. Niektóre z załączników nie były nawet przetłumaczone na język polski. Umowę podpisano w ekspresowym tempie. Jej treść odbiegała od wersji pierwotnej. Fiat objął w trzech spółkach aż 90% kapitału, pracownicy nie otrzymali żadnych akcji. Włosi przejęli polskie zobowiązania kredytowe, wynikające z rozdętych nakładów inwestycyjnych na uruchomienie cinquecento – 1,3 mld zł, ale za cenę bardzo daleko idących przywilejów i gwarancji ochrony rządowej. Dla spółek utworzonych z udziałem Fiata zapewniono np. zwolnienia celne na 8 lat, m. in. w zakresie importu rozmaitych surowców i komponentów dla przemysłu motoryzacyjnego, co postawiło w gorszej sytuacji polskich producentów tych wyrobów. Wskutek błędnych wyliczeń wartość aportu skarbu państwa została zaniżona o ponad 1,6 biliona starych złotych.
Zakłady, które zainwestowały setki milionów dolarów, aby uruchomić kooperację z FSM, zostały wypchnięte za burtę. Zastąpiły je firmy włoskie.
W 1992 roku zakład nr 2 w Tychach ogłosił strajk. Załoga żądała podwyżki płac do poziomu 10% ceny rynkowej cinquecento. Wszystkie straty z tytułu strajku, który trwał już trzeci tydzień, poniosła strona polska, czyli budżet państwa.
W Bielsku mówi się, że zdobycie FSM przez Włochów zabiło Dziopaka. Jego syn dementuje: – Ojca powalił rak. Ale nie byłby sobą, gdyby poddał się od razu. Ze śmiertelną chorobą walczył z równą determinacją, jak kiedyś o zbudowanie fabryki samochodów. Gdy już wiedział, że niewiele zostało mu czasu, on, tak niechętny dziennikarzom, zgodził się na wywiad rzekę z dwójką reporterów z Katowic. Spotykali się wielokrotnie, nagrali bardzo dużo taśm, które zostały już nawet spisane. Miała z tego powstać książka. Nie wiem, o czym ojciec mówił, co się stało z maszynopisem. Ci dziennikarze pozostali anonimowi, rozpłynęli się. Nie potrafię sobie wytłumaczyć, co ich zniechęciło do opublikowania wywiadu. Uznali, że temat jest nieaktualny?

Wydanie: 1/2001

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy