Na szczycie nie dzieje się nic wielkiego

Na szczycie nie dzieje się nic wielkiego

Z ZAWODU BYŁ PSZCZELARZEM. Do szkoły w Auckland dojeżdżał autobusem dwie godziny w każdą stronę. Czas ten spędzał, czytając książki. Był bardzo nieśmiały. Lektura pozwalała mu marzyć o przygodach. Kiedy miał 16 lat, wraz z wycieczką szkolną wybrał się w góry i po raz pierwszy popróbował wspinaczki. Zasmakowała mu. W lecie pomagał ojcu w pasiece, a w zimie wyprawiał się w góry. Kiedy wybuchła II wojna światowa – Hillary zgłosił się jako kandydat na lotnika. W 1943 r. został nawigatorem w nowozelandzkich siłach powietrznych i służył na hydroplanach. W roku 1945 wysłano go na Fidżi i Wyspy Salomona. Ucierpiał w katastrofie, cudem wyszedł z płomieni.

Pierwszy raz wybrał się na wyprawę w Himalaje na Everest w roku 1951. Była to wyprawa rekonesansowa, dzięki niej dowiedział się o nim organizator ekspedycji, która miała pokonać najwyższą górę, pułkownik Hunt. Pierwszą książką w sławnej serii Naokoło Świata wydawnictwa Iskry była właśnie relacja Hunta o zdobyciu Mount Everestu.

O tym, że to Hillary będzie jednym z czterech atakujących szczyt, zadecydowano w ostatniej fazie wyprawy. Był najbardziej chyba pogodnym i wytrzymałym członkiem ekspedycji. Ani razu nie chorował, ani razu nie zasłabł; kiedy inni padali, on był jeszcze w stanie pójść po dodatkową butlę tlenu. Nie oszczędzał pleców, dźwigał jak tur, ponadto wspierał Hunta w przygotowywaniu planów kolejnych etapów wspinaczki, ponieważ najczęściej wychodził na rekonesans. Spędzili w najwyższym obozie, dziewiątym, dwie doby bez snu w temperaturze minus 25 st. i huraganowym wichrze, czekając na stosowny moment do ataku. Hillary określił te noce jako najgorsze w swoim życiu. Lider wytypował dwa zespoły po dwu wspinaczy, którzy mieli zdobywać wierzchołek. Hillary z Tenzingiem stanowili zespół drugi, zapasowy. Pierwszy – Tom Bourdillon i Charles Evans – przerwał atak 100 m pod szczytem z powodu awarii aparatu tlenowego. Bourdillon zamiast w górę poszedł niżej, do obozu siódmego, ponieważ był nieludzko wyczerpany. Do ataku szczytowego stanęli wtedy: dwumetrowy nawigator hydroplanu z Pacyfiku i dowódca nepalskich Szerpów, który już we wcześniejszej wyprawie, szwajcarskiej, znalazł się blisko wierzchołka. Wyruszyli 28 maja o godzinie dziesiątej, kiedy trochę ucichło. Każdy dźwigał 23 kg. Biwakowali na wysokości 8500 m, a następnego dnia, w wietrznej ciszy zaczęli o szóstej rano po nieprzespanej nocy. Pogoda – jak na Everest – była idealna. Pięć i pół godziny rąbania stopni w maksymalnej koncentracji nad przepaścią, skąd widać było poniżej wspaniały wierzchołek Lhotse. Ostatni odcinek grani „puścił” ich jak gdyby w nagrodę za dotychczasowe wysiłki. Nieludzko zmęczeni stanęli na szczycie – Hillary sfotografował Tenzinga, ten zaś nie zrobił Hillary’emu zdjęcia, bo nie umiał posługiwać się aparatem. Kiedy schodzili, wyszedł im naprzeciw George Lowe, przekonany, że się udało, i bardzo z tego powodu szczęśliwy, jak gdyby to on sam pokonał górę. „Hej, George. Pobiliśmy drania” – powiedział wtedy Hillary, pokazując czekanem wierzchołek. Nie miał siły na więcej. Zapamiętał jeszcze uśmiechniętą twarz Hunta i radość przyjaciół, bez których pomocy „drań” pozostałby nietknięty.
Wiadomość ogłoszono z opóźnieniem, żeby dotarła do opinii światowej w dniu koronacji Elżbiety II.

Strony: 1 2 3 4 5

Wydanie: 48/2014

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy