Zniszczyli nasze życie

Zniszczyli nasze  życie

HENRYK BLIDA: Nie mam już celu. W zasadzie nie wiem, czy na coś czekam. Chciałbym jednak, żeby ktoś przyznał się do błędu

– Żona nie wybierała się na tamten świat. Miała mnóstwo planów. Prowadziła firmę, wzięła kredyt pod budowę 33 domów dla swojej firmy. Budowaliśmy dom dla dzieci. Była pełna energii. Gdybym mógł cofnąć czas, schowałbym broń gdzie indziej. Ale do tego w ogóle nie powinno dojść. Żona kilkakrotnie była wzywana do prokuratury w innych sprawach. Samochodu służbowego – tę sprawę wyjaśniliśmy do końca i okazało się ostatecznie, że pomówienia były bezpodstawne. Potem była sprawa kredytu – też okazało się, że żona nie złamała żadnych przepisów. W tej ostatniej sprawie nie dostała żadnego wezwania. Po prostu rano przyszli agenci i zniszczyli nasze życie.
Siedziałem w pokoju, oni stali nade mną i nagle usłyszałem hałas. Byłem przekonany, że żona upadła. Dobiegłem do niej do łazienki i zobaczyłem czerwoną plamę na szlafroku. Potem już tylko byłem w szoku. Nie wolno nam ujawniać żadnych szczegółów z przesłuchań, powiem tylko jedno, że moje zeznania dotyczące wydarzeń w naszym domu i zeznania agentów są diametralnie różne, a nawet ich wersje odbiegają od siebie.
Przeżyłem z Basią 38 lat. Byliśmy szczęśliwi. Żona była bardzo stanowcza, dominowała w domu. Wszyscy wiedzieliśmy, że jak coś postanowi, nie ma od tego odwołania. Ale zazwyczaj dobrze decydowała. Ten dom, o który m.in. jest tyle hałasu, powstał z obudowania starego domu. Nikt w tej sprawie nie przesłuchiwał mnie, a przecież ja jestem w tym najlepiej zorientowany, bo sam wszystko nadzorowałem, budowałem.
Tragedię, która mnie dotknęła, oceniam jako sprawę polityczną. Mowa jest o jakichś 800 tys., takiej kwoty nie mieliśmy. Pani Kmiecik według mnie swoimi zeznaniami zapewniła sobie zmianę ławki – z oskarżonych na świadków. Nie były z żoną przyjaciółkami, tylko znajomymi. Żona będąc ministrem, mieszkała w Warszawie. Przyjeżdżała do Siemianowic raz w miesiącu albo rzadziej. To raczej ja jeździłem do niej. Zawoziłem ubrania i potrzebne rzeczy.
Zajmowałem się sprawami domowymi, a ona mogła spokojnie spełniać swoją misję. Nasze życie toczyło się wokół jej pracy i działalności politycznej.
Nie miała czasu na spotkania z koleżankami. Kmiecikowa była u nas może dwa razy, i to krótko. W swoim biurze wszystkie sprawy Basia załatwiała zawsze w obecności pracowników, na wszystko miała świadków.
To było polowanie na moją żonę. Ona była znaną i szanowaną na Śląsku postacią. Udowodnienie jej czegokolwiek byłoby politycznym sukcesem, więc nie sprawdzając faktów, postanowiono na nią zapolować. Całe życie poświęciła na aktywną pracę dla innych. Do polityki trafiła, pracując jako inżynier w Fabudzie. Ówczesny sekretarz PZPR w tej firmie dostał polecenie wytypowania do Sejmu kobiety, aktywnej i inteligentnej.
Żona została poddana różnym testom, osiągnęła wysokie wyniki. W pierwszych wyborach zajęła drugie miejsce na swojej liście, ale trafiła do jakiejś komisji wspomagającej. Potem już zawsze wygrywała. Według mojej oceny, była bardziej fachowcem w swojej dziedzinie niż politykiem. Dowodem na to jest jej sprzeciw wobec dyscypliny partyjnej.
Żona była lubiana. Byłem z niej dumny, żyłem jej życiem. Nasze życie rodzinne było podporządkowane jej aktywności. Jej prawdziwą pasją była jazda na nartach. Raz w roku tydzień przeznaczaliśmy na tę przyjemność. Kupowała wtedy niezliczone niepotrzebne figurki – słoniki, żabki, żółwiki. Teraz to wszystko stoi tam, na tych półkach.
Często gdy jestem na cmentarzu albo spaceruję z psem, ludzie podchodzą do mnie i pocieszają, współczują. Większość jednak nie wierzy, że dowiem się prawdy, że komisja coś wyjaśni.
Staraliśmy się nie załatwiać żadnych spraw w domu. To była nasza świątynia. Wszyscy dziennikarze, którzy tu przyjeżdżają, chcą zajrzeć do łazienki, ale nikomu na to nie pozwalam. Cały czas jestem w szoku i nie wiem, kiedy będę miał czas na refleksję. Nie mam też celu, jestem za stary, aby zaczynać na nowo jakieś życie zawodowe. Dzieci mają swoje życie. Interesy prowadzone przez żonę też podupadły, właśnie dlatego, że jej nie ma. W zasadzie nie wiem, czy na coś czekam. Chciałbym jednak, aby ktoś przyznał się do błędu.

Jestem dumny z mamy

Jacek Blida: Od mamy nauczyłem się odpowiedzialności za to, co robię, i zaangażowania. Ona wszystko, co robiła, traktowała jako misję

– Minął rok, a do tej pory nie miałem czasu na refleksję, nabranie dystansu do tamtych wydarzeń. Nasze życie toczy się wokół przesłuchań, konfrontacji. Przez długi czas nic się nie działo, teraz wprost przeciwnie. Na dobrą sprawę powinienem zamieszkać w Łodzi, aby uczestniczyć w każdym przesłuchaniu.
Z mamą miałem bardzo dobry kontakt, znałem jej problemy, nieraz dyskutowaliśmy o różnych wydarzeniach. Jestem pewien, że nie dowiem się o niej niczego zaskakującego.
Tamtego dnia ojciec do mnie zadzwonił. Wiedziałem, że stało się coś złego. Byłem w strasznym szoku i do końca nie zdawałem sobie sprawy, co tak naprawdę się wydarzyło. Przed domem i w domu było mnóstwo ludzi. Przez cały dzień trzymano mnie i ojca w kuchni. Trwały czynności, przesłuchania. Żyliśmy jak w transie. Największy żal mam do Zbigniewa Ziobry. Bez żadnych podstaw oskarżył mamę publicznie z mównicy sejmowej w dniu jej śmierci.
Oczekuję, przede wszystkim dla taty, że kiedyś z tej samej mównicy ten pan nas przeprosi. To będzie jedyna forma zadośćuczynienia, jakiej naprawdę pragnę.
Jestem dumny z mamy. Zrobiła wiele dobrego dla regionu i naszego miasta. Była jedną z nielicznych postaci sceny politycznej, których elektorat nigdy nie malał, ale rósł. Pod tym względem zajmowała czwarte miejsce w kraju. Jej stały elektorat to 80 tys. wyborców. Załatwiła wiele spraw. Pewnie już nikt nie pamięta, że to ona przyczyniła się ostatecznie do zdobycia funduszy na budowę lotniska w Pyrzowicach, walczyła o produkcję rosomaków w Siemianowicach, czym uchroniła miasto przed rosnącym bezrobociem. Na co dzień pomagała też w małych sprawach. Do jej biur przychodzili ludzie, którzy nie potrafili napisać samodzielnie podania w jakiejś osobistej sprawie. Mama była zmęczona, widoczne były skutki stresu, ale była bardzo zaangażowana. Wszystko, co robiła, traktowała jako misję. Może mogła zrezygnować z polityki, ale to nie było proste. To była kwestia odpowiedzialności. Kończyła się kolejna kadencja, ale przecież sprawy, które prowadziła, nie kończyły się. Nie mogła tego zostawić z dnia na dzień. W czasie gdy była ministrem, wiele ważnych spraw prowadziła sama, nie wypuszczała żadnego dokumentu bez osobistej analizy. Właśnie po to, aby ochronić się przed błędami, zarzutami o korupcję, lobbing i co tam jeszcze.
Od mamy nauczyłem się odpowiedzialności za to, co robię, i zaangażowania. W pracy – a kontaktuję się z wieloma osobami w kraju – spotykam się z życzliwością. Na ogół ludzie współczują naszej rodzinie, nie wierzą w zarzuty kierowane wobec mamy, ale nie wierzą też, że kiedyś doczekamy się sprawiedliwości. Ja jednak staram się w to wierzyć, czekam na uczciwe wyniki pracy komisji. Mam nadzieję, że zbierają się po to, aby sprawę wyjaśnić, a nie po to, aby politykować i wypływać na naszej tragedii. Nikt z komisji do tej pory nie zwracał się do nas bezpośrednio, nikogo też nie znam bliżej.

Wydanie: 16/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy