Związek full profesorów

Związek full profesorów

Aby zreformować polskie studia doktoranckie w duchu amerykańskim, trzeba najpierw zamerykanizować polskie uniwersytety

Polemika z propozycjami prof. Wędzkiego

W artykule pt. „Magister profesorem. Źródła zapaści i warunki koniecznej reformy polskiej nauki” („Przegląd” nr 45) prof. Dariusz Wędzki proponuje: „Zlikwidować tytuł doktora habilitowanego i stanowisko dożywotniego profesora, wprowadzić amerykańskie rozwiązania w polskiej nauce”. Wynika stąd, że w rozwiązaniach amerykańskich, w innym miejscu nazwanych przez autora „sprawdzonym systemem angloamerykańskim kariery naukowej”, nie ma dożywotności stanowisk profesorskich. Są one jakoby swoistością „zmurszałego systemu polskiego”, hamującego „niezbędną dynamikę kadrową”. Dla uzdrowienia sytuacji należałoby więc wprowadzić kadencyjność stanowiska profesorskiego, np. na okres czteroletni.
Być może – choć jestem na ten temat innego zdania. Rzecz w tym jednak, że powołanie się na wzór amerykański nie ma w tym wypadku najmniejszego nawet uzasadnienia. W USA dobrze rozumie się potrzebę

stabilizacji wysoko kwalifikowanych

kadr naukowych, a dożywotność stanowisk profesorskich, określana słowem tenure jest rozwiązaniem stosowanym powszechnie i na ogół niekwestionowanym. Świeżo upieczony doktor rozpoczyna karierę akademicką od stanowiska assistant professor, następnie po opublikowaniu książki lub ważnego artykułu promowany zostaje na stanowisko associate professor, wciąż jeszcze bez dożywotności, ale przeważnie z zapewnieniem, że jest ono tenure-track, czyli że może być przekształcone w dożywotnie miejsce pracy; kolejnym szczeblem jest stanowisko associate professor with tenure, czyli profesura już dożywotnia; uwieńczeniem kariery jest pozycja „pełnego profesora” (full professor), dożywotnia, a uzyskiwana przeważnie w wieku, w którym w Polsce dochodzi się dopiero do obrony habilitacji (w USA nieistniejącej). Na straży kontraktu zapewniającego dożywotność stanowiska stoi potężny związek profesorów uniwersyteckich; nawet osoby jawnie lekceważące swe obowiązki są w tych warunkach faktycznie nieusuwalne, sądy bowiem niemal zawsze przyznają im rację w konfliktach z uczelnią. Mało tego: nie istnieje również prawny przymus przechodzenia na emeryturę w określonym wieku. Niegdyś przechodziło się na emeryturę w 65. roku życia, potem po ukończeniu lat 70, dziś natomiast dopiero na własne życzenie, a więc z reguły grubo po siedemdziesiątce.
Bardzo mylący jest także

wywód autora porównujący

studia doktorskie w USA ze studiami doktorskimi w Polsce, zakończony wnioskiem, że zostanie doktorem w Polsce jest relatywnie łatwe: „wystarczą dwa artykuły, promotor z tytułem doktora habilitowanego oraz dwaj recenzenci”. Z równym powodzeniem można twierdzić, że zostanie doktorem w USA jest łatwiejsze niż w Polsce, w USA bowiem drogę do doktoratu otwiera automatycznie przyjęcie na graduate studies, czyli studia postlicencjackie, w czasie których, zwykle po dwóch latach, zdaje się egzamin magisterski – co jest jedynie małym „przystankiem po drodze”, niepołącznonym z pisaniem jakiejkolwiek dysertacji. Innymi słowy, kandydatem na doktora jest automatycznie każdy graduate student, a więc student z bakalaureatem (licencjatem), ale bez wymaganego w Polsce magisterium, a tym bardziej bez jakichkolwiek publikacji. Wyboru kierownika pracy naukowej dokonuje się zwykle na pierwszym roku graduate studies, a więc przed magisterium, z czego wynika, że „studia doktoranckie” w sensie polskim, czyli studia postmagisterskie, w ogóle nie istnieją: graduate studies obejmują bowiem okres przedmagisterski i postmagisterski łącznie. Podzielone są na etapy wyznaczane przez różnego rodzaju sprawdziany, ale nie ma jednorazowego aktu „otwarcia przewodu doktorskiego” – jest on otwarty z chwilą przyjęcia na studia. Obrona pracy doktorskiej jest sprawą wewnątrzuczelnianą, nie istnieją bowiem instancje nadrzędne w rodzaju centralnych komisji lub Ministerstwa Edukacji.
Z różnic tych wynika, moim zdaniem, że system amerykański i polski są po prostu nieporównywalne. Aby zreformować polskie studia doktoranckie w duchu amerykańskim, trzeba by najpierw zamerykanizować polskie uniwersytety, czyli wprowadzić podział na undergraduate studies i graduate studies, czyli na college’e, w których nauka kończy się uzyskaniem bakalaureatu, i uniwersytety sensu stricto, czyli uczelnie, w których studia (inaczej niż w Europie) kończą się nie na stopniu magistra, lecz na doktoracie. Nie jestem pewien, czy byłoby to właściwe po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, w Europie bowiem studia uniwersyteckie wciąż bardzo odbiegają od wzorów amerykańskich. Ponadto trzeba by zapewnić profesorom i studentom polskim

warunki pracy porównywalne

z amerykańskimi. Trzeba by zapewnić profesorom materialną możliwość pracy na jednym etacie, wyposażyć uniwersytety w odpowiedni sprzęt laboratoryjny, znaleźć bajecznie bogate korporacje, które gotowe byłyby finansować i bezpośrednio wdrażać badania naukowe. Dziś jest to oczywiście utopią, myśleniem czysto życzeniowym. Ale propozycje polepszenia sytuacji w nauce polskiej, które wskazuje prof. Wędzki, wydają mi się nie tylko mało realne, lecz również szkodliwe – oparte na błędnej diagnozie i wskazujące niewłaściwe kierunki działań.
Na podstawie kilkunastu lat pracy na amerykańskim uniwersytecie stwierdzić mogę, że w mojej dziedzinie (nauki humanistyczne) dobre doktoraty polskie porównywalne są mimo wszystko z dobrymi doktoratami amerykańskimi, a złe prace doktorskie są w obu krajach poniżej krytyki.

Autor jest emerytowanym profesorem uniwersytetu Notre Dame, Indiana
Notre Dame, 15 listopada 2004

Wydanie: 50/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy